poniedziałek, 22 czerwca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział II

- O jakim Araelu mówisz? - zmrużyłem oczy, omijając deskę leżącą mi na drodze i ruszyłem w stronę głównej ulicy. Lurei dogonił mnie i szedł tuż obok. Przed wyjściem z uliczki naciągnąłem na głowę kaptur.
- Nie wiem o nim zbyt dużo. Pochodzi z Aquem, osiemnaście lat temu podróżował z synem Igne, Elinem.
- Po co chcesz się z nim spotkać? - woda podpowiedziała mi, że mężczyzna mi się przygląda.
- A coś ty taki zainteresowany?
- Zastanawiałem się tylko czy ten Arael miał niebieskie oczy i długie, brązowe włosy.
- Znasz go? - Lurei przystanął, ale ja nie miałem zamiaru na niego czekać, toteż szybko mnie dogonił.
- Nie - skłamałem i przyspieszyłem kroku, dzięki mgle sprawnie omijając tłum ludzi.
- Kłamiesz. Zaprowadź mnie do niego - woda wokół mężczyzny znów stała się dla mnie nieprzenikniona, więc byłem lekko zaskoczony, kiedy ten złapał mnie za ramię.
- Puszczaj - wycedziłem przez zęby. Mgła wokół zgęstniała, co chyba nie uszło uwadze Aquera, bo od razu cofnął rękę.
- Jakim cudem kontrolujesz taką ilość mgły?
- Nie twój interes. Zostaw mnie - biegiem skręciłem w boczną ulice i wbiegłem między krzewy. Nie miałem daleko do muru, ale Lurei najwyraźniej postanowił pobiec za mną. W biegu zmieniłem postać i wskoczyłem pod ziemię, tracąc kontrolę nad wodą. Mgła opadła w ciągu kilku sekund, ale mi to nie przeszkadzało.
Salamandra miała pewną umiejętność. Nie potrzebowała oczu, by widzieć i dlatego była moją ulubioną postacią. Każde drgnienie ziemi docierało do mnie, dzięki czemu wiedziałem co znajduje się wokół mnie. Czułem jak Lurei zatrzymuje się bezpośrednio nade mną, zapewne rozglądając się wokół.
 W końcu wyglądało na to, że odpuścił. Usiadł na trawie, tam, gdzie stał i przestał się ruszać. Miałem szansę po prostu odejść, albo raczej przekopać się i pójść do domu, ale i tak nie miałbym co tam robić. Ciekawiło mnie też czego Lurei chciał od taty.
Pozostałem więc na miejscu, oczyma wyobraźni obserwując mężczyznę. Ten siedział przez chwilę bez ruchu, co zawało mi się trochę dziwne. Przynajmniej dopóki nie wyczułem delikatnego drgania dochodzącego ze wszystkich stron. Znałem to uczucie, lecz tym razem nieco mnie zaskoczyło. Zawsze, kiedy miało padać, wiedziałem o tym wcześniej, nawet kiedy byłem w formie salamandry.
Zakopałem się nieco głębiej, nie powodując tym żadnego drgania ziemi. Sam nie wiedziałem jakim cudem rozbiłem to bezszelestnie. A Diulow? Był dwa razy większy, a nie wiedziałeś że jest pod tobą, dopóki on tego nie chciał.
Czułem jak Lurei wstaje i zaczyna chodzić po małej polance. W końcu po kilku okrążeniach wrócił na poprzednie miejsce i znów przysiadł. Deszcz przestał padać tak gwałtownie jak zaczął.
Mężczyzna położył się na ziemi i leżał przez kilkanaście minut. Zaczynało mi się nudzić, więc przekopałem się tuż pod niego i nasłuchiwałem. Przez cienką warstwę ziemi usłyszałem spokojny oddech i ciche warczenie. Nie, nie warczenie, chrapanie! Lurei najwyraźniej musiał zasnąć.
Lekko rozbawiony, poczekałem jeszcze chwilę i miałem zamiar odjeść, gdy moją uwagę przyciągnęły równomierne kroki. Trzy osoby zbliżały się w kierunku polany, na której spał nieświadomy niczego mężczyzna.
Odbiłem kawałek w prawo i wyszedłem z ziemi, od razu zmieniając postać. Tradycyjnie  peleryna zniknęła, a zamiast niej pojawiła się szata z wyszywanym smokiem, feniksem i salamandrą. Od innych wiedziałem, że szata była biała z fioletowymi postaciami. Na szczęście miała kaptur, więc dalej mogłem mieć zasłoniętą twarz.
Schowałem się za krzewami i wzniosłem lekką mgłę, omijając nią Lureia, bo pewnie by to wyczuł. Siedziałem tak kilka minut, aż w końcu trzej mężczyźni weszli w zasięg mojego "wzroku".
Skupiłem się i zapaliłem za nimi mały płomyk, od razu otaczając go nieprzejrzystą mgłą. Gdyby któryś z nich się odwrócił, zapewne ujrzałby tylko lekkie jej zagęszczenie. Co prawda mogłoby go zastanawiać to, że podąża ono w ślad za nimi, ale liczyłem, że nie oczekują szpiegów.
Zamknąłem oczy i wytworzyłem drugi płomień tuż obok siebie.
- Słyszałem, że to w tej okolicy - głos dochodzący z płomienia należał do starszego mężczyzny.
- To dziwne, że musimy trzymać warty przy całym murze.
- Nie narzekaj. Przecież nigdy się tu na nikogo nie natknęliśmy. Lepiej żeby wysyłali nas tutaj, niż do miasta. Przynajmniej nie musimy chodzić jak na szpilkach - odetchnąłem głęboko. Przynajmniej wiedziałem już,  że ta trójka należy do straży. Nie mogłem tego "zobaczyć", gdyż mieli na sobie płaszcze przeciwdeszczowe.
- Zastanawia mnie, dlaczego mamy tu patrolować? Igne chyba się czegoś spodziewa.
- Cisza - jedno słowo starszego mężczyzny, a dwaj, widocznie mniej doświadczeni żołnierze, umilkli.
-Cholera - warknąłem cicho, kiedy Lurei odwrócił się we śnie, głośno przy tym szeleszcząc ubraniami. Trzech strażników również musiało to usłyszeć, bo umilkli i cicho się rozdzielili. Jeden z nich znalazł się kilka kroków ode mnie.
Zgasiłem płomyk, by nikt go nie zauważył i zagęściłem mgłę tak, by strażnicy nie widzieli niczego poza własnym nosem.
Znajdowaliśmy się tuż przy murze, co nie wróżyło dobrze dla Lureia. Przejezdni nie mieli prawa wychodzić z dzielnic handlowych, chyba, że zmierzali do pałacu, by spotkać się z Igne.
Naruszyłem mgłą miejsce, w którym jak wiedziałem znajdował się mężczyzna. Nie wyczuwając reakcji, jak najszybciej otoczyłem go mgłą, znów mając możliwość wyczucia jego wyglądu. Tak jak się spodziewałem Lurei się obudził i zaczął walczyć. Zamknął oczy i odwrócił się w moją stronę z uśmiechem.
- Mam cię - powiedział, niszcząc moje starania by pozostał nie zauważony. Strażnicy biegiem ruszyli w jego kierunku, szykując ogień do walki.
Jedna z ognistych kul poleciała w stronę niczego nieświadomego Lureia i byłaby go uderzyła, gdyby nie to, że utworzyłem ogromną rękę z wody i złapałem nią mężczyznę, błyskawicznie przeciągając go do siebie. Nie musiałem się martwić, że się utopi, bo jak każdy Aquer potrafił oddychać pod wodą.
Kiedy bańka z Lu, jak nieświadomie zacząłem o nim myśleć, znalazła się tuż obok mnie, gestem nakazałem Aquerowi milczeć i wypuściłem go z wody.Czułem jak chwilę mi się przygląda, by potem wbić wzrok w miejsce, gdzie wcześniej leżał. Przerzedziłem mgłę, ukazując mu trzech strażników, rozglądających się z czujnością.
- Jak cię złapią, to masz przechlapane - szepnąłem i cicho zacząłem się wycofywać. Lurei podążył za mną. Ku mojemu niezadowoleniu wzniósł też swoją osłonę.
- A ty nie? - zapytał tym samym tonem.
- Ja jeszcze bardziej - skrzywiłem się na myśl co powiedzą ojcowie, jeśli ktoś mnie przyłapie.
- Niby dlaczego? - prawie upadłem potykając się o nogę Lureia, który chciał się ze mną zrównać. - Nie widzisz mnie? - zapytał ze zdumieniem.
- Nie. Przecież sam zauważyłeś, że jestem ślepy.
- Więc jak ty... ?
Zatkałem mu usta ręką, kierując się dźwiękiem. Lurei był wyższy ode mnie prawie o głowę. Stanąłem na palcach i szepnąłem gdzieś w kierunku jego ucha.
- Po prawej. Trzy metry od nas stoi dwóch strażników. Używają ognia, by słyszeć wszystko dookoła, więc nic nie mów.
Dłonią poczułem jak kiwnął głową. Zagęściłem mgłę, by nikt nas nie zobaczył i ruszyłem do przodu.
Byliśmy już niedaleko muru, ledwie w zasięgu strażników, gdy usłyszałem głośny dźwięk. Westchnąłem, kiedy strażnicy zaczęli się zbliżać. Udało się im nas otoczyć.
- Miałeś uważać - warknąłem, nie siląc się już na szept. I tak nie udałoby nam się umknąć, gdyż strażnicy otoczyli nas swoim ogniem.
- Przepraszam, przez tą mgłę nie zauważyłem gałęzi.
- Twoje przeprosiny nic mi nie dadzą. Mam przechlapane i to przez ciebie - wysyczałem i odsunąłem ogień strażników zarówno od siebie, jak i od Lureia. Strażnicy zaczęli coś do siebie mówić, próbując jednocześnie zbliżyć do nas pierścień z ognia. Na nic im to było. Mój ogień był połączeniem mocy Smoka, Salamandry i Fenixa, a co za tym idzie, nawet nie odczuwałem ich prób przejęcia władzy nad ogniem.
- Trzeba było pozwolić mi widzieć cokolwiek - miałem ochotę komuś walnąć i o dziwo nie żadnemu ze strażników.
- Do cholery, przecież to ja tu jestem niewidomy! Trzeba było powiedzieć. Nie czytam ci w myślach.
Wkurzało mnie to, że kompletnie nie wiedziałem co robi Lurei. Cały czas utrzymywał barierę, więc nawet go nie wyczuwałem.
- Jakoś nie wyglądasz mi na niewidomego idąc po lesie i omijając nawet najmniejszą gałązkę! - w głosie Lureia wyczuć można było irytację, co omal nie doprowadziło mnie od gorączki. Miałem ochotę zamienić się w smoka i odgryźć mu głowę. Powstrzymywały mnie tylko wyrzuty sumienia, jakie później na pewno by mnie nawiedziły.
- Wal się! Nic nie widzisz? Proszę bardzo - mgła zniknęła w przeciągu sekundy, ukazując nam pięciu strażników stojących w odległości kilku metrów od nas. Zaskoczeni nagłą zmianą widoczności, przyszykowali bronie do ataku. Otaczający nas pierścień ognia dalej wisiał w powietrzu. Dopiero teraz Aquer go zauważył.
- Co do..?
- Poddajcie się, a może Igne was oszczędzi! - krzyknął jeden ze strażników, ale całkowicie go zignorowałem.
- Jak widzisz właśnie nas pojmali, więc racz się zamknąć i pozwól mi mówić.
- Czemu niby ty masz mówić, ja załatwię to lepiej.
- Śmiem w to wątpić. Nawet cicho chodzić nie umiesz!
- Znalazł się! Po co w ogóle mi pomogłeś, co?!
- Właśnie się nad tym zastanawiam!
- Na ziemię! Oszczędzimy was jeśli się poddacie!
- W takim razie, panie zarozumiały, wyciągnij nas stąd! - Lurei brzmiał na nieźle wkurzonego, ale nie tak jak ja. Ogień we mnie zaczął buzować, podobnie jak woda. Skutkiem tego było nagłe buchnięcie otaczającego nas ognia.
- Nie ruszajcie się! - krzyknął znów ten sam strażnik, a ja odwróciłem się w jego stronę.
- Zamknij się do cholery! Słyszeliśmy za pierwszym razem! - odwróciłem się z powrotem do Aquera i jedną myślą sforsowałem jego barierę, znów wyczuwając każdy jego ruch. -  A żebyś wiedział, że nas stąd wyciągnę i nie będzie to ani trochę twoja zasługa.
Delikatna mgła była moimi oczami, więc swobodnie mogłem ominąć leżący na ziemi konar i skierować się do mówiącego wcześniej strażnika.
- Kto tu dowodzi?
- Ja. Jeśli dotkniesz ognia, spłoniesz - ostrzegł jeden z Ignisów, widząc jak zbliżam się do ognistego okręgu.
- Zapewniam, że nie spłonę - śmiało przekroczyłem ogień, nie napotykając żadnego oporu. Strażnicy stali jak wryci, by w końcu opamiętać się i unieść bronie w moim kierunku. - Spokojnie, nie zamierzam walczyć.
Sięgnąłem do kaptura i jednym ruchem odrzuciłem go na plecy. O ile zwykli mieszkańcy nie znali mojego wyglądu, tak straż musiała wiedzieć jak wyglądają wszyscy z rodziny Igne, by mogli otwierać nam bramy bez zbędnego opóźnienia.
Westchnąłem, kiedy pięciu mężczyzn schowało broń i uklękło u moich stóp. Lu przyglądał się temu z szeroko otwartymi oczami.
- Wstańcie - powiedziałem, czując jak złość ze mnie wyparowuje. Strażnicy wstali i ustawili się przede mną w rzędzie.
- Szanowny, przepraszamy, nie mieliśmy pojęcia, że jesteś za murem.
- Nie szkodzi. Dobrze wypełniliście swój obowiązek. A teraz możecie odejść.
- Tak jest! - krzyknęli i odwrócili się, by zniknąć za drzewami.
Odwróciłem się do Lureia i jednym mrugnięciem pozbyłem się ognia. Jego twarz wyrażała absolutne niedowierzanie. Uśmiechnąłem się kpiąco i ruszyłem w stronę muru, a co za tym idzie Lureia.
- Widzisz? Jakoś sobie poradziłem - powiedziałem słodko, mijając go.
- Czekaj! - dobre kilkanaście sekund później mężczyzna dogonił mnie i stanął tak, że nie mogłem iść dalej.
- Czego jeszcze chcesz?
- Jesteś Szanownym, synem Igne, którym jest Elin.
- Brawo, a teraz się odsuń.
- Zaprowadź mnie do swojego ojca.
- Niby czemu miałbym to zrobić? - zmrużyłem oczy patrząc na niego z irytacją.
- Bo muszę znaleźć Araela, a to Elin z nim podróżował. Na pewno wie, gdzie go znajdę.
- Nawet ja to wiem - warknąłem i ponownie go ominąłem. Zatrzymałem się kilka metrów dalej, na polance, z którą sąsiadował mur. Wystarczyło tylko przedostać się na drugą stronę.
- Więc mnie do niego zaprowadź! Jeśli nie, to chcę się widzieć z twoim ojcem! - Lurei ponownie mnie dogonił.
- Nie mogę do niego zabierać każdego, kto chce się z nim zobaczyć!
- Ale mnie możesz.
- Niby czym różnisz się od innych? - zmarszczyłem gniewnie brwi, obserwując Lureia.
- Ja mam to - wyciągnął coś z kieszeni i rzucił w moją stronę. Przedmiot zatrzymał się jednak tuż przed moją twarzą, w bańce wody.
Zbadałem znajomy kształt, ze zdumieniem rozpoznając starą monetę Igne. Pochodziła jeszcze z okresu panowania dziadka Edwarda. Widniały na niej Smok i Salamandra, symbole klanów dziadka i babci. Teraz  monety Igne przedstawiały z jednej strony te dwa stworzenia, a z drugiej Fenixa, symbol mojego drugiego ojca.
- Skąd to masz? - wziąłem monetę do ręki i zbadałem ją palcami.
- Od twojego ojca. Moja matka ją dostała, ale nie mogła przyjechać.
- Dobrze. Zabiorę cię do taty. Ale nie odpowiadam za warunki transportu - uśmiechnąłem się, czując satysfakcję, że chociaż tym mogę się odegrać.
- Nie rozumiem - Lurei spojrzał na mnie zdziwiony, ale ja już zamknąłem oczy. Poczułem jak moje ciało deformuje się i powiększa. Woda wokół mnie zafalowała, ale zdołałem utrzymać kontrolę. Lurei cofnął się o krok, kiedy nabrałem powietrza i ryknąłem na cały głos, dając znać ojcu, że przybędę z gościem. I tak od strażników dowiedziałby się, że byłem za murami.
- O cholera - szepnął Lurei, kiedy spojrzałem w jego stronę. Śmiejąc się w myślach, odbiłem się i złapałem mężczyznę w szpon, od razu wzbijając się w powietrze.
Widząc jego panikę, kiedy leciał głową w dół, zlitowałem się i podrzuciłem go, by chwilę później złapać go na smoczy grzbiet, upadek amortyzując gwałtownym opadnięciem w dół. Często latałem z Rachel, moją ciocią i siostrą Araela, więc lot miałem opanowany do perfekcji.
Chwilę później znaleźliśmy się nad pałacem, gdzie na ogródku czekał na nas komitet powitalny w postaci dwóch niezadowolonych ojców i pozostałej części rodzinki.
Spojrzałem przez ramię na Lureia, który już najwyraźniej oswoił się z lotem na smoku i kiwnąłem mu głową, że lądujemy.
- Jak?! - krzyknął, żeby zagłuszyć wiatr.
Posłałem mu smoczy uśmiech, na co lekko zblał. Nie czekając dłużej, obróciłem się gwałtownie wokół własnej osi, sprawiając, że siła odśrodkowa wyrzuciła Aquera z mojego grzbietu do góry. Obróciłem się plecami do dołu i pochwyciłem Lureia w łapę.
Opadliśmy tuż nad ogród, gdzie przeleciałem tuż nad ziemią i wypuściłem mężczyznę, samemu zmieniając się i lądując już na dwóch nogach. Lurei także się nie przewrócił, chociaż dyszał ciężko i był lekko szarawy na twarzy.
- Co to było?! - spojrzał w moim kierunku, a ja walnąłem go łokciem w brzuch.
- Cicho bądź - szepnąłem - Stoisz przed Igne, a darcie się na jego syna nie stawia cię w najlepszym świetle.
Aquer chyba dopiero dostrzegł zebranych w ogrodzie, bo wyprostował się i chrząknął przepraszająco.
- Filenie? Masz nam coś do powiedzenia? - odwróciłem się w stronę ojca, który stał teraz z założonymi rękami.
- Zanim cokolwiek powiesz, tato, poznajcie proszę Aquera, który bardzo chciał się z tobą spotkać. Miał ze sobą to - pokazałem im monetę, a Arael porozumiewawczo spojrzał na Elina. Jego mina wyrażała niedowierzanie. Podszedł do Lureia i przyjrzał mu się badawczo, na co ten mu pozwolił.
- To naprawdę ty, Lurei - szepnął jakby do siebie, a zarówno mnie, jak i samego Aquera zatkało.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział I

 Gotowi? Zaczynamy :D Druga część "Ognia i Wody" będzie nosić tytuł "Syn przepowiedni". Nie do końca jeszcze wiem jak się wszystko potoczy, ale zarys historii już gotowy. Wróciłam do narracji pierwszoosobowej :) Może się jednak zdarzyć, że napisze coś w trzeciej osobie, więc nie hamujcie się i piszcie w komentarzach ;) Ciężko się było przestawić.
Nie mam pojęcia ile "Syn przepowiedni" będzie mieć rozdziałów. Na razie mam napisane tylko dwa, ale oceny już prawie wystawione, więc niedługo pewnie będę mieć sporo czasu na pisanie :)
Nie przedłużam i życzę miłego czytania! :D Mam nadzieję, że wam się spodoba :)


Pięcioletni chłopczyk biegał po ogrodzie, co chwilę uśmiechając się do swojego taty. W pewnym momencie nie miał już dokąd uciec. Przed nim znajdował się mur, odgradzający jego dom od pozostałej części miasta.
Chłopiec odwrócił się i uśmiechnął do swojego taty. Zobaczył go oczami wyobraźni. Płonący wokół niego ogień pozwalał mu widzieć wszystko na swój sposób. Miniaturowe kropelki wody przeplatały się z płomieniami, dzięki czemu wyczuwał ruch wokół siebie.
- Filen, nie rób tego.
Uśmiechnął się ponownie i wyskoczył w górę, by sekundę później zamienić się w fioletowego ptaka i przelecieć nad rodzicem. Usłyszał za sobą pisk i poczuł jak powietrze wibruje od uderzeń ogromnych skrzydeł. Ogień i woda wokół niego podpowiedziała mu, że jego ojciec zmienił swoją postać.
Pisnął radośnie i zawrócił, by po chwili okrążać swojego ojca.
- Niech ci będzie, ale tylko krótki obchód - dużo większy fenix machnął lekko skrzydłami, by jego syn mógł za nim nadążyć.
- Taaak! - fioletowy ptak z radością zapiszczał i udał się za swoim rodzicielem w stronę swojego drugiego domu. Nie wiedział co było pod nimi. Nie wyczuwał tego, bo było zbyt nisko. Jedynym co pozwalało mu nie zabłądzić, był niebieski ptak lecący tuż przed nim.
Jemu to nie przeszkadzało. Nie musiał nic widzieć.Wystarczało mu to, że czuł wszystko dookoła. Słyszał, wyczuwał zapachy, wibracje, czuł smak pędzącego powietrza i nie zastanawiał się nad tym, dlaczego nie widzi. Dlaczego jego oczy, mimo, że się poruszają, nie pokazują mu świata. Był dzieckiem i nie dostrzegał tego, jak wiele tracił.

Ziewnąłem, podnosząc się z łóżka. Przez otwarte okno wyczuwałem kwiaty kwitnące w ogrodzie i delikatny zapach owoców. Ten sam, który witał mnie co dzień rano, odkąd tylko pamiętam. 
Prócz zapachów zza okna dobiegało mnie mnóstwo głosów. Zarówno dziecięcych, jak i tych należących do starszych. Uśmiechnąłem się delikatnie, rozpoznając większość z nich. Przetarłem oczy, by po chwili je otworzyć. Mimo to, nic się nie zmieniło. Wszystko wyglądało tak samo, czyli w sumie było czarne.
Uśmiech zniknął z mojej twarzy, choć nie tego chciałem. Nie było sensu znów tego powtarzać. Przecież nie było tak źle. Mógł chodzić, poruszać się jak inni. Rozpoznawać ludzi, zwierzęta. Tylko nie oczami. I ta myśl mimowolnie popsuła mi humor.
Westchnąłem i poklepałem się po policzkach. Nie miałem zamiaru smucić się cały ranek, więc szybko otaczając się wodą i nieszkodliwym dla niczego ogniem, wybiegłem na balkon.
- Dzień dobry - odpowiedział mi chór śpiewów i pisków ptaków, które z radością podfrunęły, by usadowić się na mnie lub na barierce przede mną. Jak co dzień zaczęły swą opowieść.
Dzięki ptakom wiedziałem co się działo w całym mieście. Mimo, że nigdy nie widziałem go na własne oczy, potrafiłem narysować jego mapę, między innymi dzięki ich opowieściom. 
Nie dowiedziałem się niczego zbyt istotnego, ale mimo to rozmawiałem z ptakami, widząc ich radość z rozmowy. Nie wszyscy wiedzieli jakie z ptaków gaduły. W jednym śpiewie potrafiły streścić cały dzień, a w kilka minut przekazać wszystko o czym myślały przez rok. 
Kiedy nie potrafiłem jeszcze rozmawiać z ptakami, często siadałem na balkonie i po prostu do nich mówiłem. Z czasem zaczęły odpowiadać. Dzięki temu miałem aż nadto przyjaciół, z którymi mogłem porozmawiać.
Posadziłem ptaki, które na mnie usiadły, na barierce i pożegnałem się z nimi. Już miałem wychodzić, kiedy kilka z nich mnie powstrzymało. Zaczęły się przekrzykiwać, tworząc piękną pieśń. Przynajmniej piękną dla innych, bo ja po ich słowach rozumiałem, że nie jest radosna.
- Co się stało? - mój głos zamienił się w cichy świergot. Ptaki umilkły, a jeden z nich zaczął nawoływać. Przez chwilę nic się nie działo, ale później usłyszałem ruch w zaroślach. Ptaki poprosiły bym zszedł na dół, więc bez chwili zastanowienia przeskoczyłem barierkę i po wodnych platformach zbiegłem na dół. 
Woda rozproszyła się po całym podwórku, dając mi jego pełny obraz. Niedaleko mnie wylądował orzeł, który wcześniej skrył się na gałęzi drzewa. Ułożył coś u moich stóp i ze słowami wyższości, odfrunął. Orły były najdumniejszymi ptakami jakie znałem. Choć nie raz niezmiernie mnie to irytowało.
 Przykucnąłem, by zbadać palcami ową rzecz, położoną u moich nóg. Ze zdziwieniem pogłaskałem pisklaka, który przestraszony, odsunął się w jak najdalszy kąt kawałka swojego gniazda.
- Nie bój się malutka, nic ci nie zrobię - delikatnie wziąłem go na ręce. Orlica zapiszczała cichutko i  skryła się w moich dłoniach. - Co ci się stało? Gdzie twoi rodzice, co?
Nie uzyskałem odpowiedzi, choć wcale się tego nie spodziewałem. Ptak był zbyt mały, by cokolwiek powiedzieć, choć jego pióra przypominały już te u dorosłych osobników. Zamiast tego inne ptaki opowiedziały mu o osieroconym pisklęciu. Orzeł, który je tu przyniósł zajął terytorium jego ojca i znalazł tam pisklę.
Z westchnieniem wstałem i wróciłem do pokoju, znów wykorzystując do tego wodę. Kazałem jej także wziąć gniazdo i usadowiłem je na szafce obok łóżka.
- Ave?! Mogłabyś tu przyjść? - krzyknąłem, wiedząc, że wiewiórka zazwyczaj kręci się w pobliżu.
Ave była przyjaciółką mojego ojca. Znałem ją odkąd tylko pamiętam i mimo, że była wiewiórką, stała się dla mnie swego rodzaju ciotką. Taką, która zawsze pomoże i dotrzyma tajemnicy.
Nie myliłem się i po chwili usłyszałem uderzanie pazurków o posadzkę. Uchyliłem drzwi i zaczekałem, aż wiewiórka wejdzie do pokoju, po czym zamknąłem pokój.
- Wołałeś? - zwierzątko pociągnęło noskiem i wskoczyło do gniazda.
- Tak, właśnie dostałem małą przesyłkę od orła z pobliskich terenów.
- Pisklak - Ave spojrzała na mnie, poruszając pyszczkiem.
- Zdążyłem zauważyć. Co ja mam z nim zrobić?
- Teraz się pytasz? Oczywiście, że musisz go zatrzymać. Cały tobą pachnie - wiewiórka nie zważając na strach ptaka, znów je powąchała.
- A co miałem zrobić, zostawić je na podwórku?
- Jeśli go nie chciałeś to tak. Może ktoś by go przygarnął.
- Kto? Jaskółka? Przecież to jest orzeł - usiadłem na łóżku i skrzyżowałem nogi.
- Wiem. Dlatego myślę, że dobrze zrobiłeś. Pewnie by zginął bez opieki.
- I czym mam go karmić? Jest za mały, żeby jeść mięso.
- To prostsze niż myślisz. Co jadłeś, kiedy Arael i Elin nie mieli cię czym karmić?
- Owoce! Masz rację. Dziękuję. Chyba sobie poradzę. A teraz wyjdź z gniazda, bo małą straszysz.
- Małą? Skąd wiesz, że to samica?
- Eee, nie wiem. Tak mi się zdaje. Przeczucie - uśmiechnąłem się do czerwonej wiewiórki a ona pokręciła łebkiem.
- Ty i te twoje przeczucia - Ave pomiziała mnie ogonem i wybiegła przez balkon.
Zbliżyłem się do gniazda i pogłaskałem maleństwo po głowie. Cicho śpiewając, zacząłem je uspokajać, co sprawiło, że po chwili miałem na dłoni maleńkiego ptaszka.
- Głodna? - uśmiechnąłem się na entuzjastyczną odpowiedź i machnąłem ręką, przywołując jeden z owoców Smoka. Poczułem lekką wibrację, gdy mityczne stworzenie wyraziło niechęć do wody dotykającej jego owocu.
- Przepraszam - szepnąłem do owocu ze śmiechem i odgryzłem kawałek. W moich ustach rozlał się smak wszystkich owoców świata, pomieszanych ze sobą w taki sposób, że tworzyły idealny smak.
Podsunąłem zwierzątku nadgryziony owoc i czekałem aż spróbuje. Ave się nie myliła i orlica z zapałem zaczęła jeść.

Po nakarmieniu orła postanowiłem wyjść do miasta. Nie robiłem tego zbyt często, gdyż rodzice nie popierali tego w najmniejszym stopniu. Albo inaczej. Bali się o mnie. Po mieście krążyli szpiedzy Najeźdźców, a ja nie potrafiłem rozpoznać ich po wyglądzie z wiadomych względów. Musiałbym oblewać wodą, bądź podpalać ludzi, by dowiedzieć się, czy któryś nie ma urody niepasującej do mieszkańców Ignem.
Zjadłem śniadanie sam, gdyż większość mojej rodziny jeszcze spała. Jedynie ciocia Rachel kręciła się po kuchni, a ja nie chciałem jej przeszkadzać. Gotowała właśnie jakąś nową potrawę, a lepiej nie przerywać jej gdy to robi. Można przypadkiem zostać oblanym wrzącą zupą. I choć nic by mi się nie stało, nie miałem ochoty iść się przebierać.

Wykradłem się z pałacu przez ogródek, wcześniej zabierając ze skrytki pelerynę. Tuż przed murem, przyklęknąłem i zamknąłem oczy. Utworzyłem wodną bańkę wokół siebie i przeniosłem się razem z nią na drugą stronę. To, że wyszedłem z niej suchy bardzo ułatwiło sprawę.
Zgodnie z moim przeczuciem i radami ptaków, znalazłem się w dystrykcie Fenix'a. Nałożyłem kaptur na głowę i bocznymi uliczkami udałem się w stronę drugiego muru. Musiałem przejść kawałek, by być pewnym, że po jego drugiej stronie znajduje się dzielnica hodowlana.
Kiedy dotarłem pod mur, a głos słowika upewnił mnie, że jestem we właściwym miejscu, ponownie przyklęknąłem. Przywołałem wewnętrzny ogień i czekałem, aż moje ciało przyjmie odpowiednią formę. Nie mogłem przelecieć nad murami niezauważony. Byłoby to nierealne ze względu na rozmiary w postaci fenix'a. Jednak mogłem się pod murami przekopać, a postać salamandry była do tego idealna.
Od dziecka potrafiłem zmieniać się w fenixa, smoka i salamandrę. Wyrocznia Ignem zawsze tłumaczyła mi to Błogosławieństwem jakie dostałem od dziadka i jego braci zaraz po urodzeniu. Byłem świadom, ze nie mówią mi wszystkiego. Nie raz słyszałem o przepowiedni, jednak nikt nie chciał mi zdradzić czego ona dotyczy. Miałem się tego dowiedzieć, gdy skończę osiemnaście lat. Pozostał rok, a mnie coraz bardziej wkurzało to, jak wszyscy szepta za moimi plecami. Przecież byłem już wystarczająco dorosły!
Przekopałem się pod murem, nie zostawiając w ziemi nawet śladu. Pelerynę zwinąłem w kulkę i wziąłem do pyska, by nie zginęła w trakcie przemiany. Szedłem jakiś czas wzdłuż murów, by w końcu skręcić, tuż przy przejściu do dzielnicy handlowej. Nie było ono strzeżone, więc mogłem swobodnie przejść przez bramę.
Szedłem przez główną ulicę, omijając napotkanych ludzi. Nie rozpoznawali mnie, ze względu na to, że nie wychodziłem z pałacu często. Przynajmniej oficjalnie, bo potajemnie wymykałem się co kilka dni. Nawet jeżeli ktoś wiedział jak wyglądam, spięte włosy i kaptur załatwiały sprawę.
Poprosiłem wodę, by rozdzieliła się na maleńkie kropelki i utworzyła ledwie widoczną mgłę. Po chwili mogłem zobaczyć wszystko wokół siebie, wyraźnie i ze wszystkimi szczegółami. Wygląd ludzi dalej mi umykał, może prócz ogólnego zarysu.
Pociągnąłem nosem i nie wyczułem żadnych znajomych osób. Dzięki węchowi po dziadku i jego braciach, mogłem wyczuć więcej niż zwierzęta.
Na ulicy handlowej było dosyć sporo ludzi, nawet pomimo wczesnej pory. Większość z nich nie pochodziła z Ignem. Byli to kupcy, podróżnicy, bajarze, lub zwykli przejezdni. Część stanowili strażnicy, którzy w mundurach pilnowali porządku. Było ich jednak tylko kilku, co nie uszło mojej uwadze. Zazwyczaj stanowili oni przynajmniej jedną szóstą ogóły, jednak tym razem zdołałem naliczyć tylko kilkunastu. Rozglądali się oni jakoś zbyt czujnie, jakby wiedzieli, że coś może się stać.
Nadstawiłem uszu, jednak nic niepokojącego nie usłyszałem. Zagwizdałem cicho do ptaków, ale one także nie wydawały się być przestraszone.
Lekceważąc ukłucie niepokoju, ruszyłem dalej. W końcu udawałem normalnego wędrowca. Nikt nie wiedział kim jestem. Coś potoczyło się po ziemi w moim kierunku, więc to podniosłem.
- Przepraszam - młoda kobieta uśmiechnęła się do mnie, miała na sobie stare ciuchy, dość już zużyte. Za nią o ścianę opierał się mały chłopczyk z brudną buzią i wesołym uśmiechem. Widać było, ze nie żyją na najwyższym poziomie, ale są szczęśliwi.
- To należy do pani? - uśmiechnąłem się i wskazałem na jabłko.
- Wypadło z mojego stoiska, panie. Skoro je pan znalazł, może pan je wziąć - kobieta spuściła wzrok, dalej się uśmiechając. Widać było, że jest niepewna.
- Dziękuję. Chciałbym jednak za nie zapłacić - uśmiechnąłem się, a ona spojrzała w moją stronę. Dzięki mgiełce wyczułem zainteresowanie, kiedy spojrzała w moje oczy. No cóż, przecież przyciągały uwagę.
Wcisnąłem kobiecie złotą monetę w dłoń i czym prędzej odszedłem. Było to trochę zbyt dużo jak na jabłko. Po prawdzie mógłbym za tą sumę dostać ich dwadzieścia kilo, ale ja od tego nie zbiednieje, a kobieta może wyżywić syna.
Westchnąłem, przecierając powieki. Nie dość, że jego oczy były bezużyteczne, to jeszcze przyciągały niechcianą uwagę. Jedno błękitne, drugie bursztynowe. Jedno po Araelu, a drugie po Elinie, parze Igne, oraz moich rodzicach. Nienawidziłem swoich oczu, mimo, że nigdy ich nie widziałem. Bo jaki niby z nich pożytek?
Przystanąłem na sekundę, zdając sobie sprawę, że od jakiegoś podąża za nim czterech mężczyzn. Skręciłem w boczną uliczkę, by się upewnić, że na pewno go śledzą i jęknąłem cierpiętniczo, kiedy okazało się, że wszedłem w ślepy zaułek. Dodatkowo mężczyźni rzeczywiście skręcili tuż za mną.
Zatrzymałem się i odwróciłem, sprawiając, że mgła niezauważalnie zgęstniała. Dzięki temu mogłem opisać swoich prześladowców.
- Potrzebują czegoś panowie? - nie ściągnąłem kaptura, dzięki czemu tamci nie widzieli mojej twarzy. Ja jednak doskonale wyczuwałem jak z zadowolonymi uśmieszkami po sobie popatrzyli.
- Nie, skądże. Myśleliśmy tylko, czy szanowny panicz użyczyłby na kilku swoich złotych monet - słowa te wypowiedział łysy mężczyzna z krótką brodą. Był najniższy z całej bandy, a i tak kilka centymetrów wyższy ode mnie.
- I pewnie pomyśleliście także, że ot tak wan je dam? Żebyście mogli je wydać na picie w gospodzie?
- Cóż, mieliśmy taką nadzieję. Dla twojego dobra.
- Nic wam nie dam - warknąłem i skrzyżowałem ręce na piersi. Nie bałem się. W każdej chwili mogłem przywołać ogień lub nawet udusić ich otaczającą ich mgłą. W końcu cała była pod moją kontrolą.
Zdezorientowany skupiłem się na mgle. Ze zdziwieniem odkryłem, że jej cześć już mnie nie słucha. Niewielki, ale kawałek przestrzeni, zbliżający się prostopadłą do zaułka ulicą, słuchał kogoś innego. Dotknąłem umysłem wody tak, by pozostać niezauważonym. Wyraźnie ktoś kontrolował część mgły wokół siebie.
- Czy ty nas w ogóle słuchasz paniczyku?! - krzyknął jeden ze zbirów.
- Zamknij się z łaski swojej! - warknąłem i skupiłem się na ulicy za mężczyznami. Tajemniczy ktoś właśnie znajdował się dokładnie naprzeciw mnie, a ja nie miałem pojęcia kim jest. Z racji tego, że nie kontrolowałem wody wokół niego, nie potrafiłem ocenić nawet jego płci.
- Jak śmiesz!? - jeden ze zbirów właśnie unosił dłoń, którą swoją drogą miałem zamiar oblać wrzątkiem, kiedy rozległ się krzyk.
- Hej! - nikt, kogo wyczuwałem tego nie powiedział, więc musiał to być owy Aquer, kontrolujący mgłę.
- Ładnie proszę byście odpuścili i zostawili tego miłego panicza - usłyszałem męski głos. Był dosyć melodyjny, a więc jego właściciel był tylko trochę ode nie starszy. Może o rok?
- A ty to niby kto? Nie twoja sprawa z kim prowadzimy pogawędkę.
- Moja, jeśli ten ktoś nie chce jej prowadzić - mężczyzna stanął obok mnie, przynajmniej tak wnioskowałem z dźwięków.
- Dziękuję, ale poradzę sobie sam - zwróciłem się do nieznajomego z uśmiechem.
- Co? - sądząc po barwie jego głosu, właśnie spojrzał na mnie jak na totalnego idiotę, co sprawiło, że się uśmiechnąłem.
- Nic złego się nie dzieję. Jeśli będę chciał, sam się z nimi rozprawię. Nie ma potrzeby, żebyś używał na nich swojej mocy.
- Skąd ty...? - skarciłem się w duchu. No właśnie, skąd mógłbym wiedzieć, że on ma moc, skoro jej nie wykorzystał? Przynajmniej tak by inni to zauważyli? Tylko stąd, że sam też ją posiadam. Westchnąłem czekając aż się domyśli. - A więc to ty!
Nieznajomy ściągnął mi niespodziewanie kaptur i odsłonił twarz. Chyba mi się przyglądał, bo po chwili mnie puścił.
- Nie jesteś nawet starszy ode mnie. Nie możesz nim być.
- Kim?
- Skoro się prosicie, to obaj oddacie nam pieniądze - jeden z oprychów kiwnął reszcie, a oni rzucili się w naszą stronę.
- Jeśli możesz - chwyciłem nieznajomego za ramię i stanąłem przed nim. - Nie przeszkadzaj, bo nie mam czasu.
Nie wykonałem nawet jednego ruchu. Wystarczyła myśl, a czterej mężczyźni zamarli, pochwyceni przez mgłę. Machnąłem ręką, a zderzyli się ze ścianą, po kolei tracąc przytomność.
- Nieźle - mężczyzna stojący za mną zagwizdał cicho. Odwróciłem się do niego i wkurzony zmarszczyłem brwi.
- Co tutaj robisz? Aliquid innych żywiołów raczej nie pojawiają się w Ignem.
- Więc co ty tu robisz? Nie jest to najlepsze miejsce dla początkującego Aquera - wkurzało mnie to, że kompletnie nie miałem pojęcia z kim rozmawiam. On przynajmniej wiedział jak ja wyglądam.
- Rodzice cię nie nauczyli, że odpowiada się na pytania, zanim zada się swoje? - spojrzałem w, jak mi się wydawało, twarz nieznajomego i usłyszał jak tamten wciąga gwałtownie powietrze.
- Twoje oczy... - zaczął, a ja zrezygnowany odwróciłem głowę w bok.
- Tak wiem, są różnego koloru.
- Jesteś niewidomy? - zaskoczony skierowałem twarz w stronę głosu. Jeszcze nikt nigdy nie rozpoznał tego po kilku minutach znajomości.
- Nie twoja sprawa - odwróciłem się i ruszyłem przed siebie, omijając leżących na ziemi mężczyzn. Przez złość nie wyczułem jednak deski, która wcześniej oparta o ścianę, przewróciła się, gdy uderzyłem o nią jednego ze zbirów. Prawie upadłem, ale w ostatniej chwili wyrosła przede mną wielka bańka wody, która złapała mnie nim zdążyłem wylądować w błocie.
Kiedy tylko dotknąłem cieczy, mgła otaczająca Aquera natychmiast mi się podporządkowała. Mimowolnie zbadałem twarz nieznajomego. Miał gładką skórę i delikatny zrost, zapewne ciemnego koloru, a przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Jego szczęka była wyraźnie zarysowana, nos lekko przygarbiony, co tylko dodawało mu uroku. Miał pełne usta, teraz wygięte w lekkim uśmiechu.
- Przepraszam - powiedział i podszedł do mnie - Mam na imię Lurei i szukam Araela.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 14

LUIS
 Spotkanie z Ethanem, Rickiem, Michaelem i Annabeth poszło o wiele lepiej niż to z ojcem. Rick i Annabeth zdążyli już zaakceptować Tomasa i wybaczyć mu odbicie mu dziewczyn. Michael pamiętał Tomasa jako przyjaciela brata i też szybko się z nim dogadał, umawiając na grę w kosza.
Najgorzej wyglądała sytuacja z Ethanem. Przed wydarzeniami sprzed trzech lat byli z Tomasem najlepszymi przyjaciółmi. Ethan jednak stanął po stronie Luisa i skończyło się tak, że przywalił Tomowi, więcej się z im nie spotykając.
Luisa strasznie wkurzało to, że rodzina traktowała go jak kolejną córkę lub siostrę. Przecież geje to nie kobiety! Dlatego nie rozumiał dlaczego Ethan dalej się nie pogodził z Tomasem. Przecież Luis już mu wybaczył, więc dlaczego Ethan by nie miał?
Mimo wszystko obiad nie wypadł tak źle w ocenie Luisa. Wszyscy się bawili, a nawet Tomasowi udało się rozśmieszyć ojca i złapać z nim wspólny język, co nie było takie trudne, bo zawsze mieli podobne zainteresowania. Tylko Ethan cały czas udawał, że Tomas nie istnieje, za co oczywiście mu się oberwało nie tylko od Luisa, ale także od Molly.
Wieczorem Luis i Tomas zostali zaciągnięci na imprezę u jednej z koleżanek Ann.
- Ann, nie wypada, żebym szedł na imprezę do swojej uczennicy.
- Nie przejmuj się tym Ethan też idzie, prawda braciszku? - Ann chwyciła Ethana pod ramię i uścisnęła. Ten z niezbyt zadowoloną miną przytaknął, posyłając jej nienawistne spojrzenie.
- Widzę, że ma na ciebie haka. Co tym razem? - Luis zaśmiał się z miny brata i chwycił za rękę Tomasa. Nie uszło to uwadze Ann, która uśmiechnęła się radośnie. Ethan też to zauważył, aczkolwiek jego reakcja była mniej entuzjastyczna.
- Przemalowałem ściany w mieszkaniu na niebiesko.
- Pfff, jak mam się dowie to nie ujdziesz z życiem - Luis zaśmiał się, podobnie jak reszta rodzeństwa, prócz Ethana oczywiście. Wszyscy wiedzieli jak Molly zareaguje, gdy dowie się, że jedna z jej kompozycji została zniszczona.
- Co ci strzeliło do głowy, żeby przemalować ściany na niebiesko?
- Nie twój interes. Chodźcie już, bo chce się jak najszybciej urwać.
I tak oto znaleźli w domu Rachel, jednej z przyjaciółek Ann i koleżanki z klasy Luisa. Gdy wchodzili, dziewczyny się oglądały. Jako gej potrafił dostrzec urodę swoich braci i nieraz zazdrościł im tych czarnych włosów. Wiedział, że on z Tomasem także przyciągają uwagę, jeżeli nie dlatego, że wyróżniali się spośród tych czarnych czupryn, to dlatego, żę szli za ręce, nie zważając na krzywe spojrzenia.
- Cieszę się, że przyszliście! - Rachel starała się przekrzyczeć muzykę. - Przyciszcie to, durnie! - krzyknęła do dwóch chłopaków majstrujących przy wierzy. Posłuchali od razu.
- Dziękujemy za zaproszenie - Ethan uśmiechnął się do młodszej dziewczyny i mimo łączącej ich relacji uczeń-dyrektor, ta odpowiedziała zalotnym uśmiechem.
- Nie ma sprawy Eth - zaraz, zaraz "Eth"? A nie przypadkiem dyrektorze?
- Ostatnio widuję ich na korytarzu, choć wygląda to bardziej na relacje przyjaciół niż ucznia i dyrektora - Tomas szepnął mu do ucha, tak by inni nie słyszeli.
- A może nawet kogoś więcej niż przyjaciół - Luis uśmiechnął się przebiegle.
- Anni! - Luis uśmiechnął się widząc jak jego siostra zamykana jest w ramionach swojej "przyjaciółki". Że też nikt nic nie podejrzewał. Przytulające się kobiety - przyjaciółki. Przytulający się mężczyźni - geje. Trochę to niesprawiedliwe, nieprawdaż?
- Mad! - Ann oddała uścisk od razu radośnie się uśmiechając.
- Chodź Tom, mam ochotę się czegoś napić - Luis pociągnął Tomasa w stronę stolika, na którym stały butelki, ale nie znalazł tam alkoholu.
- Co jest? Przecież nie możliwe, żeby na imprezie nie było wódki!
- Lui? Ja chyba wiem gdzie ona jest - Tomas wskazał na Rachel, która właśnie starała się coś wykrzyczeć, stojąc przed kilkunastoma butelkami wódki. W końcu Ethan krzyknął "cisza" i jak z bicza strzelił, wszyscy umilkli. Nikt nie chciał mieć na pieńku z dyrektorem.
- Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta, proszę  odsunąć stół i ułożyć swoje tyłki na dywanie w kółeczku! -  zaciekawieni spoczęli na dywanie, kiedy kilku chłopaków uprzątnęło pokój, a pozostali dalej bawili się na podwórku i w drugim pokoju. Luis naliczył osiemnastu chłopaków i czternaście dziewczyn, łącznie z wszystkimi obecnymi Harenorami, prócz Michaela, którego Ethan wywalił z pokoju. Luis od razu wiedział, że nie obędzie się bez alkoholu.
Kiedy wszyscy już siedzieli, Rachel wstała i wzięła do ręki pustą butelkę po oranżadzie. Kilka osób jęknęło na ten widok. Do pokoju wpadła Emily i mimo morderczego wzroku Luisa wcisnęła się na miejsce koło Tomasa. Luis ostentacyjnie wstał i zamienił się z Tomasem miejscem, odgradzając go od tego różowego diabła.
- Zgadza się, będziemy grać w butelkę, ale nie na zwykłych zasadach. Nie wiem jak wam, ale mnie znudziła się gra na pytania. Tak więc przedstawiam zasady.
Osoba, na którą wypadnie mówi coś, czego nigdy nie robiła. Na przykład "Nie całowałam się nigdy z młodszym", a wszyscy ci, którzy to robili piją kieliszek wódki. Oczywiście każdy może powiedzieć co chce, jak głupie by to nie było. Dodatkowa zasada: jeśli skłamiesz i ktoś będzie o tym wiedział, wskazuje osobę, którą masz pocałować. Wszyscy rozumieją? Jak ktoś będzie miał pomysł na nową zasadę to mówić! Gotowi? Ann, zaczynasz!
Annabeth złapała rzuconą jej butelkę i ze złowieszczym uśmiechem spojrzała na Luisa.
- O nie - Białowłosy szturchnął Tomasa, który zaśmiał się z jego miny.
- O tak braciszku. Nigdy nie całowałam się z facetem!
- Cholera jedna - Luis wziął kieliszek, który ktoś mu podsunął i równocześnie z Tomasem wypił całą jego zawartość. Oprócz nich piło większość dziewczyn.
Kiedy wszyscy wypili, Ann zakręciła butelką i padło na jakąś dziewczynę, które zawstydzonym głosem powiedziała coś w stylu "Nigdy nie widziałam mężczyzny nago". Rzecz jasna wszyscy faceci musieli wypić. Nie licząc Maddie i dwóch innych dziewczyn, reszta sięgnęła po kieliszki.
Luis z uśmiechem patrzył jak Mad piorunuje wzrokiem Ann, a ta w obronie się tłumaczy.
- Mad! Daj jej żyć, kąpała się z wszystkimi braćmi! - Ethan uśmiechnął się do Ann, a ta odetchnęła z ulgą.
- Serio? - Tomas spojrzał rozbawiony na Luisa.
- Ej! Byliśmy mali...
- Dobra, gramy dalej! - krzyknął ktoś z kółka, a butelka znów poszła w ruch, zatrzymując się na Luisie.
- Nigdy nie podglądałem nikogo pod prysznicem! - Luis wpatrywał się w Ethana z wyczekiwaniem, ale ten był zbyt pochłonięty zerkaniem na Rachel, by w ogóle kontaktować. Kiedy kilka osób wypiło po kieliszku, Luis z uśmiechem zawołał brata.
- Eth! Mam cię! Pamiętasz kolonie jak miałeś szesnaście lat?
- Eee, co?
- Nasza szóstkowa na obozie harcerskim!
- To się nie liczy, byłem dzieciakiem.
- Owszem, liczy się, kto jest za? - Wszystkie ręce uniosły się w górę, a czarnowłosy westchnął ze zrezygnowaniem.
- Dobra, więc kto?
- Rachel! - Rick uśmiechnął się przebiegle, a Ethan z Rachel popatrzyli po sobie. Dziewczyna lekko się zarumieniła, ale nie odsunęła się, kiedy Ethan się do niej przysunął.
- Czekajcie, mam nową zasadę! - Ann omal nie przyprawiła o zawał połowy obecnych. - Pocałunek ma trwać co najmniej pięć sekund.
Wszyscy zareagowali entuzjastycznie, oprócz Rachel, która spaliła buraka. Ethan jednak nie miał obiekcji i delikatnie uniósł jej brodę, czule stykając swoje usta z jej. jego brat zachowywał się jakby nie chciał przestraszyć dziewczyny. Ona jednak już nie wyglądała na wystraszoną. Ich pocałunek przeciągnął się do dziewięciu sekund, co wszyscy skrupulatnie liczyli. Po wszystkim rozbrzmiały głośne brawa i gwizdy. Jeden nawet z ust Luisa.
Luis zakręcił butelką i niezadowolony spojrzał na Emily, którą wskazywała nakrętka. Blondynka uradowana wlepiła swoje oczy w Tomasa i zaczęła intensywnie myśleć nad ym, co mogłaby powiedzieć.
- Nigdy nie całowałam pięknej blondynki! - powiedziała, a Luis miał ochotę jej przywalić. Nie podniósł kieliszka. Teraz uważał ją za obrzydliwą i cieszył się jak głupi, kiedy Tomas się nie ruszył. Kilka osób wypiło, a kiedy Tomas się nie ruszył, Emily wskazała na niego palcem.
- Kłamiesz. Całowaliśmy się!
- Chciałem zaznaczyć, że mówimy o pięknych blondynkach, a bez obrazy jedyna osoba jaka mi się podoba nie jest blondynem.
- Popieram twoim tokiem myślenia idąc, też się z tobą całowałem. Czemu o tym nie mówisz, co? - Luis zmrużył gniewnie oczy i gdyby nie ręka Toma na jego plecach, mogłoby dojść do rękoczynów. Choć on kobiet nie bije, czasem trzeba robić wyjątki.
- Tomas, mimo wszystko żądam głosowania!
- W porządku -  Tomas zacisnął zęby i zamroził spojrzeniem kogo tylko mógł. Mimo to wypiętymi cycami, Emily przekabaciła na swoją stronę część chłopaków.
W końcu wyszło na to, że czternaście osób głosowało za i czternaście przeciw.
- Skoro tak, to może zróbmy inaczej. Skoro i Luis i Tomas mają nie do końca czyste kąta, niech się pocałują! - z opresji wyciągnęła ich Mad, za co Luis posłał jej dziękujące spojrzenie. Część chłopaków z zaciekawieniem przeszła na ich stronę, więc mogli odetchnąć z ulgą.
- Nowa zasada, dla par dwadzieścia sekund! - ku zdziwieniu Luisa, to Ethan wykrzyknął owe zdanie.
Kiedy większość się zgodziła, Tomas bez zbędnych ceregieli pocałował Luisa, tak jak zwykle to robił. Najpierw powoli i delikatnie, by później zwiększyć tempo. Luis omal nie rozpłynął się w jego ramionach. Jeszcze trochę i na pocałunku by się nie skończyło. Gdyby tylko ktoś nie krzyknął "trzydzieści!", a reszta nie wybuchnęłaby śmiechem, pewnie by nie przerwali.
Po kilkunastu kolejkach, w których każdy pił co najmniej kilka razy, w końcu wypadło na Tomasa.
- Powiedz, że nigdy nie całowałeś się z Maddie - Luis szepnął mu na ucho, już nie całkiem trzeźwy. Jego siostra też już była pijana, co skutkowało mało dyskretnymi spojrzeniami jakie kierowała w stronę swojej dziewczyny.
Tomas posłusznie powtórzył o co prosił Luis, a Ann spojrzała na nich z przerażeniem. Kilka dziewczyn się zaśmiało i mamrocząc coś o butelce wśród dziewczyn wypiły po kieliszku, ale Annabeth była zbyt wstrząśnięta, by wykonać jakikolwiek ruch.
- Hej Anni, przecież ty wtedy grałaś z nami! Nie pamiętasz, w takim razie powtórka przy wszystkich! - dziewczyny zaczęły coś krzyczeć, a Ann popatrzyła na Maddie ze strachem. Ta jednak nie przejmując się niczym wpiła się w jej usta i całowała, trochę zbyt namiętnie jak na zwykłą przyjaciółkę, ale podpite towarzystwo zdawało się tego nie zauważać. Może oprócz Ricka, który zaśmiał się i wymamrotał coś o nowej parze w rodzinie.
Emily gdzieś zniknęła tuż po ich pocałunku, więc Luis znacznie się odprężył. Podobnie jak Tomas i co trochę zaskoczyło Luisa, kilka innych osób, w tym Ethan i Annabeth.

TOMAS

Luis powoli miał już dość alkoholu i choć sam tego nie mówił, Tomas definitywnie wygrał, kiedy Luis padł w jego ramionach i zasnął.On był w dużo lepszym stanie. Na szczęście nie musiał dzwonić po taksówkę, bo Rachel wcisnęła mu do ręki klucz od pokoju na drugim piętrze i kazała zanieść tam białowłosego, nie dając przy tym Tomasowi nawet chwili na odmowę.
Kilka minut później, kiedy Luis już leżał pod kołdrą, przebrany w piżamę, którą Tom dostał od Rachel, ktoś zapukał do drzwi.
Tomas otworzył w samych spodniach, gdyż jego koszulka zaginęła gdzieś w ciemnościach. Zaskoczony wpuścił do środka Ethana i zabrał go na balkon, by nie obudzić swojego ukochanego.
- Chciałeś coś? - Tomas był zmęczony i nie chciał się kłócić ze swoim, jakby nie było, szefem.
- Tylko pogadać i nie patrz tak na mnie. Mam zamiar cię przeprosić.
- Aha - Tomas nie bardzo wiedział co miałby powiedzieć, więc milczał i oparty o barierkę czekał na dalsze słowa dawnego przyjaciela.
- Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, więc będę walił prosto z mostu. Wkurzyłeś mnie wtedy nie na żarty i pewnie o tym wiesz. Nikt nie krzywdzi mojej rodziny, nawet przyjaciele. A najgorsze było to, że musiałem wybierać, a ty dobrze wiedziałeś, że nie na ciebie padnie. Najchętniej to uprzykrzałbym ci życie przez kilka lat, ale pewnie Lui by mnie za to zabił, albo co gorsz ogolił brwi - Tomas uśmiechnął się lekko. Obaj wiedzieli, że Luis był do tego zdolny.
- Zmierzasz do czegoś konkretnego?
- Tak. Wisisz mi sześciopak piwa. Przynieś go na naszą piątkową grę - Ethan poklepał Tomasa po ramieniu i wyszedł, a ten uśmiechnął się z ulgą. Piątkowa gra w kosza była ich tradycją odkąd się przyjaźnili i została przerwana, kiedy skrzywdził Luisa. Ethan zapraszając go na grę, dał mu kolejną szansę,a on nie zamierzał jej zmarnować. W końcu uzyskał akceptację całej rodziny Luisa, no może jeszcze Williama musiał trochę przekonać. Czuł się przyjemnie lekko. Nawet nie wiedział ile kosztowała go nienawiść ze strony Etha, jego najlepszego przyjaciela.
Tomas położył się przy Luisie, w samych bokserkach i uśmiechnął, kiedy białowłosy od razu do niego przylgnął. Zupełnie jak magnes.
- Kocham cię, Śnieżynko - pocałował go w czoło i zamknął oczy.
- Ja ciebię też - usłyszał jeszcze, nim zapadł w spokojny sen.
Nie było innej drogi, musiało się udać.

KONIEC

Co wy na to?? Trochę mi nie pasuje końcówka, ale pisałam ją trzy razy i za Chiny nie chce wyjść lepiej :( "Niechciana Miłość" dobiegła końca ;)
Mam nadzieję, że podobało Wam się to opowiadanie, chociaż było nie do końca w moim stylu.
Mam dla Was jeszcze złą wiadomość, a mianowicie,kontynuację Ognia i Wody zacznę dopiero za dwa tygodnie. Potrzebuję małej przerwy, by trochę nadrobić i powalczyć o lepsze oceny ;)
Pozdrawiam ! :*
I przepraszam, że nie odpisuję na komentarze, ale niestety nie mam ani grama czasu :( Postaram się nadrobić :)

poniedziałek, 25 maja 2015

Rozdział 13

Hej :) Odpowiadając na Wasze pytania: Pozostało już tylko kilka rozdziałów, ale nie wiem jeszcze ile dokładnie. Nie mam napisane nic, więc nie określę tego nawet w przybliżeniu.
 Nie mogę się już odczekać powrotu do Ognia i Wody, więc być może szybko to zakończę ;)
Miłego czytania <3

TOMAS
- Tomas! Tomas, zaczekaj! - żyłka na jego czole zapulsowała, kiedy usłyszał za sobą dziewczęcy głos. Nie miał pojęcia dlaczego go tak denerwował, choć umysł podpowiadał mu, że powodem może być scena, którą zobaczył w poniedziałek na korytarzu. Od tamtej pory z jego oczu wydobywały się pioruny, które co rusz uderzały w Emily, jeśli ta znalazła się w zasięgu jego wzroku.
- Dla ciebie pan Nixon – Tomas nie chcąc robić widowiska, zatrzymał się i oparł o swój samochód. Luisa jeszcze nie było, co w sumie cieszyło Toma. Nie chciał, żeby ta dziewczyna nawet na niego patrzyła.
- Och, przestań, przecież znamy się od dawna. Może chciałbyś się ze mną wybrać do kina?
Brwi Tomasa powędrowały do góry. Czy ona w ogóle nie zauważyła tej całej niechęci? Przecież wie już o związku jego i Luisa.
- Emily, jakbyś nie zauważyła jestem teraz z Luisem. W przeciwieństwie do ciebie go nie zdradzę. Przestań usiłować nas rozdzielić. Kocham go, a on kocha mnie i ty tego nie zmienisz.
Dziewczynie mina zrzedła, ale na jej twarzy utrzymał się sztuczny uśmiech. Jej dłonie zacisnęły się, co próbowała ukryć chowając je za plecami.
- Tomas, nie wiesz co mówisz, przecież ty go nie kochasz. Po prostu dawno nie byłeś z dziewczyną taką jak ja. Ktoś ci musi przypomnieć jak to cudownie jest być z kobietą – Emily przejechała pomalowanym paznokciem po jego koszuli. - Przecież wiesz, że niepotrzebnie się rozstaliśmy. Byłam wtedy jeszcze niedojrzała i głupia. Nie potrafiłam dostrzec tego uczucia jakim mnie darzyłeś, ale teraz już wiem, że mnie kochałeś i dalej kochasz. Nie martw się uświadomię ci to - stanęła na palcach i próbowała go pocałować, ale Tomas ją odepchnął.
- Nie pozwalaj sobie. Jestem twoim nauczycielem i tak też masz mnie traktować. Niczego sobie nie wyobrażaj. Między nami niema nic oprócz niechęci do ciebie z mojej strony. Masz nie zbliżać się do Luisa, albo obiecuję ci, pożałujesz.
Skończył swoją wypowiedź i spojrzał w stronę szkoły. Luis właśnie opuszczał budynek i podejrzliwie popatrzył na blondynkę. On też nie czuł się przy niej dobrze.
Tomas podszedł do niego i pocałował w usta. Nie musieli się ukrywać, bo wszyscy już o nich wiedzieli. Były osoby, którym się to nie podobało, ale chcąc nie chcąc musieli tolerować brata swojego szefa i jego partnera.
Tomas chwycił Luisa za rękę i całkowicie ignorując rozeźloną ladacznicę, poprowadził do samochodu, gdzie otworzył mu drzwi. Białowłosy uśmiechnął się na ten gest i poczekał aż Tomas zajmie miejsce kierowcy.
- Co ona od ciebie chciała? - Luis spojrzał za odchodzącą Emily.
- W sumie to nic. Musi nadrobić materiał z historii i chciała się mnie o coś zapytać – Tomas nie zamierzał niepokoić Luisa słowami dziewczyny i jej pustymi obietnicami. Nie zamierzał zostawić Luisa, więc nie było się o co martwić.
- Aha. Rozmawiałem z Ethanem. Mama zaprasza nas na obiad.
- Jakoś nie wydaje mi się, żebym był tam mile widziany – Tomas skrzywił się, a Luis cicho zachichotał.
- Nie martw się, ochronię cię przed moimi krwiożerczymi braćmi.
- Bardziej się boję twojego ojca. Jakoś nie wyobrażam sobie, że przyjmie mnie w rodzinie z otwartymi ramionami.
- Nie martw się. Mama już ci chyba wybaczyła, więc tata nie ma wyboru – Tomas uśmiechnął się n a ten sposób myślenia partnera.
- Więc kiedy ten obiad? - uśmiech Luisa wynagrodził mu przyszłe nieprzyjemności.
- Za dwie godziny – mina Tomasa chyba wyraziła wszystkie jego myśli, bo Luis pochylił się i pocałował go w policzek.
- Nie martw się, Ricka masz już po swojej stronie, Ann tym bardziej. Został ci już tylko tata i Ethan, bo Michaela przekupisz jakąś grą komputerową – Luis puścił mu oczko i uśmiechnął się słodko.
Tomas spojrzał na drogę i zjechał w jakąś boczną uliczkę, by zatrzymać samochód i pocałować Luisa namiętnie.
- A to za co?
- Uśmiechaj się tak dalej, a spóźnimy się na ten obiad.
- Zabieraj te łapy. Ja nie mam zamiaru skomleć na krześle przy  rodzinie - Luis asekuracyjnie odsunął się na drugi koniec samochodu.
- Masz rację, jeszcze by mnie zabili za sprawienie bólu kochanemu braciszkowi i synowi. Ale co to byłby za przyjemny ból - Tomas poruszył zabawnie brwiami i ruszył w dalszą drogę.
Zatrzymali się przed niewielkim domkiem, który tymczasowo wspólnie wynajmowali. Początkowo Luis opierał się przed tym, ale w końcu niska cena, piękny ogródek i prośby Tomasa doprowadziły do tego, że się ugiął i nawet zamówił nowy stół do salonu, gdyż jego zdaniem "gryzł się on z peridotowymi ścianami". Tomas kompletnego pojęcia nie miał czym ten kolor ścian różnił się od zielonego, ale Luis upierał się, że różnica jest ogromna.
W każdym razie stanęło na tym, że na razie wynajmują mały domek w dosyć bezludnej okolicy. Im to nie sprawiało problemu, a dzięki temu, że wszystko było trochę daleko, cena była dużo niższa.
W środku przywitały ich jeszcze nie rozpakowane pudła. Jak dotąd nie mieli ani czasu, ani ochoty, by rozpakować wszystkie rzeczy. Wyciągali stopniowo to co było im w danej chwili potrzebne i jakoś żadnemu to nie przeszkadzało. Dopóki nie zadzwoniła Annabeth.

LUIS

Komórka Luisa zadzwoniła, kiedy tylko przekroczyli próg domu. Białowłosy kliknął zieloną słuchawkę i przyłożył telefon do ucha.
- Hej Luis. Nim cokolwiek powiesz, to wiedz, że zdobyłam twój adres i za półtorej godziny przyjedzie do ciebie cała rodzina, by zjeść wspólnie obiad. Mam nadzieję, że masz porządek. Wszystko już ustalone, pamiętaj godzina szesnasta. Pa.
Wyrzuciła to z siebie na jednym wdechu, nie dając Luisowi się sprzeciwić, bądź cokolwiek innego powiedzieć. Przerażony Luis rozejrzał się po pokoju wyglądającym jakby chwilę temu przeszło przez nie tornado. W końcu spojrzał na Tomasa, który stał na tyle blisko by usłyszeć nie tylko jego, ale też Ann mówiącą przez słuchawkę.
- Nawet mi nie mów, że...?
- Owszem. I nawet nie wątp w to, że żartowała. Znając ją, naprawdę tu przyjdą.
- Więc co robimy? Bo ucieczka pewnie nie wchodzi w grę - Tomas spojrzał na niego błagalnie.
- Nie ma opcji. Oberwałoby nam się i to kilkakrotnie. A tobie pewnie nigdy nie zostałoby wybaczone. Tylko nawet w optymistycznej wersji nie zdążymy tego wszystkiego posprzątać! A jeszcze trzeba znaleźć na strychu skrzynkę z zastawą, umyć naczynia i skosić trawnik bo jak mama go zobaczy... Wolisz nie wiedzieć co zrobi. - Luis przełknął ślinę na wspomnienie dnia, kiedy rodzice wracali z urlopu, a on nie skosił trawnika.
- Było aż tak źle?
- Wolałbym pójść z mamą i Ann na zakupy, niż to powtórzyć.
- To naprawdę musiało być okropnie.
- Może nawet przekonasz się jak bardzo. Nie zdążymy z tym wszystkim we dwóch!
- Nie martw się. Przecież mam swoją Załogę, prawda?
- Masz na myśli tych twoich osiłków? Przecież oni są ze sił specjalnych, a nie z ekipy sprzątającej.
- Nie martw się. Frank, Zack, Pablo i Alex wiszą mi nie jedną przysługę. Przyjdą, nie ważne o co poproszę.
- Jesteś pewny, że chcesz wykorzystać przysługę do mycia podłogi i garnków?
- Czy jest coś straszniejszego od spotkania z niezadowolonymi teściami? - Tomas uniósł brwi z całkiem poważną miną. Luis uśmiechnął się i pocałował go w policzek.
- Tylko poproś, żeby szybko przyszli.
Tom uśmiechnął się i wyciągnął telefon. Dokładnie minutę później, bo zniecierpliwiony Luis cały czas zerkał na zegarek, zadzwonił dzwonek do drzwi.
Tomas otworzył je i przywitał się ze swoimi przyjaciółmi.
- Czy kiedykolwiek dowiem się jakim cudem przybyliście tu w minutę? - Luis podszedł do przybyłych i stanął w progu salonu. Oni tylko z uśmiechami popatrzyli po sobie i zwrócili się w jego stronę.
- Mamy taki nowy wynalazek, który jest dość tajny, ale podzielimy się z tobą tą wiedzą - Zack rozejrzał się jakby szukając szpiegów po czym nachylił się w stronę Luisa. Ten zaciekawiony nadstawił ucha. - Zwie się... przyczepa tuż za waszym domem, Maleńka - wyszeptał to tak poważny, tonem, że Luis przez chwilę nie wiedział co robić. Zack zaśmiał się na widok jego miny i pocałował go w policzek. Na ten gest Luisowi omal oczy z orbit nie wyleciały.
- Te, trzymaj się swojego chłopaka - Tomas pociągnął Luisa do siebie i kiwnął Frankowi. - Zabieraj mi stąd tego Casanovę.
- Nie martw się, nie tknie go już ja o to zadbam - Frank złapał za koszulkę Zacka i wytargał go do łazienki, która znajdowała się tuż obok salonu.
- Czy oni...? - Luis stał wpatrzony w drzwi z otwartymi ustami.
- Są razem. Odkąd pamiętam - Tomas uśmiechnął się do Luisa i pociągnął go na górę. Za nimi ruszyli Alex i Pablo.
- Czemu tam idziemy? - Luis planował zacząć sprzątanie od kuchni, by w razie czego zostawić górę nie posprzątaną.
- Poszukać zastawy. Lepiej nie schodź na dół przez najbliższe pół godziny - Tomas zbliżył swoje usta do ucha Luisa. - No chyba, że chcesz posłuchać jakie dźwięki wydajesz, kiedy jestem w tobie - zamruczał, a Luis momentalnie spalił buraka i walnął Tomasa w żebra.
- Zamknąłbyś się - Pablo i Alex zaśmiali się i poklepali Tomasa po ramieniu.
- Pomoglibyśmy ci Szefie, ale Maleńkiej boimy się bardziej.
- Ta, a czasem jest taki milutki.
- Będziecie tak gadać czy weźmiecie się w końcu do roboty? Mamy mało czasu, a ta dwójka na dole raczej nie pomoże! - Luis popchnął chłopaków w stronę strychu, a Tomasa przytrzymał chwilę przy sobie.
- Masz szlaban na mój tyłek przez tydzień. Jeszcze jedno słowo o tym jaki to jestem milutki, a miesiąc murowany.
- Już się zamykam - Tomas z przerażoną miną zamknął usta na zamek i wręczył Luisowi wyimaginowany kluczyk.
- No, masz szczęście - chłopak uśmiechnął się i ruszył na strych.

Kiedy w końcu znaleźli kosiarkę i całą zastawę, zaszli na dół. Frank i Zack właśnie wychodzili z łazienki, ten drugi z dosyć niewyraźną miną.
- Tyłek boli? A myślałem, że miałeś na to ochotę - Frank wyraźnie mścił się na swoim partnerze, dodatkowo klepiąc go w pośladki. Zack syknął, ale dzielnie wszystko znosił.
- Już go zostaw, bo jest nam potrzebny.
- Dobra, dobra, to co mamy robić?
Luis zaczął im wydawać polecenia. Okazało się, że chłopcy nadają się nie tylko do zabijania, ale też prac domowych.
Po godzinie wszyscy umordowani zasiedli w salonie. Trawnik krótko przystrzyżony zapraszał swoim wyglądem, podłogi błyszczały jak nigdy, nigdzie nie było widać ani grama kurzu, a duży stół zastawiony był na piętnaście osób. Luis przewidywał w tym także dzisiejszych pomocników.
- To my się już zbieramy - Pablo i Alex zaczęli się zbierać.
- Zostańcie na obiedzie. Nie wypuszczę was po tym jak nam pomogliście.
- Przykro nam Maleńka, ale ja mam obiad z żoną, a Pablo idzie na spotkanie klubu. Przyjdziemy kiedy indziej - to mówiąc zamknęli za sobą drzwi. Luis spojrzał na wstającą właśnie parę.
- O nie, wy zostajecie i nie wywiniecie mi się.
- Ja nie mam zamiaru. Co jak co, ale nasza lodówka świeci pustkami, a ja chętnie poznam twoją rodzinę - Zack puścił mu oczko, na co Luis posłał mu uśmiech.
- Masz braci? - Frank spojrzał na Luisa pytająco.
- Trzech, ale oni są hetero.
- Więc nie ma mowy, że zostawię go tu samego. Popatrz na mnie. Też kiedyś byłem hetero.
Luis zaśmiał się i spojrzał na zegarek. Jego rodzina właśnie powinna dojeżdżać.
- Luis mam jeszcze jedno pytanie - Frank spojrzał a niego poważnie. Lui kiwnął głową, czując jak Tom obejmuje go od tyłu i kładzie głowę na jego ramieniu. - Czy my mamy zachowywać się normalnie? To znaczy, jak para?
- Moja rodzina wie, że jestem z Tomasem i to akceptują. Myślę, że z wami też nie będzie problemu, ale jakbyście mogli... no wiesz.
- Nie uprawiać seksu na stole? Nie ma problemu. No chyba, że coś proponujesz - Zack z uśmiechem rozczochrał włosy Luisowi, ale jemu nie było dane się odegrać, gdyż zadzwobnił dzwonek do drzwi.
- Masz szczęście - Luis jak przystało na dorosłego pokazał Zackowi język i ruszył do drzwi, na co pozostali zaczęli się śmiać. Luis jeszcze uśmiechnął się do nich i otworzył drzwi. Lekko zaskoczony zaprosił do środka Matta, który wręczył Luisowi butelkę wina i podszedł do Tomasa.
- Dobrze cie widzieć całego - Matt uścisnął rękę Tomasa.
- Ciebie też. Dobrze, że wyszedłeś wcześniej.
- Nic by mi to nie dało, gdybyście nie unieszkodliwili Pietraszowa.
- Tak właściwie, to nie..
- Przepraszam, Tomas, mógłbyś nas przedstawić? Poza tym mamy do ciebie kilka pytań - Frank spojrzał znacząco na Matta. - Rozmawiacie na dosyć dziwny temat.
- Ach tak, przepraszam, mam na imię Matt - Tomas nie zdążył odpowiedzieć, a Matt już wyciągnął do Franka rękę, po czym podał ją Zackowi. - Miło mi was poznać na żywo, Frank, Zack.
Chłopaki wyraźnie byli lekko zdezorientowani. Spoglądali to na Matta to na Tomasa, aż w końcu ich wzrok spoczął na Luisie.
- Nie możecie im wszystkiego wyjaśnić? Gapią się na mnie jakby chcieli torturami wyciągnąć ze mnie odpowiedzi.
- Dobra. Tom, Lui idźcie na zewnątrz, bo William z Molly przyjechali i nie mogą się zabrać z jedzeniem. Ja wszystko wyjaśnię chłopakom - Matt niemal wypchnął ich na zewnątrz.
- Mam się o nich martwić? - Tom uniósł wysoko brwi.
- Matt jest raczej niegroźny. Stosunkowo - Luis uśmiechnął się i ruszył w kierunku samochodu rodziców.
Molly właśnie nakazywała Williamowi wziąć najpierw sernik, żeby się nie rozpuścił, kiedy ich zobaczyła. Podeszła najpierw do Luisa, by go wycałować i ponarzekać, że rzadko bywa w domu, by później wyściskać także Toma, co sprawiło, ze na twarzy białowłosego pojawił się szeroki uśmiech. Następnie wzięła z rąk męża ciasto i ruszyła do środka.
William nie przywitał Tomasa tak entuzjastycznie, ale z grzeczności podał mu rękę. Niechętnie, co miał doskonale wymalowane na twarzy.
- Tato!
- No co? Przecież nic nie zrobiłem! Jesteś taki sam jak wasza mama.
- Dobrze wiesz co zrobiłeś i masz przestać.
Tomas wyminął ich i zabrał rzeczy, które wcześniej wskazała Molly, po czym zatrzymał się przy boku Luisa.
- Lui, przestań już. Nic się przecież nie stało.
- Stało się. Tato, mam zamiar być z Tomasem przez bardzo, ale to bardzo długi czas, więc jeśli chcesz mnie w ogóle widywać, to musisz się nauczyć szacunku do niego!
Luis wziął dwie torby i ruszył w stronę drzwi, zostawiając dwóch mężczyzn przy samochodzie. Tomas spojrzał na Williama i nie wiedział co ma zrobić.
- Będziesz miał z nim ciężko. I nie oczekuj, że będziemy najlepszymi przyjaciółmi, bo Luis jest jak moja druga córka. Choć lepiej mu tego nie powtarzaj, bo przyjdzie mnie zabić, zrozumiano?
- Tak jest - Tomas czuł się trochę jak wtedy, kiedy zaczynał w pracy z policją. Był gotów wykonać każdy rozkaz, żeby tylko komuś nie podpaść. Szczególnie komuś, kto jet ważny dla Luisa.
- Tomas! Rusz w końcu tyłek i przynieś szarlotkę! - Luis z daleka przyglądał się rozmawiającym mężczyznom i miał powoli dość tego, że nic nie słyszy.
- Już idę! - Tomas szybko wziął co mu kazano i niemal biegnąc, dotarł do Luisa i pocałował go w policzek, za co został skarcony znaczącym chrząknięciem.
- Taa - Luis niezadowolony spojrzał w kierunku ojca. Pod dom podjechał kolejny samochód, a głośna muzyka oznajmiła im, że rodzeństwo Luisa zaraz znajdzie się w polu widzenia. - Rodzinne spotkanie czas zacząć.

poniedziałek, 18 maja 2015

Rozdział 12

Cześć kochani! Dzisiejszy rozdział pisany tylko i wyłącznie w trakcie podróży na Chorwację i wstawiony w jakimś hotelu (tak podejrzewam) :D Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze gdzieś złapać wi-fi i dokończyć rozdział :) Raczej tak ;) Więc może być tak, że to czytacie, a rozdział jest skończony :) Zapraszam do czytania!!


TOMAS
Westchnął, obudziwszy się i nie otwierawszy oczu. Był wyczerpany i to bardziej niż po atakach na mafię. Jego organizm chyba miał dość, bo wszystko go bolało. 
Mimo zmęczenia czuł się szczęśliwy. Po raz pierwszy od dawna nie myślał o tym co mógłby zmienić. Dopiero teraz, kiedy leżał z wtulonym w niego Luisem, zdał sobie sprawę, od jak dawna budził się sam.
Wszystkie kobiety zawsze wychodziły z samego rana zostawiając karteczkę, albo to on znikał, kiedy tylko otwierał oczy. Nie czuł potrzeby spędzania poranków z obcymi kobietami. W sumie po co zostawać z kimś, kto umówił się z tobą tylko na seks?
Westchnął ponownie, obejmując śpiącego wciąż Luisa. Uchylił powieki i spojrzał na białowłosego. Słońce było już wysoko, a jego promienie wpadały przez szczelinę między zasłonami. Jeden z nich ulokował się na ramieniu Lu, sprawiając, że jego skóra wydawała się złocista. 
Lui spał z uchylonymi ustami, cichutko pochrapując. Pod oczami miał lekkie cienie, co pewnie było skutkiem ich wspólnej nocy.
Jak to się właściwie stało, że poszedł z facetem do łóżka i nawet tego nie żałuje? Niby nigdy nie miał żadnych uprzedzeń, ale nie przypuszczał, że przyjdzie mu to tak łatwo.
- Nie śpisz już? - Luis przeciągnął się i ziewnąwszy szeroko, ułożył głowę na jego ramieniu.
- Przed chwilą wstałem - Tomas jak przystało zaraził się ziewaniem. Nigdy nie miał pojęcia w jaki sposób to działa. Podobno jakaś psychologia, czy coś. Luis spojrzał na niego z lekkim wahaniem.
- I nie uciekłeś gdzie pieprz rośnie? Po tym co robiliśmy w nocy...
- Mam ochotę powtarzać to codziennie - przerwał mu, nie chcąc doprowadzić do nieścisłości. - Lui przecież sam tego chciałem. Nie wiem o co ci chodzi.
- O to, że ty przecież nie jesteś gejem - Luis wbił wzrok w ścianę, głowę przesuwając na jego klatkę piersiową.
- Serio? Bo śmiem zaryzykować stwierdzenie, że właśnie nim zostałem - Tomas przyciągnął Luisa do siebie i obrócił ich, by posmakować jego ust. Palcami przejechał po bliźnie, która pozostała po spotkaniu z mafią. Odsunął się na chwilę i zaczął badać ją palcem, dokładnie oglądając.
- Lubię ją - szepnął cicho, ale wiedział, że Luis go usłyszy.
- Moją bliznę? Co w niej do lubienia?
- Masz ją przez to, że mnie uratowałeś. Jest symbolem naszego początku.
- Początku?
- Tak, myślę, że wtedy się w tobie zakochałem - nawet nie zdawał sobie sprawy z tego co powiedział, dopóki Luis nie popchnął go i nie wylądował na jego biodrach, przy okazji ich obu pobudzając.
- Zakochałeś się we mnie? - Luis patrzył na niego z niedowierzaniem i nadzieją jednocześnie.
- Po same uszy - Tomas uśmiechnął się, w zamian zostając obdarowanym głębokim i czułym pocałunkiem.
- Ja w tobie też - szepnął białowłosy, a serce Toma gwałtownie podskoczyło. Niby się tego spodziewał, ale mimo to czuł jakby wygrał na loterii.
Takie wyznanie nie pozostało bez odpowiedzi. Jego ciało gwałtownie zapragnęło udzielić jej Luisowi, a on nie zamierzał się powstrzymywać.
- Jak będziesz bardzo głodny to powiedz - szepnął i ponownie ich przewrócił, by móc zacząć pieścić ciało kochanka zarówno dłońmi jak i ustami.


LUIS
- Tomas, musimy już wracać do domu - Luis wziął się za zbieranie rzeczy porozrzucanych po całym pokoju.
- Niby dlaczego? Mi tu jest dobrze - Tom podszedł do niego od tyłu i objął w pasie, ręce wkładając mu pod koszulkę. - Jesteśmy sami, nikt nam nie przeszkadza...
- Oprócz sprzątaczki, która omal zawału nie dostała, widząc nas nagich w łóżku.
- Swoją drogą mogliśmy zawiesić karteczkę - Luis zaśmiał się cicho przypominając sobie minę kobiety. W życiu nie widział takich rumieńców. Dobrze, że kobieta nie była żadnym homofobem, tylko grzecznie przeprosiła i oznajmiła, że przyjdzie później.
- I tak musimy dziś jechać. Jutro masz pracę, a ja szkołę. W dodatku trzeba zająć się kupnem nowego mieszkania dla ciebie i dla mnie.
- Po co nam dwa? Będę spał u ciebie.
- A jak się pokłócimy i wyrzucę cię na golasa na klatkę?
- To poproszę przystojnego sąsiada, żeby mnie przenocował - Tomas uśmiechnął się, po czym jęknął, gdy Luis walnął go z łokcia w żebra. Przynajmniej nie w te chore.
- Zasłużyłeś - powiedział słodko po czym podszedł od szafy i zaczął pakować ich rzeczy.
- No dobra, ale póki niczego nie znajdę, mieszkam u ciebie.
- Jeśli się zmieścisz pod łóżkiem - Luis ponownie się uśmiechnął i wyciągnął ostatnią rzecz z szafy.


Siedzieli w knajpce znajdującej się niedaleko szkoły. Wstali wcześniej by móc wstąpić na ciepłe śniadanie i kawę. Luis rozejrzał się wokół i nie zauważając nikogo, kto by się im przyglądał, przysunął się do Tomasa.
- Lui? Mogę o cię o coś zapytać? - Tomas objął go ramieniem w talii, ukrywając rękę za niską ścianką, odgradzającą ich stolik od innych.
- Pytaj. Najwyżej nie dostaniesz odpowiedzi.
- Dlaczego szukasz też mieszkania dla siebie?
Luis spiął się lekko. Wiedział, że Tomas w końcu o to zapyta. Nie zamierzał kłamać i wierzył, że kochanek go zrozumie.
- Przez to wszystko, co się stało. Pamiętasz tego osiłka, który zginął od noża? - Luis wolał  unikać twierdzenia "Ten, którego zadźgałem". Nie dlatego, że tego żałował, choć tak było. Wiedział jednak, że musiał go zabić lub inaczej sam by zginął. Mimo to sumienie nie dawało mu spokoju.
- Luis, przestań się tym zadręczać. To nie twoja wina.
- Owszem moja i nie wmówisz mi niczego innego. Chodzi mi o to, że kiedy upadł, upuścił zdjęcie. Była na nim młoda kobieta z dzieckiem i ten mężczyzna. Oni byli rodziną, taką samą jak moja, a ja ją rozbiłem. Pozbawiłem dziecko ojca, a najgorsze jest to, że on wcale nie był zły. Na zdjęciu była groźba kierowana do niego. Musiał zostać w mafii Pietraszowa, by nie zabili jego synka. Rozumiesz? A to był tylko jeden z nich. Co jeśli reszta też miała rodziny, dzieci? Jeśli nie robili tego bo chcieli, tylko z konieczności? Tomas, ja nie mogę przestać o tym myśleć. Cały czas mam przed oczami to zdjęcie - zbierało mu się na płacz, ale nie zamierzał rozbeczeć się w kawiarni. Oparł głowę o ramię Tomasa, a ten delikatnie głaskał go po plecach. Nie mówił nic, ale sama jego obecność wystarczała, by Lui zaczął się uspokajać.
Pół godziny później wchodzili do szkoły, witani spojrzeniami uczniów i nauczycieli. Luisa wcale nie dziwiła ich ciekawość. W końcu strzelanina musiała zostać w jakiś sposób zauważona. Może nikt nie widział, że odbyła się ona w mieszkaniu Tomasa, ale kilka osób znało miejsce zamieszkania Luisa.
Stanęli przy schodach. Tom musiał jeszcze iść do gabinetu Ethana, by podpisać jakieś papiery związane z jego nieobecnością. Luis natomiast miał odebrać notatki od koleżanki z klasy.
- Lui, nie zadręczaj się tym za bardzo i pamiętaj, że zawsze możemy o tym pogadać – Tomas spojrzał na niego z współczuciem, a Luis miał ochotę go pocałować. Gdyby nie to, że byli w miejscu publicznym, to by się nie hamował.
- Dziękuję – Luis tylko uścisnął rękę Tomasa i odszedł, kierując się w stronę machających do niego dziewczyn. Wśród nich była Ann oraz Eliza, która obiecała mu przynieść ksera swoich zeszytów.
- Luis! Gdzieś ty się podziewał?! Przez dwa tygodnie nie dawałeś znaku życia! - Annabeth mimo, że nie w humorze przytuliła go mocno, co od razu odwzajemnił.
- Przecież napisałem ci wiadomość – dziewczyna spojrzała na niego spode łba i zmrużyła oczy.
- I myślisz, że jedna wiadomość wystarczy?! Zaszyłeś się sam, nie wiadomo gdzie i my mamy się nie martwić?!
- Rozmawiałem z mamą...
- Osz ta wredna rodzicielka. A mi nie chciała nic powiedzieć! Jak ja ją dopadnę – Ann chwyciła za torbę i nie przejmując się tym, że niedługo zacznie się pierwsza lekcja, wybiegła ze szkoły.
- Nie chcę być w skórze mamy – Luis wzdrygną się lekko i spojrzał na dziewczyny, po czym wszyscy razem wybuchnęli śmiechem.
- Lepiej pójdę za nią zanim zrobi coś głupiego. A ty Laila potem mi zdasz relację – Grace także wzięła swoją torbę i pobiegła za brunetką.
- Luis i jak się wam układa? - Lila, niewysoka szatynka uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo.
- Nam? - Luis uniósł wysoko brwi, po czym oprzytomniał. Przecież cała szkoła myśli, że jest z Tomasem! Co w sumie nie mija się z prawdą, ale nie zmienia faktu, że Tomas o niczym nie wie! A jak się dowie o tym, co Luis kazał rozpowiedzieć Annabeth? Przecież Tom nigdy nie był z mężczyzną, więc wszyscy uważają go za hetero. Co jeśli on nie będzie chciał się ujawnić? Luisowi nie uśmiechało się udawanie kogoś kim nie jest. Tylko jeśli będzie musiał wybrać między tym a zerwaniem z Tomasem, to nie miał wątpliwości, że wybierze to pierwsze.
- Halo? Luis, nie odpływaj – Eliza pomachała mu przed oczami ręką, sprawiając, że odskoczył w tył, jakby spodziewając się uderzenia. Ta cała walka z mafią jednak jakoś na niego wpłynęła.
- Co się stało? - Luis spojrzał na wszystkich po kolei, a dziewczyny ponownie się zaśmiały.
- Zachowujesz się jakbyś nie wiedział, że cała szkoła o was plotkuje. Większość obstawia, że jesteście razem. Tylko na nowa mówi, że Nixon na pewno jest hetero.
- Nowa? - Luis poczuł niepokój. Skąd niby ktoś nowy mógłby wiedzieć takie rzeczy?
- Aaa przecież cię nie było. Przeprowadziła się tu niedawno i mówi, że kiedyś była z twoim romeo. Podobno tu mieszkała. Nie żeby ktoś jej wierzył, ale rozmawiała z twoim bratem jak dawna znajoma.
Luis jęknął w duchu i odmówił długą modlitwę, żeby jego przypuszczenia nie okazały się prawdą.
- Jak ona się nazywa?
- Luis?Lu! - odwrócił się na dźwięk swojego imienia i zamarł.
- Kurwa mać – szepnął i złapał dziewczynę, która rzuciła mu się na szyję. Blond włosy i niski wzrost pozwoliły mu poznać z kim ma do czynienia.
- Emily. Co ty tu robisz?
- Jak to co? Chodzę do szkoły! W zeszłym tygodniu wróciłam do miasta! A ty? Ethan nie mówił, że się tu uczysz.
- Nie było mnie przez kilka dni. Więc to ty jesteś tą nową, która rozpowiada, że chodziła z Tomem?
- Oj już przestań, to było dawno temu, a ja tylko go broniłam. Komuś się ubzdurało, że Tomas kręci z jakimś pedałem.
Luis skrzywił się i spojrzał na Em. Czy osoba może się zmiecić o sto osiemdziesiąt stopni w ciągu kilku lat? Najwyraźniej tak, bo ta dziewczyna nie była tą, którą kiedyś kochał.
Długie włosy, wyraźnie zakręcone lokówką, lekko przezroczysta bluzka odsłaniająca więcej niż powinna i krótka spódniczka, któa także nie zasłaniała zbyt wiele.
Zastanowił się nad Emily, którą kiedyś znał. Była zawsze miła i tolerancyjna. Nie lubiła być w centrum uwagi, choć potrafiła walczyć o swoje. Więc jakim cudem zamieniła się w bezczelną, roznegliżowaną i pustą małolatę?
- Gadamy i gadamy, a ja jeszcze się dobrze nie przywitałam. W końcu tak długo się nie widzieliśmy – Emily znów uwiesiała się na szyi Luisa i przycisnęła swoje usta do jego.
Zaskoczony Lu nie myślał na tyle szybko, by od razu ją odepchnąć. Oprzytomniał dopiero, gdy zauważył Tomasa stojącego w progu wejścia do szkoły i wpatrującego się w nich z rozdziawionymi ustami.
TOMAS
Kiedy rozstał się z Luisem, przypomniał sobie, że nie zabrał sprawdzianów z samochodu. Szybkim krokiem wrócił do pojazdu i kiedy już zabrał potrzebne rzeczy, skierował się z powrotem do budynku. Miał już ciągnąć za klamkę, kiedy drzwi się otworzyły i wypadła z nich niejaka Grace, która często na przerwch rozmawiała z Luisem bądz Annabeth.
Dziewczyna wypadła ze szkoły i jak przystało na każdy fil o nastolatkach, zapomniała, że przed sobą ma schody. Skończyłaby zapewne ze złamaną ręką, bądź gorzej, gdyby nie to, że Tomas wypuścił sprawdziany, które od razu rozwiały się po okolicy i złapał ją tuż przed upadkiem.
- Zwariowałaś?! - Tomas krzyknął z ulgą dostrzegając, że dziewczyna jest cała i zdrowa.
- Łoł, dobrze, że mnie pan złapał. Gdybym nie przyjaźniła się z Luisem, to może bym się zakochała – dziewczyna uśmiechnęła i wyprostowała spódniczkę. Tomasa zatkało. Otworzył usta nie wiedząc co powiedzieć. Skąd ona mogła wiedzieć?
- Nie wierzę, że pan tego nie zauważył – dziewczyna zaśmiała się cicho. - Jako, że prawdopodobnie uratował mi pan życie to panu coś zdradzę. Wszyscy wiedzą o waszym związku odkąd tylko pojawił się pan w szkole. A przynajmniej się domyślają.
Zaraz, zaraz odkąd się pojawił w szkole? Przecież wtedy jeszcze nawet nie pomyślał o tym, że mógłby być z Luisem.
- Ann niechętnie dzieliła się informacjami, ale Luis to potwierdził. A to jak pan otwierał mu drzwi i codziennie przywoził do szkoły potwierdziło nasze przypuszczenia.
Ten mały, wredny, śliczny diabeł zaplanował zemstę! I to jaką. Tomas nagle uświadomił sobie co znaczył te wszystkie spojrzenia i śmiechy uczniów. O tak, musiał mu się jakoś za to odwdzięczyć.
- Grace, prawda?
- Tak jest!
- Mam do ciebie małą prośbę. Mogłabyś powiedzieć wszystkim, że te plotki to prawda?
- Więc jednak! - Grace uśmiechnęła się szeroko i zaczęła kiwać głową. - Już moja w tym głowa, żeby wszyscy dowiedzieli się jeszcze dziś.
- Dziękuję. A teraz leć za Annabeth, bo chyba po to tak biegłaś. Widziałem ją jak skręcała za placem.
- Dziękuję jeszcze raz za ratunek. Do widzenia.
- Grace tylko wróć na lekcje!
- Jasne panie Psorze! - dziewczyna nie odwracając się nawet, pobiegła za przyjaciółką.
Tomas z cwanym uśmiechem na ustach wszedł do szkoły i zaskoczony przystanął. Mógł się spodziewać wszystkiego, ale nie jego... chłopaka? Całującego się z jakąś blondyną. Co prawda Luis nie wyglądał na zadowolonego z tego pocałunku, ale stał biernie.
W Tomasie krew się zagotowała. Przestał chwilowo myśleć o zemście. Przynajmniej na Luisie. Perspektywa zemsty na tej wrednej suce sprawiała, że skakał z radości.
Szybkim krokiem podszedł do kochanka i nie za mocnym szarpnięciem oderwał od niego dziewczynę. Zaskoczona cofnęła się o krok, a Tomas złapał Luisa za brodę. Ten patrzył na niego ze strachem i błaganiem jednocześnie.
- Tom, ja nie...
Tomas nie czekał na dalsze słowa, tylko wpił mu się w usta, zaborczo go całując. Nikt, absolutnie nikt nie ma prawa dotykać tego, co należy do niego. A Luis definitywnie należał tylko do niego.
Poczuł jak ręce oplatają się wokół jego karku, a sam chwycił Luisa za biodra, przyciągając do siebie. Całkowicie stracili poczucie czasu i miejsca i całowaliby się dalej, gdyby nie oklaski i głośne pogwizdywania.
Oderwali się od siebie, stając w stosownej odległości. Wokół nich zebrało się chyba większość uczniów ze szkoły. Głównie dziewczyny, choć chłopaków też nie brakowało.
Tomas spojrzał na blondynkę, której już nie lubił i zbliżył się do niej.
- Spierdalaj od Luisa - warknął wściekły i chwycił Luisa za rękę. - Nikt nie am prawa dotykać mojego partnera - powiedział do wszystkich zebranych i w odpowiedzi usłyszał kilka śmiechów i gwizdów.
- Tomas? - blondyna spojrzała na niego, a on zastanowił się skąd w ogóle zna jego imię.
- Czego? - jego ton głosu nie należał do miłych, a wręcz przeciwnie. Dziewczyna jednak nie przejęła się tym i uśmiechnęła się szeroko.
- Nie pamiętasz mnie? To ja Emily. Byliśmy kiedyś razem. Pamiętasz?
Tom trochę zaskoczony przyjrzał jej się dokładnie. Po jej imieniu rozpoznał kim była, ale nie wyglądała na tamtą miła dziewczynę. I to nie tylko dlatego, że dorosła. Wyglądała teraz bardziej jak dziewczyna na telefon.
- Niestety - warknął w odpowiedzi i ciągnąc Luisa za rękę ruszył korytarzem. - Koniec przedstawienia! Pod klasy, już!
Wszyscy rozstąpili się, tworząc dla nich przejście, a Emily chyba próbowała coś powiedzieć, ale zagłuszył ją dzwonek.
- Tomas, ja muszę iść na lekcję!
- Wcale nie musisz. Twoja klasa ma ze mną zastępstwo. Ethan się mści za to, że nie było mnie przez dwa tygodnie i chyba dał mi każde możliwe zastępstwo.
Tomas wciągnął Luisa do klasy i wpił się w jego usta.
- Nigdy więcej nie pozwolę, żeby ktoś cię całował - warknął i ponowił pocałunek.