poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Syn przepowiedni - Rozdział IX

Cześć! Mam dobrą wiadomość, a mianowicie - wena wróciła :)
Dziękuję za komentarze i wyświetlenia :*
Jak obiecałam dodaję dłuższy rozdział. Nie ma rekordowej długości, ale na pewno przebija ostatnie posty :*
Miłego czytania!

Lurei

Jechaliśmy już kilka dni, a ja zaczynałem rozpoznawać okolice. Przez ostatnie dwie noce spaliśmy w namiocie i powoli kończyły nam się zapasy. Na szczęście znałem te tereny dość dobrze, więc wiedziałem, że zbliżamy się do sporego miasteczka. Oznaczało to, że zostały nam dwa dni drogi. Cieszyłem się, że każde drzewo, kamień, krzak zaczynają robić się znajome.
Kiedy byłem mały, co jakiś czas znikałem na kilka dni, zapuszczając się w las, bądź po prostu idąc przed siebie. Kiedy poszedłem na pierwszą taką wyprawę, matka z siostrą szukały mnie przez cały dzień. Nie pamiętam tego, miałem jakieś pięć lat i wszystko mnie ciekawiło. Eirin opowiadała mi jak zniknąłem z samego rana i wróciłem w nocy, cały szczęśliwy. Od tamtego czasu już nie panikowały tak bardzo, kiedy nie mogły mnie znaleźć.
- O czym myślisz? - Głos Filena wybudził mnie ze wspomnień. Spojrzałem na niego. Siedział na koniu z twarzą skierowaną w moją stronę i oczami wpatrzonymi w moje. Po raz kolejny nie mogłem oderwać od nich wzroku. Zastanawiało mnie, czy mężczyzna wie, że są takie piękne. Przyszło mi do głowy, że chciałbym, aby je zobaczył. Aby w ogóle mógł spojrzeć na świat.
Kiedy ta myśl wpadła mi do głowy, poczułem się jakbym naruszył jego prywatność. Nie miałem pojęcia dlaczego, w końcu to była tylko myśl. Powróciłem do pytania jakie zadał brunet i miałem zamiar odpowiedzieć.
Filen wciągnął głośno powietrze, zwracający tym moją uwagę. Przyłożył palce do nasady nosa i szybko oddychał.
- Wszystko w porządku? - Poprosiłem konia by zwolnił i zbliżył się do Filena.
- Tak, głowa mnie rozbolała, to nic takiego. - Zbladł lekko, co nieco mnie zaniepokoiło.
- Nie wyglądasz jakby to było nic takiego. Może chcesz się zatrzymać na chwilę?
- Nie musimy. Zaraz mi przejdzie. Jestem tego prawie pewny – powiedział, po czym syknął, mocniej dociskając palce do nasady nosa.
- Filen, naprawdę możemy się zatrzymać. To nie problem.
Chłopak tylko pokręcił głową, po czym opuścił rękę. Coś mi jednak nie pasowało. Przyjrzałem mu się i dostrzegłem, że zamknął oczy, a cała jego sylwetka powoli przechyla się w moją stronę. Złapałem go, nim upadł i zatrzymałem konie. Kilka metrów dalej była niewielka polanka, więc zaniosłem tam Filena i ułożyłem na trawie. Nie mając pojęcia co mam robić, wyjąłem z juków kawałek materiału i wodę. Namoczyłem tkaninę i położyłem mężczyźnie na czole, jego głowę lokując na swoich kolanach. Pozostało mi tylko czekać aż się obudzi.

Filen

Obudził mnie ostry ból głowy. Przyłożyłem dłoń do czoła, chcąc go trochę zniwelować i ze zdziwieniem odkryłem, że ktoś położył mi na nim mokry materiał. Nic dziwnego, że ból stopniowo się zmniejszał. Woda zawsze pomagała mi się wyleczyć.
- Lurei? Jesteś tu? - zapytałem, nasłuchując odpowiedzi. Przyszła ona natychmiast, zdradzając mi, że Aquer jest bardzo blisko.
- Jestem. Jak się czujesz? Chcesz wody?
- Wody? Zawsze. Już mi lepiej. - Podniosłem się, dopiero teraz zauważając, dlaczego Lurei zdawał się być tak blisko. Poczułem jak lekko pieką mnie policzki. Najwyraźniej spałem głową na jego kolanach. O ile można to było nazwać snem.
Aquer podał mi wodę, którą z wdzięcznością przyjąłem. Wypiłem sporą część, nie martwiąc się, że może nam jej braknąć. Przecież mogłem ją wziąć znikąd.
- Często zdarza ci się tak po prostu zemdleć bez ostrzeżenia.
- Nie. Właściwie to był pierwszy raz. Nie jestem pewny co się stało – skłamałem. Może nie byłem absolutnie pewny, ale miałem dosyć poważne podejrzenia. Nie chciałem jednak, żeby ktokolwiek o nich wiedział, przynajmniej póki sam nie zrozumiem co się dzieje.
- Może to z przemęczenia. Pewnie nigdy nie byłeś w tak długiej podróży.
- Tak, to może być to. - Podziękowałem w duchu Lureiowi za wymyślenie mi wymówki.
Posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas, przy okazji zjadając obiad. Musiałem być nieprzytomny bardzo krótko, bo ptaki, które wcześniej tu były, dalej rozmawiały o tym samym. A wierzcie lub nie, nie potrafią ciągnąć jednego tematu przez piętnaście minut.
- Daleko jeszcze do twojego domu? - zapytałem, kiedy już siedzieliśmy na koniach. Zwierzęta nie chciały ruszyć, póki nie zapewniłem ich, że wszystko jest w porządku.
- Trzy dni, licząc z dzisiejszym. Jeśli się pośpieszymy, to przed zmrokiem dotrzemy do miasteczka. W tych okolicach lepiej nie nocować w namiotach. Ostatnimi czasy kręci się tu pełno Najeźdźców i Aliquid z niezbyt dobrymi zamiarami.
- Dziwne. Donieśliście o tym komuś?
- Tak. Jestem pewny, że Igne o tym wie. Mój dobry znajomy sam dostarczył mu te informacje.
- Cholera. Znowu coś przede mną ukrywają. Czy ja naprawdę wyglądam na taką kalekę? Nie ważne ile razy im mówię, cały czas nikt nie traktuje mnie poważnie. - Westchnąłem i wsłuchałem się w śpiewy ptaków.
Jak zwykle obgadywały inne stworzenia, podróżnych, mieszkańców okolicznych wsi i wszystko, co tylko się dało. Nie wiem czy wieści mogą się rozejść szybciej, niż wśród ptaków. Wystarczy jeden dzień, a wiadomość przejdzie z Ignem do Aquem, zahaczając po drodze o Terram i Aer. W razie niebezpieczeństwa, ptaki były niezawodne w przekazywaniu słów na odległość.
Zrezygnowałem ze słuchania tych małych gaduł, a moje myśli powróciły do obrazu, przez który straciłem świadomość. Tak, obrazu. Jechałem sobie spokojnie, próbując zacząć rozmowę z towarzyszem, kiedy nagle uderzyła we mnie paleta barw. Błękit nieba, biel chmur, zieleń drzew. Zawsze były dla mnie tylko wyuczonymi na pamięć wyrażeniami. Teraz jednak potrafiłem je sobie wyobrazić. W sumie to nawet nie musiałem, bo obraz, tak jak poprzedni, głęboko wyrył się w mojej pamięci.
Przedstawiał on chłopaka, który był już bardziej mężczyzną. Do pewnego momentu nie wiedziałem kim on jest. Zrozumiałem to dopiero, kiedy przypomniałem sobie jego oczy. Jedno niebieskie, a drugie brązowe, które niektórzy porównują do bursztynu.
Pierwszy raz zobaczyłem samego siebie. Nigdy nie potrafiłem zbadać swojej twarzy wodą, w końcu jeśli dotknę nią twarzy, to zamiast czuć przez ciesz, poczuję przez skórę. Może niektórym ciężko byłoby to zrozumieć. Uczucie było podobne do tego, kiedy dotykamy dłonią twarzy. Jednocześnie czujemy dotyk w palcach i na policzku. Tak samo było z wodą, a to strasznie zaburzało obraz mojej osoby, który tworzyłem w umyśle.
Najbardziej zdumiało mnie to, że obraz widziany był z perspektywy Lureia. Pamiętałem, że jechał po moje prawej stronie, nieco z przodu. W tym momencie odwrócony byłem w jego stronę i odruchowo skierowałem tam swoje oczy.
Uświadomiłem sobie także, że pierwszy obraz jaki ujrzałem także został ujrzany przez Lureia. Stał on wtedy pode mną, między moimi łapami i mógł z łatwością zobaczyć lecącą w moją stronę włócznie.
W głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli. Jakim cudem te obrazy dostały się do mojej głowy? Czy naprawdę widzę część tego, co Lurei? Cóż część to trochę aa dużo powiedziane. To były tylko dwa przebłyski, które mogła podsunąć mi wyobraźnia. Właśnie. To wszystko pewnie jest dziełem mojego umysłu. Niemożliwe bym cokolwiek zobaczył. Poza tym świat, kolory, widzenie. Nie ma mowy, żeby to wszystko było takie cudowne. Gdyby tak było, ludzie zachwycaliby się już samą barwą liści.
Może to przez zmianę otoczenia? Mój umysł broni się przed nadmiarem wrażeń i postanowił mnie oszukać. Nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Musze skupić się nad znalezieniem sposobu na wyleczenie siostry Aquera.
Visio przyleciała z patrolu i powiadomiła mnie, że zostało nam tylko kilka godzin drogi. Przekazałem tą wiadomość Lureiowi i po kilku słowach, obaj zamilkliśmy, każdy zatopiony w swoich myślach.

Siedziałem na łóżku, myślami będąc w ogrodzie przy pałacu. Miałem niesamowitą ochotę na owoc Fenix'a, który zregenerowałby w pełni moje siły. Miałem kilka w jukach, jednak sam nie dotarłbym do drzwi wejściowych. Tym razem zatrzymaliśmy się w domku, gdzie przyjęło nas starsze małżeństwo. Widocznie dorabiali sobie, przyjmując podróżnych. Nie byli jednak przygotowani na to, że w całym ich domu pojawi się mgła, tylko po ty, żebym mógł wyjść na zewnątrz.
Powoli przyzwyczajałem się do całkowitej ślepoty. W gruncie rzeczy, kiedy nie władałem jeszcze dobrze nad wodą, a mało to pamiętam, musiałem radzić sobie bez niej.
Postanowiłem sam spróbować poznać pokój, bo Lurei miał mi pomóc to zrobić po wyjściu z łazienki, a dopiero co się w niej zamknął.
Wstałem i zacząłem iść wzdłuż ściany, odkrywając powoli pomieszczenie. Nie minęła chwila, a usłyszałem jak drzwi się otwierają.
- Już wyszedłeś? Myślałem, że dłużej ci to zajmie – zaśmiałem się lekko speszony, że Lurei przyłapał mnie na łażeniu po pokoju z rękami wyciągniętymi przed siebie.Zaniepokoiłem się lekko, kiedy Aquer nie odpowiedział.
- Lurei? Czemu nic nie mówisz? To nie jest śmieszne.
- Zależy dla kogo. Czyż to nie czasem synek naszego kochanego Igne? - usłyszałem męski głos i przygotowałem się do walki. Pomoczenie pościeli było niewielką ceną w zamian za przeżycie.
- Czego chcesz?
- Chcę czegoś, co odebrał mi twój ojczulek, a dzięki małemu szantażowi, będzie musiał mi oddać. Pójdziesz teraz ze mną.
- Przykro mi, ale nie mam zamiaru puścić go z taką szują jak ty – usłyszałem głos Lureia.Chwilę wcześniej drzwi zaskrzypiały cicho, co ledwo zauważyłem. O ile się nie mylę, Aquer stał za nieznajomym mężczyzną, odgradzając go od wyjścia.
- Nic nie możecie mi zrobić – powiedział szyderczo tamten, a ja usłyszałem, jak ktoś szeleści materiałem.
- Filen, on ma dziwny czerwony kamień. - Wyzwoliłem swój ogień, chcąc potwierdzić przypuszczenia. Oczywiście, kiedy tylko spróbowałem go użyć, zalała mnie fala bólu.
- Pamiętasz jak ci mówiłem o naszej wersji topazu? To właśnie ona. Nie mogę użyć ognia.
- Przecież i tak nigdy go nie używasz.
- On chyba o tym nie wie. Myślę, że w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, co potrafię.
- Co ty na to, żeby go uświadomić? - W głosie Lureia usłyszałem nutę rozbawienia. Byłem pewny, że właśnie się uśmiecha.
- Nie mam sił i ochoty. Nie możesz ty tego zrobić?
- No nie daj się prosić. Chcę zobaczyć jego minę.
- Szkoda, że ja nie zobaczę – mruknąłem do siebie i ruszyłem w ich stronę. Już wcześniej zbadałem tę część pokoju, więc wiedziałem gdzie się wszystko znajduje.
Mężczyzna, który wparował do pokoju, nie mógł chyba uwierzyć, że tak po prostu go minąłem. Czy on myślał, że będę walczyć w malutkim pokoiku?
Przy drzwiach, Lurei złapał mnie pod ramię, doskonale zgadując, że nie mam pojęcia co jest za progiem. Wyszliśmy z pokoju, a nieznajomy zaczął coś mówić, próbując nas zatrzymać.
- Cicho bądź. Nawet jeśli masz ten durny kamień, to nic ci on nie da. Gdybyś nie zauważył nas jest dwóch.
- A czy ja powiedziałem, że przyszedłem sam?
Drzwi otworzyły się z hukiem, a Lurei lekko się spiął. Usłyszałem tupot stóp i mogłem stwierdzić, że do środka wpadło pięciu dosyć postawnych mężczyzn.
- Masz topaz? - szepnąłem do Lureia, by inni nie słyszeli.
- Na szyi. Nie martw się. Po prostu stąd wyjdźmy.
- Stwórz nam tunel z wody. Lepiej niech nie wiedzą, że władam dwoma żywiołami.
- Nie ma sprawy.

Lurei

Uśmiechnąłem się do Filena i wyszukałem wzrokiem przerwę między stojącymi mężczyznami. Nim zdążyli się domyślić, co się dzieję, szliśmy już, otoczeni ze wszystkich stron wodą. Sprawę ułatwiało to, że nie musiałem dbać o powietrze. Obaj doskonale radziliśmy sobie bez niego. Oczywiście tylko, kiedy wokół była woda.
- Dalej nie rozumiem, dlaczego kiedy kontrolujesz wodę, ja mogę przez nią widzieć – powiedział Filen lekko zniekształconym głosem. Spojrzałem na niego, a on w tym samym momencie zwróci twarz moją stronę.
- Nie mówiłeś o tym wcześniej – zmarszczyłem brwi, usiłując sobie przypomnieć.
- Wyleciało mi z głowy – zaśmiał się cicho. - W każdym razie, kiedy korzystasz z topazu, moja moc próbuje przejąć kontrolę, ale nie walczy z twoją. Nie zauważyłeś, że mogę ruszać twoją wodą?
W tym momencie uświadomiłem sobie, że rzeczywiście wyczuwałem umysł Filena. O dziwo to, że mógł panować nad wodą, w ogóle nie przeszkadzało mi w niczym. Było to zaskakujące z tego względu, iż nie powinno się udać. Zawsze kiedy przejmowałem panowanie nad czyjąś wodą, zyskiwałem nad nią pełną władzę. W tym przypadku Filen w każdej chwili mógł zmienić kierunek wody wbrew mojej woli.
- Pogadamy o tym później. Chyba ktoś nam zorganizował komitet powitalny – powiedziałem, kiedy znaleźliśmy się już na zewnątrz. Jak się okazało, czekało tu na nas o wiele więcej przeciwników. W dodatku ich uroda świadczyła o tym, że nie wszyscy pochodzą z naszych ziem. Część z pewnością była Najeźdźcami.
- Byłoby mi łatwiej, gdybym mógł ich widzieć. Nie mogę rozpostrzeć mgły. Podejrzewam, że oni też mają topazy.
Spróbowałem stworzyć mgiełkę i rzeczywiście, kiedy tylko zbliżała się do naszych przeciwników, opadała na ziemię.
- Trzymaj się blisko mnie, a jakoś sobie poradzimy.
- Już raz tak walczyłem. - Filen wyszedł z wody, a ja otoczyłem go tarczą z mgiełki. Wziął wdech i wypuścił powietrze. Wyglądało to, jakby krzyczał, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. A przynajmniej ja żadnego nie słyszałem.
Visio spadła z nieba niczym grom, nie ostrzegając nikogo. Filen był na to przygotowany i odchylił głowę, by mogła wygodnie umościć się na jego ramieniu.
- Masz całe moje zaufanie. Poprowadź mnie – powiedział cicho, głaskając ją po szyi.
- Cieszę się, że zabrałeś ją z pałacu. - przygotowałem się do zniesienia bariery wodnej.
- Nawet nie wiesz jak ja się z tego powodu cieszę. Bylibyśmy już bez niej martwi.
- Nie wiadomo, czy i z nią nie będziemy. Jest ich tutaj chyba z trzydziestu. Może nie byłoby to nic takiego, gdybyś mógł użyć ognia.
- Wiesz, że to nic by nie dało. I tak nie potrafię nad nim zapanować.
- W sumie to jeszcze nie widziałem jak nim władasz. Nie licząc tych płomyczków. Zawsze mógłbyś spalić i ich i nas. Lepsze to niż jakby mieli nas do końca życia więzić.
- Umarłbyś tylko ty. Ja nie płonę, a kamień Visio, uodpornia ją na moje zdolności.
Ptak potwierdził to cichym piskiem. Parsknąłem śmiechem, choć sytuacja nie była zbyt wesoła.
- To może będziemy siedzieć za tą osłoną z wody? Tu nam raczej nic nie zrobią.
- Nie byłbym taki pewny. Mają więcej kamieni. Przynajmniej tak mówiłeś.
- Przydałoby się dowiedzieć, kto je ma. Mam pewien pomysł. Myślisz, że prowokacja zadziała?
- Spróbować możemy. Nie ma nic do stracenia. Co dokładnie chcesz zrobić?
Wyjaśniłem Filenowi mój pomysł i, kiedy się zgodził, zniekształciłem lekko barierę, by było nas słychać.
- Nie ma się co martwić, na pewno z nimi wygramy! - powiedziałem głośno z pewnością w głosie. Kilku mężczyzn uśmiechnęło się kpiąco.
- Masz rację. Musieliby się bardzo postarać. W końcu nie mogą pokonać naszych kamieni!
- Musieliby mieć ich więcej, a na pewno tylu nie znaleźli.
Spojrzałem po tłumie, zauważając, że mężczyźni wyglądają na bardzo pewnych siebie. Przed tłum wysunął się facet, który wcześniej naszedł nas w pokoju.
- Nie bądźcie tacy pewni. Mamy wystarczająco dużo kamieni, by was schwytać.
- Czcze gadanie. Nie uwierzę, póki nie zobaczę! - powiedział Filen i o dziwo nikt nie zareagował w specjalny sposób. Czyżby nie wiedzieli, że jest niewidomy? To dobrze wróżyło. Przynajmniej nie będą go atakować, myśląc, że jest łatwiejszy do pokonania.
- Niech ci będzie. To nic nie zmieni, więc pokażcie im! - krzyknął do pozostałych, a kilku z wahaniem powyciągało kryształy.
Naliczyłem cztery topazy i dwa czerwone kamienie, łącznie z tym, który trzymał, jak przypuszczałem, ich przywódca. Visio powiedziała coś do Filena.
- To za dużo. Nie ma opcji, żebyśmy wygrali.
Spojrzałem w jego stronę. Minę miał nietęgą. Sam nie miałem zbyt dobrych przeczuć. Bądź co bądź było ich dziesięć razy więcej. W dodatku kilku z nich potrafiło korzystać z mocy żywiołów. Byli to głównie ci, którzy trzymali kamienie. Nie licząc przywódcy, w okół każdego z nich unosiły się kropelki wody lub, w przypadku jednego, malutkie płomyczki. Zauważyłem, że kiedy trzymam topaz, też mimowolnie kontroluję krople koło siebie.
- Gdyby udało ci się zdobyć ten czerwony kamień...
- To co? I tak nie mogę go trzymać. Pewnie stanie się tak jak z wodą. W dodatku nie panuję nawet nad swoim ogniem.
- A co jeśli chwyciłbyś oba? Jeśli nie możesz trzymać jednego, bo woda niszczy twój ogień, to co jak podrasujemy też ogień?
- Nie mam pojęcia. Nawet nie chcę wiedzieć. Co jeśli przypadkowo spalę całe miasto?
- Przynajmniej nas nie złapią. Widzisz inne wyjście, bo ja nie. I jak na razie to jest nasza największa szansa na przeżycie.
- Koniec gadania! Złapcie ich, tylko nie zabijcie syna Igne! Nie chce mieć całego Ignem na karku.
Mężczyźni zawahali się przez chwilę, co pozwoliło nam się przygotować. Filen wytrzasnął skądś miecz, a ja zadowoliłem się patykiem, który leżał niedaleko. Pokryłem go wodą i zbiłem ją jak najbardziej. W ten sposób mogłem ciąć nią nawet metal.
Chwilę później wpadliśmy w wir walki. Starałem się nie oddalać od Filena, by w razie ataku skorzystał z wody, ale już po kilku uderzeniach zostaliśmy rozdzieleni. Nie miałem czasu na zastanawianie się czy sobie poradzi. O ile Filena nie chcieli zabić, tak na mnie rzucali się bez powściągliwości. Jeden z mieczy boleśnie naciął mi ramię które krwawiło przy każdym ruchu.
Zdążyłem zabić czterech przeciwników, kiedy kolejny zamachnął się na mój bok. Odskoczyłem do tyłu, ale ostrze nacięło moją skórę na brzuchu. Kilka cali bliżej i miałbym teraz dwie połowy.
Przez okrzyki bojowe docierały do mnie piski i krzyki Visio, która prowadziła Filena w boju. Nie wyobrażałem sobie jak szczegółowo musi przekazywać informację, by Filen zrobił dokładnie to, co chciała. W końcu jeden błąd i mimo braku chęci mordu ze strony przeciwników, mógł zginąć.
Trzech przeciwników i jedną ranę później, znów znalazłem się koło Filena. Oparliśmy się o siebie plecami, ciężko dysząc. Mężczyźni także stanęli, czekając na odpowiedni moment by zaatakować.
- Nie daję rady. Jest ich zbyt wielu – szepnął Filen. Pot spływał mu po twarzy, a płytka rana na skroni cały czas krwawiła. Visio także nie była w najlepszym stanie. Siedziała mu na ramieniu z otwartym dziobem i ciężko oddychała. Pióra na szyi miała lekko przycięte, ale na szczęście nigdzie nie było widać jej krwi.
- Zastało tylko dwóch Aquerów i Ignis. Niestety nie mogę do niego dotrzeć, skupia się na blokowaniu twojego ognia.
- I dobrze mu wychodzi. Tym razem nie mam do dyspozycji nawet płomieni. Czyje się jak kaleka. Nawet nie wiedziałem, że tak mi ich będzie brakować. Powiedz Visio, który to, a postaram się do niego dotrzeć. - Opisałem mężczyznę z czerwonym kamieniem, powoli zaczynałem się przyzwyczajać do rozmawiania ze zwierzętami. A raczej do mówienia do nich.
- Ja się zajmę Aquerami. Ciężko się walczy jednocześnie z wrogiem i wodą – powiedziałem, znów szykując się do ataku.
- Nie musisz mówić. Cieszę się tylko, że ja i Visio potrafimy oddychać pod wodą, bo próbowali nas już utopić. Jeszcze chwila i przestanę lubić wodę.
- Chyba trochę się już niecierpliwią. Spróbuj się od razu przebić do tego Ignisa. Może zdążysz, nim zareagują. Visio, weź to – powiesiłem kamień na szyi ptaka. Na szczęście nie był duży, więc orłowi nie sprawiał problemu. Ponownie zwróciłem się do Filena: - Zabrałem Aquerowi topaz. Wiem, że nie podoba ci się ten pomysł, ale w ostateczności użyj kamieni.
- Tylko jeśli nie będę miał wyboru – odpowiedział i stanął w odpowiedniej pozycji. Skinąłem Visio głową, a ona wydała z siebie cichy pomruk. Był to znak dla Filena, z którego ja także skorzystałem.
Dopadłem do pierwszego przeciwnika, od razu kulą wody posyłając go wysoko w górę. Z drugim nie było tak łatwo, gdyż okazał się nim Aquer z topazem. Na szczęście kompletnie nie spodziewał się, że tak szybko pozbędę się jego poprzednika i zginą z mieczem w połowie drogi do mojego barku.
Zabiłem ostatniego z grupki wrogów i korzystając z chwili, spojrzałem na Filena. Przebił on właśnie przeciwnika mieczem. Przed nim stał już Ignis, który z chytrym uśmieszkiem stworzył ogromną kulę ognia i rzucił ją w Filena. Krzyknąłem, kiedy ten nie ruszył i zniknął w płomieniach.
Ostatecznie kula roztrzaskała się tam, gdzie stał, zapalając siano, które leżało przed starą szopą. W mgnieniu oka ogień rozprzestrzenił się na kolejne jego sterty.
Z ulgą zobaczyłem postać w miejscu, gdzie stał wcześniej Filen i powróciłem do walki. Nie miałem czasu by upewnić się, że to on, ale kto inny mógłby to być?
Walka trwała nadal. W pewnym momencie miecz musnął moją szyję. Usłyszałem jak coś upada, a moc wody wparowała ze mnie w mgnieniu oka. Aquer rzucił się na ziemię i porwał mój topaz, po czym poruszył mieczem. Stałem pośród ognia z patykiem w ręce i mieczem na gardle.
- To koniec – powiedział z uśmiechem ostatni Aquer i jak zauważyłem, jedyny z wrogów pozostały przy życiu.
Spojrzałem ze smutkiem na Filena. Stał tam, cały i zdrowy. Trzymając czerwony kamień przez grubą warstwę materiału. Zwrócony był w moim kierunku, dzięki czemu nawet z daleka mogłem dostrzec jego oczy. Oczy, w których teraz zapłonęła złość i determinacja.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Syn przepowiedni - Rozdział VIII

Przepraszam, że tak krótko. Wena postanowiła mnie opuścić i nie wracała przez cały tydzień. W dodatku coś mnie złapało i zamiast na plaży, siedzę w łóżku, a raczej śpię. Nie mam na nic sił, więc nie dałam rady nic więcej dopisać. Postaram się Wam to wynagrodzić w przyszłym tygodniu :*


Lurei
Wyszedłem z łazienki i zamknąwszy za sobą drzwi, poszukałem wzrokiem Filena. Na sekundę serce mi zamarło, lecz po chwili odetchnąłem z ulgą. Filen spał owinięty przykryciem ze wszystkich stron tak, że na pierwszy rzut oka nie było go widać.
Kiedy weszliśmy do pokoju, poprosił mnie, bym zaprowadził go do łóżka. Później od razu zamknąłem się w łazience. Rumieńce nie schodziły z mojej twarzy z niewiadomego dla Filena powodu. Szczęście, że ich nie widział. Otóż okazało się, że gospodarz uśmiechał się tak dziwnie nie bez powodu. Kiedy tylko weszliśmy do pokoju, w oczy rzuciło mi się jedno duże łóżko. Najbardziej zdziwiło mnie to, że bez żadnych specjalnych gestów, czy czegoś innego, wzięto nas za parę. Czy naprawdę jakoś dziwnie się zachowywaliśmy? Zdawałem sobie sprawę, że wolę mężczyzn, ale nikomu - prócz osób, z którymi coś mnie łączyło - o tym nie mówiłem i myślałem, że tego nie widać.
Nie chcąc doprowadzić do niezręcznej sytuacji, wziąłem koc i ułożyłem go na podłodze przy łóżku. Drugi zastąpił mi kołdrę, natomiast poduszkę wziąłem z łóżka. Na szczęście były dwie. Zmęczony przebytą drogą, szybko odpłynąłem, w myślach zastanawiając się nad tym, co nas jeszcze spotka podczas tej podróży.

Filen

Przyjdzie na świat trzem rodom wierny,
Błogosławieństwem mitycznych zostanie objęty.
Trzy dusze od świata otrzyma,
Dzięki nim spojrzy innymi oczyma...

Podniosłem się do siadu, dyszeć ciężko. Ogarnęła mnie panika. Tym razem kompletnie nie wiedziałem gdzie jestem. Nie słyszałem Aquera, co tylko wzmogło niepokój. Podciągnąłem kołdrę pod samą szyję i oparłem plecami o wezgłowie.
- Filen, wszystko w porządku? - usłyszałem głos Lureia. Dochodził on z dołu, co lekko mnie zdezorientowało.
- Nie. Gdzie ja jestem?
- W gospodzie. Zatrzymaliśmy się tu na noc. Jest jeszcze ciemno.
- Dlaczego twój głos dochodzi z dołu? - W odpowiedzi usłyszałem ciche westchnienie. Podłoga zaskrzypiała, a łóżko ugięło się lekko, kiedy Lurei usiadł na jego skraju.
- Spałem na podłodze. Nie zdążyłem ci tego wyjaśnić, bo szybko zasnąłeś, ale w naszym pokoju jest tylko jedno łóżko.
- Dali nam jednoosobowy pokój? Zapłaciliśmy za dwu. Jurto porozmawiam z...
- Nie o to chodzi. W gruncie rzeczy pokój jest dwuosobowy. Podobnie jak łóżko.
Na początku nie zrozumiałem, o co mu chodzi. Kiedy jednak to do mnie dotarło, poczułem jak moje policzki stają się gorące. Wyciągnąłem ręce w dwie strony i sunąłem nimi po materacu. Nie napotkałem jednak końca posłania. To łóżko rzeczywiście było zbyt duże jak na jedną osobę.
Odchrząknąłem cicho i zastanowiłem się co dalej. Przypomniał mi się ten dziwny sen. Czemu cały czas słyszę te same słowa? I dlaczego kiedy o tym myślę, po moim ciele przechodzą nieprzyjemnie ciarki?
- Lepiej się czujesz? Bo zostało nam jeszcze kilka godzin snu, a nie wiem jak ty, ale ja jestem wykończony.
- Możesz się położyć na łóżku. Ja już raczej nie zasnę – przesunąłem się w bok, robiąc mu miejsce.
- Na pewno? Naprawdę mogę spać na ziemi.
- Na pewno. Nie miałoby to sensu, skoro ja nie śpię.
- W takim razie skorzystam. Nie jestem pewny, ale chyba jakieś robactwo po mnie chodziło.
Uśmiechnąłem się, czując jak Lurei się schla, zapewne biorąc coś z podłogi. Po chwili usadowił się po mojej prawej stronie.
- Idę spać, dobranoc.
- Dobranoc – szepnąłem, a Lurei znieruchomiał. Kilka minut później jego oddech się unormował.
Moje myśli zaczęły skakać od jednego tematu, do drugiego. W końcu natrafiły na wyrazisty obraz, który utkwił mi głęboko w pamięci. Przed oczami znów stanęła mi pędząca w moją stronę włócznia. Dotarło do mnie, że gdybym jej nie zobaczył, zapewne wbiłaby mi się w szyję, co mogłoby nie skończyć się wesoło. Zastanawiało mnie jednak, skąd w mojej głowie pojawiło się coś takiego. Czy możliwe jest zobaczyć cokolwiek, jeśli nigdy się nie widziało? Raczej nie. Jednak byłem pewny, że to, co pojawiło się w mojej głowie było obrazem. Nie takim, który dostarcza mi woda. Ten był kolorowy i wszystko widziałem tylko z jednej strony.
Kolejną sprawą, od której nie mogłem się uwolnić były te dziwne słowa, nawiedzające mnie we śnie. Za każdym razem było ich coraz więcej. Wydawały mi się znajome, choć nie rozumiałem nic prócz dwóch pierwszych linijek. Miałem wrażenie, że mówią one o mnie. W końcu jedn z moich ojców pochodził z połączenia rodów Smoka i Salamandry, a drugi z Fenixa. Sprawiało to, że sam byłem członkiem trzech rodów Ignem. Kolejny wers mówił o Błogosławieństwie mitycznych, a zważywszy na to, że dziadek i jego bracia dali mi swoje błogosławieństwo, miałem prawo przypuszczać, że o to chodzi.
Dotknąłem trzech prawie niewidocznych znaków na czole. Wyczułem je pod palcami, choć inni twierdzili, że nic nie czują. Może to przez to, że dla mnie palce były oczami. Trzy znaki tworzące trójkąt. Przypomniał mi się dzień, w którym poznałem Lureia. On też posiadał Błogosławieństwo od mojego ojca, Araela. Kiedyś słyszał rozmowy na ten temat i wiedział w jakich okolicznościach je otrzymał. Właściwie, to w końcu nikt nie wyjaśnił mu czym jest jego, jak to określił, blizna.
Westchnąłem, pragnąc pozbyć się tych wszystkich pytań i uciążliwych myśli. Kiedy w końcu mi się udało, poczułem, że oczy mi się zamykają. Położyłem się z zamiarem czuwania, ale po kilku chwilach moje myśli zaczęły zwalniać.
Lurei zachrapał cicho, uświadamiając mi, że przecież leży tuż obok. Mógł sobie nie życzyć, żebym spał w tym samym łóżku. Co innego, kiedy tylko siedzę. Już samo to, że położył się na ziemi, potwierdzało moje przypuszczenia. Postanowiłem zrobić to co on, czyli położyć się w nogach łóżka. Problem był jeden. Po mojej lewej stronie była ściana, co oznaczało, że aby dotrzeć na podłogę, musiałem przejść nad Lureiem, a było to trudne zważywszy na to, że nic nie widziałem.
Sunąłem dłonią po pościeli, w końcu napotykając na koc, którym mężczyzna był okryty. Z wahaniem przesunąłem ją dalej, mając nadzieję, że Lurei nie czuje nic przez okrycie. Omal nie cofnąłem ręki, kiedy dłonią napotkałem na jego skórę. Do moich uszu dotarło ciche westchnienie. Zarumieniłem się, nadal nie cofając dłoni. Nie mogąc się powstrzymać, delikatnie zbadałem skórę pod palcami. Była delikatna i gładka, choć pod nią wyczuwałem twarde mięśnie. Nigdy nie dotykałem nikogo w innych miejscach niż dłonie, czy twarz. Zafascynowały mnie króciutkie i zapewne nie widoczne włoski na, sądząc po pępku, brzuchu Lureia. Z mieszanymi uczuciami stwierdziłem, że podoba mi się ten dotyk. Zupełnie jakbym widział jego brzuch. Choć nie było to jakieś szczególne miejsce, moje policzki miały już kolor dojrzałego pomidora.
Mimo tego, że nie chciałem żeby się obudził i mnie przyłapał, dalej jeździłem dłonią po jego brzuchu, co chwilę naciskając na mięśnie układające się w równe kwadraty. Mój brzuch był płaski i może dlatego nie mogłem oderwać ręki. Nawet nie zauważyłem, kiedy dołączyła do niej druga.
W pewnym momencie natrafiłem palcem sutek. Lurei ponownie westchnął, zginając nogę. Zamarłem z rękami na jego klatce piersiowej. Moje ręce powędrowały w dół, by znów nie naruszyć wrażliwego miejsca. Przejechałem po mięśniach i minąłem pępek, zatapiając jedną z dłoni w nieco gęstszych włoskach. Były miękkie i przyjemne w dotyku.
Dotarło do mnie co robię. Macam prawie obcego faceta po brzuchu, kiedy on śpi i w każdej chwili może się obudzić, przyłapując mnie na tym. Potrząsnąłem głową, powracając do mojego poprzedniego celu. Wymacałem brzeg łóżka i chcąc przejść, przełożyłem nogę nad Lureiem.
Omal nie dostałem zawału, kiedy ten się poruszył i złapał mnie w pasie. Nie podziewając się tego, nawet nie stawiałem oporu, kiedy przyciągnął mnie do siebie i znieruchomiał.
Leżałem na nim, podpierając się jedną ręką o łóżko, z nogami Lureia pomiędzy moimi. Kompletnie nie wiedziałem co mam robić. Poczekałem chwilę i spróbowałem się wyplątać z jego uścisku, ale on tylko mruknął coś i oplótł mnie ramionami jeszcze ciaśniej. Zmęczony bezowocnymi wysiłkami, oparłem głowę na jego klatce piersiowej. Ręka bolała mnie od utrzymywania ciężaru ciała, więc zrezygnowałem i całkowicie położyłem się na Lureiu. Dzięki Bogu ten się nie obudził, bo nie mam pojęcia jak bym mu to wyjaśnił.
Leżałem tak przez kilkadziesiąt minut, co chwilę usiłując się jakoś wydostać z uścisku, jednak nic nie pomagało. W końcu odpuściłem i zamknąłem zmęczone oczy. Bicie serca Lureia dudniło mi w uszach, co wbrew pozorom w ogóle mi nie przeszkadzało. Nawet nie zauważyłem, kiedy moje ciało się rozluźniło, a umysł odpłynął w spokojny sen.

Ciepło ogarniało całe moje ciało, a wypoczęty umysł powoli wybudzał się ze snu. Rozprostowałem nogę, która wydawała mi się strasznie ciężka i wtuliłem się w poduszkę. Coś uwierało mnie w biodro, więc przesunąłem się odrobinę. Cichy jęk nie wydał mi się niczym dziwnym, dopóki nie zrozumiałem, że w istocie nim jest. Nie otwierałem oczu, bo nie miało to sensu.
Mój umysł w końcu w pełni zaczął pracować, dzięki czemu do moich uszu dotarł nierówny oddech i dudnienie, które zapewne było biciem serca. Powstrzymałem rumieńce, kiedy uświadomiłem sobie, że śpię wtulony w Lureia.
Leżeliśmy bokiem, przodem do siebie. Jedna z moich nóg trafiła pomiędzy te Aquera, a druga była przerzucona przez jego biodro. Z rękami było podobnie, z tym, że jedna zawędrowała pod koszulkę mężczyzny, a druga wpleciona była we włoski, które w nocy tak polubiła. Ręka Lureia natomiast znajdowała się w dole moich pleców, druga natomiast, pod moją głową. Musieliśmy wyglądać jak jeden wielki supeł.
Ważniejsze było jednak to, że kolana i łokcie Lureia nie dotykały mojego biodra, a znałem jeszcze tylko jedną część ciała, która mogłaby mi się w nie wbijać w taki sposób.
Tym razem nie dałem rady powstrzymać rumieńców. Usiłowałem przekonać sam siebie, że to nie penis Lureia jest tym uwierającym mnie czymś, ale choć bardzo się starałem, nie potrafiłem wymyślić nic innego. Szczególnie, że kiedy spróbowałem się odsunąć i trąciłem to coś, Lurei znów cicho zajęczał.
Gorączkowo szukałem wyjścia z tej sytuacji, w końcu decydując się na ostateczność. Lurei musiał się obudzić, a ja nie chciałem, żeby wiedział, że jestem przytomny. Aquerzy i inni Aliquid czasami używali swoich mocy podczas snu i miałem nadzieję, że Lurei pomyśli, że ja także to robię.
Uspokoiłem oddech i poczekałem chwilę, aż moje poliki odzyskają zwykły kolor, a następnie utworzyłem nad nami kilkadziesiąt małych baniek z wodą. Pomoczyłem sobie ubranie, żeby uniknąć podejrzeń i siłą woli nakierowałem kilka baniek na Lureia, cały czas udając śpiącego.
Kilka sekund po tym, jak woda zetknęła się ze skórą Aquera, poczułęm jak ten się poruszył. Przekląłem w duchu za to, że wcześniej nie wziąłem rąk z jego brzucha i klatki piersiowej. Bądź co bądź dziwnie to musiało wyglądać. Aczkolwiek ręka Lureia tuż nad moimi pośladkami też nie była niewinna.
- Cholera – usłyszałem cichy szept i chrapnąłem sztucznie. Lurei chyba nawet nie pomyślał, że mogę nie spać. W końcu miał większe problemy, a konkretnie jeden. Delikatnie uniósł moją głowę i położył ją na poduszce. Jakoś wyplątał się z moich rąk i nóg, po czym udał się, jak mniemam, do łazienki. Pozbyłem się wody latającej nad moją głową.
Myślałem, że to już koniec moich problemów, lecz po chwili usłyszałem sapanie i stłumiony jęk. Przełknąłem ślinę, uświadamiając sobie czego skutkami są te odgłosy. Kolejny jęk, a poczułem jak moje serce zaczyna szybiej bić, choć do tej pory wystarczająco już przyśpieszyło. Krew, która wcześniej nanosiła czerwień na moje policzki, skierowała się w dolne partie mojego ciała. Nie wierzyłem w to, co się działo. Czy mnie na serio podnieciły jęki Lureia?
Odróciłem się i zatkałem uszy poduszką. Część mnie chętnie by sobie posłuchała, ale skopałem ją na granice świadomości. Co się ze mną działo?!

Po jakimś czasie Lurei wyszedł z łazienki i zaczął chodzić po pokoju. Dalej leżałem nieruchomo, udając, że śpię. Kiedy miałem już dość nic nierobienia, przeciągnąłem się i ziewnąłem. Zamruczałem cicho, chcąc być jak najbardziej wiarygodnym i chwilę później otworzyłem oczy.
- Cześć – przywitał się Lurei. Brzmiał jakby był lekko zdenerwowany.
- Cześć – odpowiedziałem i dla pozorów po chwili znów się odezwałem. - Długo nie śpisz?
- Nie bardzo – zanim to powiedział, nad czymś się zastanawiał. - Jednak się jeszcze położyłeś?
- Nawet nie wiem kiedy – skłamałem. - Ale za to spałem jak zabity. Nawet nie czułem kiedy wstałeś.
Taa, wmawiaj sobie Filen, wmawiaj. Na szczęście to chyba uspokoiło Lureia, bo zaczął rozmowę już bez tej nuty niepokoju w głosie. Kilka minut później wstałem i udałem się do łazienki, gdzie dotarłem z małą pomocą Lureia. Zauważyłem, że starał się mnie nie dotykać, co trochę mnie wkurzyło, bo omal bym nie upadł.
W łazience wziąłem gorący prysznic, co uświadomiło mi, że Lurei musi myć się w zimnej wodzie. Aż mnie ciarki przeszły na tą myśl. Postanowiłem następnym razem iść się kąpać jako pierwszy i zostawić mu ciepłą wodę.
Kiedy byłem już gotowy, wyszedłem z łazienki i czekałem, aż Lurei zbierze nasze rzeczy. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że szybciej i bezpieczniej spakuje nas dwóch.
Z pokoju wyszliśmy kiedy słońce już wyszło zza horyzontu, jak twierdził Lurei. Nie spotkaliśmy gospodarza, więc klucz zostawiliśmy w barze, a następnie udaliśmy się w stronę stajni, w której zostawiliśmy nasze konie.
Po drodze Lurei zaproponował mi kupno cieplejszych ubrań, a ja od razu się zgodziłem. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Znaleźliśmy handlarza, który posiadał całkiem sporą ilość ciepłej odzieży i kiedy opuściliśmy jego stoisko, obaj nieśliśmy po kilka par ubrań. Większość była dla mnie, gdyż wraz z przebytą drogą miało się robić coraz zimniej, a ja nie cierpiałem marznąć.
Do stajni dotarliśmy jakąś godzinę później, gdyż uzupełniliśmy jeszcze wszystkie zapasy. Przywitał nas ten sam chłopak co dzień wcześniej. Od razu przyprowadził nasze konie, którymi porządnie się nimi zajęto. Lurei stwierdził, że ich sierść błyszczy, a same zwierzęta chętnie zostałyby tu na dłużej.
- Dziękujemy za zaopiekowanie się końmi. - Wyciągnąłem z kieszeni kilka monet i wręczyłem je chłopakowi. - To dla ciebie.
- Ale to za dużo.
- Nie szkodzi. Nasze konie są świetnie przygotowane do drogi, więc ci się należy.
Chłopak podziękował i zaprosił nas ponownie. Zapewniłem go, że w drodze powrotnej także skorzystam z jego usług i wsiadłem na konia. Lurei zrobił to samo i po chwili jechaliśmy już w stronę jego domu, gdzie czekała na nas jego siostra, potrzebująca moich mocy.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział VII

 Dziękuję za komentarze! Jesteście cudowni :*


Ruszyłem w stronę Najeźdźców, jednak do głowy wpadł mi pewien pomysł, Lurei spojrzał na mnie pytająco, ale tylko pokręciłem głową. Skupiłem się na drzemiącym we mnie ogniu. Płomienie wybuchły we mnie, a ja musiałem z nimi walczyć. Miałem wrażenie, ze inaczej by mnie pochłonęły. Stłumiłem ten ogień i dysząc, chwyciłem część tej mocy. Tyle, ile nie stanowiło dla mnie zagrożenia. Podzieliłem moc na kilka płomieni i połączyłem je z jednym płomykiem, który zawiesiłem w powietrzu obok siebie. Resztę rozstawiłem po jaskini, dezorientując Najeźdźców.
- Visio, mogłabyś trochę pohałasować do tego płomyka? - Nie czekając na odpowiedź, wycofałem się i skupiłem na przemianie. Kilka sekund później poczułem dreszcz poprzedzający zmianę postaci. Po chwili stałem już na czterech łapach, wymachując potężnym ogonem. Małe wulkany na moich plecach buchnęły parą, zalewając łuski gorącą lawą, która na ciele Salamandry nigdy się nie schładzała. W tej postaci mogłem topić skały tylko na nich stojąc. Instynktownie kontrolowałem temperaturę swojego ciała. Również płomienie zareagowały na moją przemianę. Zaczęły żywiej płonąć, tańcząc w powietrzu, pomimo braku wiatru.
Visio zrozumiała o co mi chodzi i zaczęła krzyczeć, stukać łapami o kamienie i kłapać dziobem, a dźwięki roznoszone przez płomyki, dochodziły Najeźdźców ze wszystkich stron.
Będąc Salamandrą, mogłem wyczuwać drgania ziemi. Mimo, że teraz dotykałem jej tylko łapami, dalej byłem w stanie wyczuć gdzie stoją wrogowie.
Ruszyłem do przodu, rycząc najgłośniej jak potrafiłem. Najeźdźcy rozbiegli się, chowając w szczeliny w ścianach. Jeden z nich coś upuścił, a ja usłyszałem trzepot skrzydeł.
- Mam kamień! - Visio wylądowała na mojej głowie, nawet nie dostrzegając wysokiej temperatury mojego ciała.
Z ulgą otoczyłem się delikatną mgiełką. Jednym uderzeniem łapy uwolniłem Lureia. Z jednego z korytarzy dobiegły mnie wibracje. Kilku Najeźdźców zaalarmowanych hałasem zmierzało w naszą stronę. Po chwili drgania dochodziły z pozostałych korytarzy, łącznie z tym, którym weszliśmy.
Było tu około setki przeciwników, a nawet w tej postaci nie byłbym w stanie walczyć za trzech. Szczególnie, że jaskinia nie była wystarczająco szeroka dla olbrzymiej jaszczurki. Musiałem podwinąć ogon, by się obrócić. W dodatku stalagmity i stalaktyty topiły się przy kontakcie z moją skórą, przez co zaczynałem się ślizgać.
Zmieniłem postać i szybko podbiegłem do Lureia, który uwolnił się już z więzów, chwytając pręt, który wcześniej wyrwałem ze ściany. Najeźdźcy właśnie zaczęli wlewać się do jaskini, otaczając nas ze wszystkich stron. Stanęliśmy do siebie plecami, by nikt nie zaatakował nas od tyłu.
- I co teraz?
- Mówiłeś, że jeśli weźmiemy ten topaz to nasza siła wzrośnie. Jak bardzo?
- Nie mam pojęcia. Tak tylko słyszałem.
- W takim razie sprawdźmy. Visio!
Ptak przeleciał nad moją głową, upuszczajac kamień na moją wyciągniętą dłoń. Był dość duży, w dotyku podobny do kryształu, który Visio dostała od Ave. Kiedy dotknął mojej skóry, poczułem jak mgła gęstnieje. Woda we mnie zaczęła buzować, prawie gasząc ogień. Poczułem się, jakby zaraz całkowicie miał zgasnąć. Z jednej strony moja moc wody znacznie wzrosła, ale miałem wrażenie, że część mnie umiera. Z trudem łapiąc oddech, upuściłem kamień. Woda uspokoiła się, równoważąc z ogniem. Nie miałem pojęcia, że utrata mocy ognia, nad którą i tak nie panowałem, może być tak przerażająca.
- Filen! Filen, do cholery! Co się dzieje?! - Lurei stanął tyłem do mnie, naprzeciw Najeźdźców. Dopiero wtedy zdałęm sobie sprawę, że klęczę nad tapazem.
- Nie mogę go dotykać. Ten kamień gasi moją moc ognia. Woda prawie ją zastąpiła.
- Cholera, czyli te pogłoski nie są prawdą.
- Nie do końca – powiedziałem, chwytając kamień przez rękaw. - Moja moc wody prawie się podwoiła. Myślę, że po prostu było jej za dużo i zaczęła wypierać ogień.
Wstałem i zablokowałem cięcie Najeźdźcy. Chyba znudziło mu się czekanie. Pozostali ruszyli za nim, co rusz atakując.
- I jak to ma nam pomóc?! Nie możesz go użyć!
- Ja nie, ale ty nie władasz nad ogniem! - pomiędzy ciosami wcisnąłem mu w rękę topaz. To, co się działo ze mną, było niczym w porównaniu do tego, co stało się z Lureiem. A raczej z mgłą wokół niego.
Bez żadnego ostrzeżenia straciłem władzę nad całą woda w pomieszczeniu, a co za tym idzie, znów oślepłem. Świadomość Lureia otoczyła mnie ze wszystkich stron. Poczułem ruch przy policzku i wodę , dotykającą mojej skóry.
- Oszalałeś? Prawie cię zabił!
- Co? Mnie? - zwróciłem się do Lureia.
- Tak, ciebie! Widzisz tu kogoś innego? Oprócz setki tych jaskiniowców, oczywiście.
- Właśnie w tym problem. Nic nie widzę! Przejąłeś całą moją mgłę!
- Nic ci nie przejąłem. Ja wcale nie panuję nad tą mgłą.
- Więc jak wyjaśnisz to, że zatrzymałeś nią miecz?
Nastała chwilowa cisza. Lurei chyba uświadomił sobie, że jednak panuję nad mgłą w całym pomieszczeniu, bo wyczułem, jak zaczął nią ruszać.
- To niemożliwe. Nawet tego nie zauważyłem. To tak, jakbym to rozbił nieświadomie. W dodatku nie mogę przestać panować nad tą mgłą.
- Więc ja nie będę mógł niczego zobaczyć.
- To nie zbyt dobrze. Nawet z tą mocą ich nie pokonam. Cały czas pojawiają się nowi.
- Musimy się stąd wydostać. Nie wytrzymamy tu długo. Szczególnie ja. Bez wody jestem bezużyteczny – stałem z mieczem wyciągniętym przed siebie, a Lurei odpierał ataki wodą.
- Wcale nie. Jakoś udało ci się mnie uwolnić. Po prostu zrób to samo.
- To nie takie proste. Visio nie ostrzeże mnie przed atakami z trzech stron jednocześnie.
- Gdybyśmy tylko mogli obaj panować nad tą mgłą – mruknął Lurei, a ja stanąłem jak wryty.
W jednej chwili jego moc przestała walczyć z moją. Przejąłem władzę nad mgłą, ale on dalej ją posiadał. Poczułem jak spojrzał w moją stronę z niedowierzaniem. Jego myśli pojawiały się w mojej głowie, tak samo nieskładne jak moje. W pewnym momencie odróżnianie jednych od drugich stało się niemożliwe. Poruszyłem ręką i zauważyłem, że ręka Lureia wykonała dokładnie taki ruch, jaki chciałem wykonać moją. Niemożliwe.
Zrobiłem krok do przodu, jednak Lurei stał w miejscu. Musiało mi się przywidzieć. Zacisnąłem palce na rękojeści miecza i ruszyłem w stronę Najeźdźców. Aquer osłaniał mnie wodą, dzięki czemu nie musiałem martwić się, że ktoś zajdzie mnie od tyłu.
To połączenie między naszymi umysłami było inne niż poprzednie. Tamte trudno było nawiązać i trzeba było nie lada skupienia, żeby usłyszeć myśli drugiej osoby. Połączenie między nami wydało mi się mocniejsze. Jakbyśmy otworzyli okno do swoich umysłów i stojąc po jego dwóch stronach, rozmawiali.
W pewnym momencie rzuciło się na mnie pięciu Najeźdźców. Jednemu z nich udało się zranić mnie w ramię, przez co inny mógł wytrącić mi miecz z ręki. O dziwo nie usłyszałem jak upadł. Odepchnąłem wrogów, a moja ręka wystrzeliła do góry bez mojej zgody. Oniemiałem, kiedy dostrzegłem w dłoni mój miecz. Spojrzałem na Lureia, który uniósł jeden kącik ust w uśmiechu.
- Nie mam pojęcia jak to działa, ale fajna sztuczka – pomyślał.
- Zostaw to na razie. Nie mam mowy, że wszystkich ich pokonamy. Cały czas przychodzą nowi.
- Nie jestem dobry w myśleniu podczas walki. Zostawiam to tobie.
- Jesteś bardzo pomocny, wiesz? - moje myśli aż ociekały sarkazmem i byłem pewny, że Lurei mógł to wyczuć. Przestałem skupiać się na Lureiu i zacząłem główkować nad jakimś wyjściem z tej sytuacji. Mógłbym zmienić się w Salamandrę, ale nie mógłbym wziąć ze sobą Lureia. W końcu pod ziemią oddychać nie umie. Zmieniając się w Fenixa, nie mógłbym opanować płomieni, więc Lurei nie usiadłby mi na grzbiecie. Pozostawała forma Smoka, ale w tej jaskini nie mógłbym swobodnie manewrować. Tunel też by mnie spowolnił. Staranowanie Najeźdźców nie było dobrym pomysłem, bo mieli sporo broni, której pewnie by na mnie użyli. Jedynym wyjściem było zawalenie jaskini i wydostanie się przez jej sklepienie. Niezbyt bezpieczne wyjście, ale w tej chwili nie potrafiłem wymyślić innego.
Najeźdźcy spychali mnie w stronę Lureia i po chwili opierałem się o jego plecy. Nie tylko ja miałem już lekką zadyszkę. Lurei musiał cały czas walczyć wodą, a wbrew pozorom nie da się tego robić przez dłuższy czas.
- Nie zastanawiaj się. Idziemy przez sufit. Tylko jak chcesz to zrobić.
- Schowaj się pode mną i weź Visio.
Stanąłem prosto i w kilka sekund zmieniłem się w Smoka. Najeźdźcy odsunęli się z krzykiem, ale niezbyt mieli miejsce by to zrobić. Było ich za dużo, a kolejni dalej wylewali się z korytarzy.
Ryknąłem głośno i myślach powtórzyłem polecenie. Lurei pozwolił Visio wylądować na swoim ramieniu i wszedł między moje przednie łapy. Wziąłem głęboki wdech i zebrałem w sobie ogień. Długo tego nie robiłem, więc zaczęło mnie łaskotać w przełyku. Musiałem się powstrzymywać, by nie zacząć kaszleć, co nie byłoby bezpieczne dla naszych wrogów.
Kiedy poczułem, że już dłużej nie wytrzymam, zwróciłem łeb ku górze i zionąłem ogniem z całych sił. Najpierw spłonęła ziemia, a następnie skały zaczęły topnieć, kapiąc na wszystkich dookoła. Krzyki bólu rozniosły się po całym korytarzu. W moją stronę poleciał miecz, ale z łatwością go odbiłem. Lurei krzyknął coś do mnie, ale nie dosłyszałem.
Moja głowa eksplodowała, a przynajmniej takie miałem wrażenie. Poczułem, jakby coś ją rozsadzało. A wszystko przez tę jedną sekundę, kiedy w umyśle zobaczyłem, dosłownie zobaczyłem, obraz. O ile tak one wyglądają w rzeczywistości. Dostrzegłem kolory i uświadomiłem sobie dlaczego wszyscy używają ich do opisywania świata. Były piękne. Ni esądziłem, że kiedyś użyję tego słowa w takim znaczeniu jak inni.
Nie potrafiłem opisać tego, co zobaczyłem, a przynajmniej nie różnic w barwach. Bo jak mam określić kolor, skoro nigdy go nie widziałem? Zawsze myślałem, że kamień na jeden kolor, a teraz dostrzegłem, że ściany składają się z tysiąca odcieni. Metal połyskuje, odbijając płomienie i wygląda przy tym niesamowicie, a drewno ma miliony miniaturowych przebarwień. Najbardziej niesamowite były jednak łuski. Teraz wiedziałem dlaczego nawet moja rodzina podziwiała mnie w ciele Smoka. Głęboki fiolet, jak to określał tata Arael. Nie wiem, czy był głęboki, ale na pewno mi się podobał.
Nie miałem jednak czasu zastanowić się nad tym, co zobaczyłem. Obraz dał mi część tego, czego pragnąłem najbardziej, ale też uratował mi życie. Widok ostrego jak brzytwa grotu włóczni dotarł do mnie w samą porę.
W ostatniej chwili pochyliłem łeb, a włócznia ledwo drasnęła moją szyję. Ryknąłem z bólu i zionąłem jeszcze większą ilością ognia. Nie byliśmy głęboko, więc nie siliłem się na roztopienie całej warstwy skał i gleby.
- Uważaj – ostrzegłem Lureia i wybijając się na tylnych łapach, złapałem go w przednią. Głowę pochyliłem i skoczyłem, grzbietem rozbijając sklepienie jaskini. Zabolało, ale nie na tyle by mnie spowolnić. Najeźdźcy zaczęli strzelać z kusz, a nawet rzucać mieczami, więc nie było czasu na jakiekolwiek wahanie.
Jedno uderzenie skrzydeł pozwoliło nam uciec poza zasięg broni Najeźdźców. Visio puściła Lureia, i wzbiła się w powietrze, z trudem dotrzymując mi tempa. Nie mogłem jednak zwolnić. Pierwsze miejsce w jakie udadzą się Najeźdźcy to polana, na której wciąż znajdowały się nasze rzeczy.
Lurei spokojnie spoczywał w mojej łapie, nawet się nie trzymając. Był zajęty oglądaniem topazu, który trzymał w obu dłoniach, by przypadkiem go nie upuścić. O dziwo nie miałem najmniejszego problemu by stwierdzić co robi. Zwykle przy zmianie ciężko mi było utrzymać panowanie nad wodą.
- Gdzie mam lecieć?
- Na polanę – Lurei nie zrozumiał o co mi chodzi, ale po chwili zwrócił głowę w moją stronę. - Przepraszam. Skręć lekko w lewo. Jeszcze jakieś dwieście metrów.
Jakoś udało nam się dolecieć i szybko spakować rzeczy. Konie były lekko przestraszone, kiedy lądowałem na polanie, ale szybko się uspokoiły. Na szczęście były już do tego przyzwyczajone.
Po niezbyt długim czasie zaczęliśmy słyszeć odgłosy wydawane przez pościg. Najwyraźniej mieli konie, bo dosyć szybko się zbliżali. Spakowaliśmy resztę rzeczy i wsiedliśmy na konie, które mimo tego, że dopiero, a może raczej już, zaczynało świtać, były już gotowe do drogi.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z polany, Najeźdźcy byli już bardzo blisko. Słychać było rżenie koni i tupot biegnących ludzi. Mieliśmy jednak przewagę w postaci koni z Ignem. Były one wytrenowane w jak najszybszym galopie. Dopilnowałem też, by Lurei dostał najszybszego konia jakiego posiadaliśmy w Pałacu. Nie licząc mojego konia, z którym praktycznie się wychowałem.
- Dasz radę zostawić na drodze ścianę wody? - powiedziałem na głos. To dziwne połączenie urwało się kiedy tylko Lurei wypuścił z rąk topaz.
- Na daleką odległość nie. Musiałbym użyć kamienia.
- Zrób to. Musimy ich jakoś zatrzymać.
Lurei wyciągnął topaz, a we mnie od razu uderzyła jego świadomość. Odwróciłem się do tyłu i posłałem mgłę w stronę Najeźdźców. Wcześniej zauważyliśmy, że kiedy to robię, podczas gdy Lurei trzyma błękitny kamień, on także wszystko wyczuwa.
Kiedy Najeźdźcy wjeżdżali, bądź wbiegali w mgłę, mogliśmy podać każdy szczegół ich wyglądu. Nie licząc kolorów oczywiście. Dzięki temu dowiedzieliśmy się gdzie są i ilu ich jest. A było naprawdę sporo.
Skupiłem się i kazałem dużej ilości wody opaść na drogę za nami. Wymagało to sporo energii, ale w końcu cały odcinek pomiędzy nami i pościgiem zamienił się w błotną ślizgawkę. W niektórych miejscach sięgała ona nawet do kolan, więc konie będą miały z tym problem. Gęsty las uniemożliwiał im pójście inną drogą.
Uśmiechnąłem się, kiedy Najeźdźcy zostali zatrzymani najpierw przez błoto, a następnie przez ścianę z wody. Spojrzałem na Lureia. Lekko dyszał, ale chyba był zadowolony. On także zwrócił się w moim kierunku i uśmiechnął wesoło.
W pewnym momencie poczułem, że chce zadać jakieś pytanie. Po chwili jednak się wycofał.
- Pytaj jeśli chcesz. Wezmę pod uwagę, że jednak się na to nie zdecydowałeś i najwyżej nie odpowiem.
Lurei przez chwilę patrzył na mnie jakby zobaczył ducha. Dopiero po chwili spojrzał na kamień i pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Czemu zwracasz głowę w moją stronę, tak jakbyś na mnie patrzył, skoro wyczuwasz wszystko dookoła?
Zaśmiałem się cicho. I po co on się wstrzymywał z taką głupotą?
- Dziwnie by było, gdyby ludzie widzieli, że idę z zamkniętymi oczami, ale wszystko zauważam, prawda? To działa na tej samej zasadzie. Ludzie ci nie ufają jeśli na nich nie patrzysz. Poza tym dzięki temu większość nawet nie zauważa, że jestem niewidomy. Teraz robię to z przyzwyczajenia. I tak obserwuję wszystko. To tylko mocno zakorzeniony nawyk.
Jechaliśmy w ciszy póki nie dotarliśmy do drugiego rozwidlenia dróg. Najeźdźcy byli już poza naszym zasięgiem, ale nie słyszeliśmy nic niepokojącego, więc pozwoliliśmy koniom zwolnić. Rozbawiło mnie to jak Lurei usiłował podziękować koniowi tak, bym tego nie słyszał.
Koło południa moje oczy zaczęły się zamykać. Powstrzymywałem się jak mogłem, ale kiedy po obiedzie wyleczyłem rany swoje i Lureia, straciłem resztki energii. Potem wsiedliśmy na konie, a kołysanie sprawiło, że omal z niego nie spadłem. Gdyby zwierze zybko nie zbliżyło się do Lureia, pewnie zamiast na nim, wylądowałbym na ziemi.
- Posuń się trochę. - Lurei popchał mnie do przodu.
- Po co? - zapytałem, ale posłusznie przesunąłem się jak najbardziej w przód.
- Nie możemy się zatrzymać, bo Najeźdźcy mogą nas ścigać, a jeśli dalej będziesz jechał, to zaraz sobie kark skręcisz. Dziękuj, że masz takiego mądrego konia.
Lurei zatrzymał się i po chwili podszedł do mnie. Dopiero wtedy zrozumiałem co chce zrobić. Poczułem jak moje policzki lekko się czerwienią.
- Dam radę. Nie musisz ze mną jechać. Do wieczora wytrzymam.
- Nie ma mowy. Masz wyleczyć mi siostrę, pamiętasz? Nie zrobisz tego jeśli do niej nie dojedziesz. - Lurei wskoczył na mojego konia i chwycił uzdę, przy okazji obejmując mnie ramionami. Cieszyłem się, że jedzie z tyłu i nie widzi mojej twarzy, bo ta z pewnością zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.
- Prześpij się. Obudzę cię jak dotrzemy do wioski. Myślę, że zdążymy sporo przed zachodem.
Nie bardzo wiedziałem co robić, więc siedziałem sztywno, ledwo dotykając Aquera. Przynajmniej dopóki nie położył ręki na moim brzuchu i nie przyciągnął do siebie. Nie chciałem wyjść na idiotę, więc oparłem się o niego i zamknąłem oczy. Zmęczenie dało o sobie znać i kilka minut później już nie przejmowałem się tym, że wtulam twarz w szyję Lureia, a on mi na to pozwala.

- Filen, wstawaj. Już prawie jesteśmy. - Cichy głos przy uchu wybudził mnie ze snu, który kompletnie nie miał sensu. Było mi zimno, a Lurei był stanowczo o kilka stopni cieplejszy niż otoczenie.
- Nie śpię – mruknąłem, nie odsuwając się jednak ani o centymetr. Wcisnąłem tylko zmarznięte ręce między nasze klatki piersiowe. Nie mam pojęcia jakim cudem jechałem teraz bokiem. Plecami opierałem się o rękę Lureia, choć w większości po prostu na nim leżałem. Grunt, że było mi wygodnie.
- To dobrze, ale jest tu już sporo ludzi, a ty wcale nie wyglądasz jak dziewczyna. Choć mi to wcale nie przeszkadza – powiedział rozbawiony, a ja parsknąłem cicho.
- I tak ich nie widzę, więc mnie nie obchodzą. Zimno tu, więc usiłuję zatrzymać moje ciepełko.
- Wiesz, że jesteś zabawny jak jeszcze śpisz?
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czemu tu jest tak zimno? - otoczyłem się ramionami i odsunąłem trochę. - Wiesz gdzie jest jakaś gospoda?
- Wiem. Przed chwilą jedną mijaliśmy. Rozmawiałem z gospodarzem i powiedział, że przygotuje nam pokój. Tylko stajnie są kawałek dalej. Właśnie do nich dojeżdżamy.
- To dobrze, bo strasznie mi niewygodnie.
- Jakoś wcześniej nie narzekałeś – Lurei zaśmiał się z niewiadomego dla mnie powodu.
- Teraz narzekam. Daleko jeszcze?
- Już jesteśmy. Czekaj, zejdę pierwszy.
- Nie trzeba. Poradzę sobie. – Błyskawicznie stworzyłem mgłę i zbadałem ziemię wokół. Zeskoczyłem, nie przejmując się tym, że mogło zaboleć. Dawno nauczyłem się, że takie rzeczy nie szkodzą mi ze względu na geny. Rozprostowałem kości i wypuściłem mgłę na większy teren.
W naszą stronę szedł stajenny z szerokim uśmiechem na twarzy. Oddaliśmy mu swoje konie i ustaliliśmy, że wrócimy po nie rano. Po chwili ruszyliśmy w stronę gospody.
- Dalej mi nie powiedziałeś dlaczego jest tak zimno.
- Wcale nie tak bardzo. To u was jest zawsze gorąco. Poczekaj kilka dni, a zobaczysz jaka panuje u nas temperatura. Co prawda w porównaniu do Aquem u nas też jest ciepło, ale na pewno nie tak bardzo jak w Ignem.
- Nawet mi o tym nie wspominaj – mruknąłem i zająłem się pocieraniem ramion.
Kiedy w końcu dotarliśmy do gospody, czekał już na nas jej właściciel. Po krótkiej rozmowie i zapłacie, dostaliśmy kluczyk do pokoju. Po wejściu, Lurei od razu zaprowadził mnie na łóżko. Kiedy zniknął w łazience, szybko się przebrałem i wszedłem pod kołdrę, niemal od razu zasypiając w rozkosznym ciepełku.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział VI

 Przepraszam! Kurczę, ustawiłam datę i godzinę, tylko zamiast publikuj dałam zapisz :( A dziwie się czemu nie mam komentarzy ;)
Dziękuję za miłe słowa, bo to jest naprawdę świetne, kiedy się je czyta :*
Tak więc nie przedłużam mojego opóźnienia :)
Buziaki dla Wszystkich!


Obudziłem się jako pierwszy, a przynajmniej tak wnioskowałem z równomiernego oddechu, dochodzącego do mnie z drugiego kąta pokoju. Poczułem się lekko zdezorientowany. Gdzieś we mnie pojawiła się nikła iskierka strachu. Przecież w tym momencie byłem zupełnie bezbronny. Przez noc moje poczucie przestrzeni zupełnie się zmieniło i nie byłem pewny, czy sam trafiłbym do toalety.
Myślałem, że będzie inaczej. Cały czas marzyłem o tym, by wyjechać z Ignem. Chciałem poznać świat, nowych ludzi, którzy traktowaliby mnie jako równego sobie, stawić czoło normalnym problemom zwykłych mieszkańców wsi. Tymczasem bałem się nawet wstać z łóżka. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że cały Pałac znam na pamięć. To nie żaden instynkt mnie w nim prowadził, a po prostu wyuczone ruchy. Byłem dumny z tego, że mimo braku wzroku, radzę sobie w Pałacu. Że jestem taki jak inni. Tymczasem dotarła do mnie gorzka prawda. Nie jestem jak inni. Oni widzą, a ja byłem, jestem i będę ślepy już na zawsze. I już się z tym pogodziłem. Koniec użalania się nad sobą.
Zacisnąłem zęby i usiadłem, plecami opierając się o ścianę. Ręką przejechałem po łóż, chcąc sprawdzić gdzie się ono kończy. Odetchnąłem, kiedy znałem już jego powierzchnię. Niby nic, a przyniosło lekką ulgę.
Przesunąłem się na skraj posłania i wstałem, cały czas jednak się go trzymając. W myślach prześledziłem wczorajszy wieczór. To, jak Lurei mi pomagał. To jak położył moją rękę na ramie łóżka. Przesunąłem się w to samo miejsce i przypomniałem sobie jego słowa. Cztery małe kroczki. Szedłem powoli, niemal sunąc stopami po ziemi. Ręce miałem wyciągnięte przed siebie, by nie wejść w nic. W końcu natrafiłem na drewnianą powierzchnię drzwi. Przesunąłem ręką wzdłuż nich i dotarłem do ściany na przeciwko. Uśmiechnąłem się lekko. Już nie daleko.
Po jakiejś minucie dotarłem do łazienki i z ulgą stworzyłem gęstą mgłę. Wszystkie kształty dodawały mi otuchy, a każda nierówność w drewnianej podłodze, którą omijałem bez problemów, poprawiała mi humor.
Wziąłem szybki prysznic i przebrałem się we wzięte z pokoju ciuchy. Kiedy wyszedłem z łazienki, Lurei już nie spał. Dowiedziałem się o tym, kiedy ktoś chwycił mnie za przedramię. Oczywiście od razu włączył mi się instynkt samozachowawczy i odepchnąłem napastnika, zamykając go w kuli z wodą. Kiedy jednak woda przylgnęła do jego skóry, rozpoznałem Lureia, który zaskoczony nawet nie próbował wydostać się z bańki. W sumie i tak nie mógł się w niej udusić.
Wypuściłem go z wody i ponownie tego dnia odetchnąłem. Dopiero ranek, a ja już byłem cały zestresowany.
- Nic ci nie jest? - Lurei podszedł i stanął w niewielkiej odległości. Wyciągnąłem ręce, chcąc go znaleźć i natrafiłem na jego klatkę piersiową.
- To ja powinienem się o to zapytać. Nie strasz mnie tak. Dobrze, że cię nie podpaliłem.
- Na moje szczęście chyba wolisz wodę. Odprowadzić cię do łóżka?
- Jeśli możesz. - Na chwilę zapadła cisza, przez co nie bardzo wiedziałem co się dzieje. W końcu Lurei się odezwał z lekkim rozbawieniem w głosie.
- Jeśli chwycisz mnie za rękę, to będzie dużo prościej. - Uświadomiłem sobie, że cały czas ściskam jego koszulę i poczułem jak pieką mnie policzki. Puściłem go, a on ujął moją dłoń i odprowadził mnie do łóżka.
- Tym razem zmieściliśmy się w dwóch krokach. Robimy postępy.
Ze zdumieniem przyjąłem jego słowa. Rzeczywiście nawet się nie zastanawiałem nad tym, czy coś może stać na ziemi. Co prawda już tędy przechodziłem, ale zazwyczaj i tak zachowywałem ostrożność. Czyżbym już zaczynał ufać Lureiowi?
Jakieś pół godziny później udaliśmy się na dół, aby zjeść śniadanie w gospodzie. Nie było ono zbyt wykwintne, ale nie narzekałem. Nie łudziłem się nawet, że ktoś dorówna cioci Rachel w gotowaniu. W każdym razie po posiłku udaliśmy się na miasto. Dzięki delikatnej mgiełce, która unosiła się w powietrzu i bez mojej ingerencji, rejestrowałem dużo więcej niż Lurei oczyma. Można powiedzieć, że widziałem wszystko dookoła.
Okazało się, że Lurei zamierzał kupić namiot. Było to dość rozsądne, zważywszy na to, że następną noc musieliśmy spędzić na jakiejś polance, choć sam bym o tym nie pomyślał. No, może przyszłoby mi to do głowy, kiedy musiałbym spać pod gołym niebem.
Udało nam się zdobyć namiot bez większych problemów. Do wioski musiała dojść wiadomość o moim przyjeździe, bo wszyscy kłaniali się, kiedy przechodziliśmy i oferowali swoje usługi za darmo. Było to co najmniej wkurzające.
Kiedy nareszcie udało nam się zdobyć wszystko, co było nam potrzebne na te dwa dni drogi do następnego miasteczka, wróciliśmy do gospody, by zabrać nasze konie. Okazało się, że dobrze o nie dbano, więc wcisnąłem stajennemu do ręki złotą monetę. Wyglądał na bardzo biednego, więc to powinno nieco poprawić jego sytuację. Dziękował nam przez kilka minut, zapraszając nas do siebie, kiedy będziemy wracać.
Z miasta wyjechaliśmy jeszcze przed południem. Lurei twierdził, że do polanki na której spał w czasie podróży w drugą stronę dotrzemy tuż po zmroku. Jako, że ani on, ani ja nie znaliśmy zbytnio tych terenów, postanowiliśmy się na niej zatrzymać. Orlica cały czas leciała nad nami. Lądowała tylko, aby jeść. Widocznie spodobała jej się nowa umiejętność.
Zauważyłem, że od kiedy tylko Lurei dowiedział się, że nie musi ciągnąć za uzdę, by koń pojechał tam, gdzie on tego chce, cały czas cicho szeptał mu kierunki w których ma jechać. Dzięki temu zwierze znacznie się do niego przekonało. Kiedy dojeżdżaliśmy do jakiegoś rozdroża, koń przystawał i pytał gdzie ma iść. Może Lurei go nie rozumiał, ale i tak jakoś się dogadywali. Nie mogłem się nie uśmiechać, kiedy mężczyzna nieświadomie odpowiadał zwierzęciu na pytania.
- Twój koń naprawdę docenia, że już go nie szarpiesz. Chyba cię nawet polubił - Koń przytaknął, a ja się zaśmiałem. - Chyb a nawet na pewno.
- Cieszę się, że dobrze się dogadujemy. Myślę, że zrezygnuję z uzdy. I tak jest mi już nie potrzebna.
- Też o tym myślałem, ale myślę, że lepiej jak ją po prostu poluzujesz. Ludzie będą się zastanawiać jak kierujesz koniem.
- Masz rację. Szkoda - odpowiedział i poklepał konia po szyi. Ten wyraził swoją wdzięczność za dobre chęci, więc przekazałem to Lureiowi.
Po chwili zostałem wciągnięty w rozmowę, w której uczestniczyła cała nasz czwórka. Konie wymieniały opinie między sobą, ja powtarzałem to Lureiowi, a on wtrącał swoje trzy grosze. Wychodziły z tego dosyć zabawne sytuację, gdyż konie zdążyły już mienić temat nim ja powiedziałem o czym rozmawiają. W skutek tego Lurei najczęściej mówił coś zupełnie nie pasującego do tematu, co niezmiernie bawiło zwierzęta.
Ta część podróży minęła nadzwyczajnie szybko. Kiedy konie się uspokoiły i ucichły, zaczęliśmy z Aquerem rozmowę na temat mitycznych stworzeń z Ignem. Wyjaśniłem mu co nieco, dzięki czemu pojmował już skąd się wzięły moje pozostałe postaci. On opowiadał o swoich domysłach, które zazwyczaj były po prostu absurdalne, więc prawie cały czas kończyły się moim, bądź jego wybuchem śmiechu.
Na polankę wjechaliśmy zgodnie z przewidywaniami. Sądząc po tym jak Lurei mrużył oczy, słońce już zaszło. Kiedy się zatrzymaliśmy, zeskoczyłem z konia  i otoczyłem się mgłą. Powoli zbadałem całą polankę, nie znajdując na nikogo. Nie licząc zająca, śpiącego w norze pod drzewem.
- Strasznie tu ciemno - Lurei usiłował przeniknąć wzrokiem moją mgłę. - Nie pomagasz.
- Chociaż raz to ty jesteś tym ślepym - zaśmiałem się i wyciągnąłem z juków namiot. - Proponuję, żebyś rozpalił ognisko. Będziesz coś widział i nie będę skazany na samotne rozkładanie tego ustrojstwa.
Usiłowałem wyplątać rękę ze sznurków, w które wcześniej ją włożyłem. To, że nigdy nie rozkładałem namiotu wcale nie pomagało.
- Nie mógłbyś ty go rozpalić? W końcu jesteś po części Ignisem. Widziałem jak robisz te swoje płomyczki - powiedział i machnął ręką w dość zabawny sposób.
- Nie ma tak łatwo. Gdybym tylko mógł kontrolować coś większego niż te płomyczki, to byłoby dużo prościej.
- Nie możesz? Przecież jesteś synem Igne. Powinieneś być jakoś bardziej uzdolniony, nie?
- Dzięki za przypomnienie - warknąłem, lekko podminowany. Nikt nie lubi jak wytyka mu się jego wady.
- Nie miałem nic złego na myśli. To po prostu trochę dziwne, że potomek ognistych stworów nie umie rozpalić ogniska.
- Jeśli taki jesteś mądry, to spróbuj je rozpalić siłą woli. Ciekawe czy ci się uda.
Zapadła długa i nieznośna cisz, której żaden z nas nie ośmielił się przerwać. Lurei chyba obawiał się, że jak coś powie, to oberwie mu się jeszcze bardziej. I słusznie. W mojej głowie pojawiały się chamskie odpowiedzi na każdą jego wypowiedź.
W końcu jednak stanęło na tym, że Lurei zajął się namiotem. Kiedy zobaczył, jak usiłuję go rozłożyć, niemal się nie dusząc przez sznur, który owinął mi się wokół szyi, podszedł i bez słowa pomógł mi się rozplątać.
Nie pozostało mi nic innego, jak rozpalić to cholerne ognisko. Odszedłem kawałek i pełen nadziei usiłowałem jednak stworzyć stabilny ogień. Jak zwykle podpaliłem kilka drzew i na tym koniec. Zgasiłem pożar i wszedłem do lasu, by znaleźć jakieś patyki. Okazało się, że raczej niewielu zatrzymuje ie na tej polance, bo wystarczyło kilka kroków w las,  bym natknął się na sporą ilość patyków. Było to dosyć dziwne, zważywszy na to, że polana znajdowała się niedaleko od drogi, a w dodatku była osłonięta drzewami, co zapewniało sporą przewagę w przypadku ataku zbójców.
Wzruszyłem ramionami, postanawiając nie zaprzątać sobie tym głowy. Z drewnem w ramionach udałem się na polankę, na której nie zastałem Lureia. Namiot zaczynał już przypominać swoją docelową postać, jednak jego jedna strona nie była umocowana w ziemi. Machnąłem na to ręką. Każdy potrzebuje czasem udać się na stronę. Ja natomiast postanowiłem naznosić jeszcze trochę drewna. Nie będziemy musieli latać po nie w środku nocy.
Po kilkunastu minutach wróciłem z kolejnymi patykami i tym razem nieobecność Lureia wydała mi się  dosyć niepokojąca. Namiot stał tak, jak wcześniej, konie stały przy drzewach, gdzie wcześniej je zostawiliśmy. Wszystko wyglądało normalnie, więc dlaczego nie było śladu po Lureiu?
Podszedłem do namiotu i dotknąłem materiału. Był mokry, a ja uważałem, żeby mgła go nie dosięgła. Jedynym prawdopodobnym wyjaśnieniem pozostawała więc moc Lureia. Skupiłem się na mgle, szukając czegoś, co powiedziałoby mi gdzie jest Aquer.
Mgła zgęstniała, pochłaniając każdą kroplę rosy jaką napotkała. W pewnym momencie poczułem delikatny opór. Mimowolnie chciałem go zlikwidować, jednak w porę się powstrzymałem. Odnalazłem kroplę, która leżała na liściu, kilka metrów ode mnie. Delikatnie zsunąłem ją na swoją dłoń. Tak jak myślałem, dalej pozostała idealnie okrągła.
Zapomniałem o mgle, skupiając całą uwagę na małej kuleczce z wody. Dotarła do mnie nikła świadomość.
- Filen... -usłyszałem w głowie cichy szept. Kropla przesunęła się do przodu. Zerwałem się do biegu. Ta świadomość na pewno należała do Aquera, a to, że była taka słaba, wcale dobrze nie wróżyło.
Dzieląc uwagę między kroplę wody i mgłę, która ostrzegała mnie przed przeszkodami, biegłem, nasłuchując jakichkolwiek dziwnych dźwięków.
Kropla skręcała, a ja miałem nadzieję, że pokazuje mi drogę. W pewnym momencie musiałem podłożyć drugą rękę, bo kropla spadłaby na ziemię. Zatrzymałem się, posyłając przed siebie mgłę. Wraz z odległością gęstość mgły malała, więc musiałem się jeszcze bardziej wysilać. W końcu dostrzegłem ruch. Pięć postaci, dwie z nich niosące coś wielkości człowieka. Nie mogłem dowiedzieć się niczego więcej, bo byli zbyt daleko i wciąż się oddalali.
Zdyszany ruszyłem dalej, będąc już bardziej ostrożny. Co prawda mgła dawała mi pewną przewagę, ale dalej coś mogło mnie zaskoczyć. Lepiej, żeby o mnie nie wiedzieli.
Poczułem jak coś rozdziela mgłę od góry i leci w moją stronę z dużą prędkością. Po chwili orlica wylądowała na moim ramieniu. Jej szpony lekko wbijały mi się w skórę, ale cieszyłem się, że nie jestem sam.
- Przypomnij mi, żebym nadał ci jakieś imię - szepnąłem, nie przerywając szybkiego marszu. Mężczyźni przede mną zatrzymali się i położyli Lureia na ziemi. Jeden z nich wyjął coś z kieszeni, a mgła wycofała się, blokując moją widoczność.
- Leć. Bądź moimi oczyma - pogłaskałem ptaka po łbie i wyrzuciłem w górę, by zerwał się do lotu. Po chwili dotarł do mnie orli krzyk. Uświadomiłem sobie, że wcześniej nie próbowałem rozmawiać z tym ptakiem. A przecież orły są nadzwyczaj inteligentne. W dodatku dzięki formie Fenixa, mogłem porozumiewać się po "ptasiemu".
- Co się tam dzieje? - pisk Fenix'a, który z siebie wydałem nie był słyszalny dla ludzi. Orzeł natomiast natychmiast poleciał na zwiady.
- Pięciu Najeźdźców, wchodzą do ukrytego tunelu. Dwóch zostało na zewnątrz, podają tamtym Lureia. Zaatakować?
- Nie! Nie chcę, żeby ci się coś stało. Zaczekaj na mnie i informuj co się dzieje.
- Nic by mi się nie stało, ale poczekam. Możesz potrzebować moich oczu.
W biegu omijałem wszystkie gałęzie, kanary i kamienie, w mgnieniu oka docierając do granicy mgły. Orlica ostrzegła mnie przed wyjściem zza drzew. Moja mgła otoczyła polankę, nie dostając się jednak na nią. Co tu się działo?
Spróbowałem posłać mgłę dalej, jednak moje starania spełzły na niczym. Kropla w mojej dłoni przestała się ruszać, spływając po skórze jak zwykła ciesz. Lurei nie miał już nad nią kontroli.
Przełknąłem wielką gulę, która ulokowała się w moim gardle. Jak miałem załatwić tych Najeźdźców, skoro moja mgła ich nie dosięgała? Myśl o użyciu ognia nie wydawała się najrozsądniejsza. Nie byłem w stanie nawet utrzymać ognia, a co dopiero nim walczyć.
- Czy jak wyjdę, to mnie zobaczą?
- Przejdź kilka metrów na zachód, a zaskoczysz ich od tyłu.
- Moja mgła nie działa. Nie widzę ich. Jak mam z nimi walczyć?
- Będę twoimi oczami. Zaufaj mi.
W mojej głowie właśnie rozgrywała się walka. Jeśli tam wyjdę, mogę zginąć, a jeśli nie, to z kolei Lurei może. Cholera. Chwyciłem miecz, który towarzyszył mi od najmłodszych lat. Był dłuższy niż inne, co dawało mi sporą przewagę. Dzięki sile mitycznych mogłem bez problemu unieść ciężką broń, dzięki czemu byłem również szybki. Jednak czy szybkość i siła wystarczy, kiedy nie widzi się przeciwnika?
Szedłem na wschód, póki orlica nie dała mi znaku. Podszedłem do granicy drzew, dalej nie mając pewności co zrobię.
- Nie mamy czasu. W każdej chwili mogą wyjść kolejni. Walcz i użyj moich oczu, jakby należały do ciebie. Dasz radę.
Wziąłem głęboki wdech i jak najciszej ruszyłem przed siebie. Na polanie nie było żadnych patyków, więc Najeźdźcy nie mieli szans mnie usłyszeć.
- Odwrócę ich uwagę. Idź dalej prosto. Tak, jeszcze kilka kroków. Usiadłam na gałęzi. Najeźdźcy są między nami. Idź w moją stronę. Teraz uderz rękojeścią na wysokości głowy. Od prawej. Już!
Zamachnąłem się, rękojeścią uderzając jednego z Najeźdźców. Usłyszałem jak upada na ziemię nieprzytomny. Odwróciłem się w stronę z której dobiegł mnie zaskoczony okrzyk. Zamachnąłem się mieczem i usłyszałem zgrzyt metalu.
- Zablokował. Ma krótki, dwuręczny miecz i nie jest zbyt dobry w szermierce. Uderz od prawej i wykonaj zwód. Na mój znak. Teraz.
Usłyszałem trzepot skrzydeł i ciąłem, dokładając jeszcze fintę. Miecz zagłębił się w ciele.
- Sparuj z prawej i odbij! - Posłusznie zablokowałem cięcie i wytrąciłem przeciwnikowi miecz z ręki. Na wyczucie uderzyłem rękojeścią i westchnąłem z ulgą, kiedy Najeźdźca bezwładnie upadł na ziemię. Orlica wylądowała mi na ramieniu.
- Już wiem jak cię nazwę. Visio, jesteś moim wzrokiem.
- Podoba mi się.
- Cieszę się. Chodźmy dalej. Musimy uratować tego idiotę.
Kierowany wskazówkami Visio wszedłem do podziemnego tunelu. Dzięki niej omijałem wszystkie przeszkody. Po kilku minutach czułem się, jakbym badał otoczenie mgłą. Jej opisy były dokładne, a dzięki orlim oczom widziała nawet w półmroku, jaki prawdopodobnie panował w tunelu.
- Słyszę kogoś - szepnąłem, zbliżając się do jednaj ze ścian. Idąc bokiem byłem mniej widoczny.
- A ja widzę światło. Nie martw się. Jest jeszcze daleko. Przyśpiesz. Nie chcemy, żeby ktoś zaszedł nas od tyłu.
- Zawsze mogę się zamienić w Salamandrę.
- Ale byś tego nie chciał, prawda? Nie powinieneś zmieniać się poza Ignem.
- Wiem, ale w ostateczności to zrobię.
Zatrzymałem się dopiero, kiedy słyszałem trzask ognia z pochodni. Jako, że sam płonął, łatwo było go kontrolować. Utworzyłem mały płomyczek za mną, tak by był niewidoczny, ale bym mógł słuchać tego, co się dzieje. Nikt jednak nic nie mówił.
- Dwóch najeźdźców, z mieczami. Widzę też Lureia. Siedzi w cieniu, związany, ale przytomny. Chyba nie wie co się dzieje, bo rozgląda się jakby dopiero co się obudził.
Orlica opisała mi niewielką jaskinię, nie pomijając żadnych ważnych szczegółów. Nie miałem pojęcia co robić i sądząc po milczeniu Visio, ona także. W pewnym momencie usłyszałem jak ktoś się szamota. Visio opisała mi miejsce, gdzie siedzi Lurei, przywiązany do metalowego pręta, wystającego ze ściany.
Do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Skoro Lureiowi udało się utrzymać kroplę wody, mimo tego, że coś blokowało moce Aquera, mnie też powinno się udać.
Zamiast tworzyć rozległej mgły, stworzyłem tylko małą chmurkę, którą posłałem w stronę mężczyzny. Visio naprowadzała mnie na cienie, tam, gdzie nikt nie zauważy ruchu. Czułem się, jakbym usiłował stworzyć mgłę od Ignem do Aquem. Na czoło wystąpiły mi krople potu. Jeśli Lurei utrzymywał kontrolę nad kroplą, to nie dziwię się, że w końcu stracił przytomność. Kropla była łatwiejsza do kontroli, jednak nie mogłem jej przesuwać po podłożu, bo strasznie długo by to trwało.
Kiedy mgiełka w końcu dotarła do Lureia zmniejszyła się o połowę. Z ulgą pokierowałem ją na twarz Lureia i odetchnąłem.
- Filen... - w myślach Aquera wyczułem ulgę, ale też poważne zaniepokojenie.
- Jestem tutaj - posłałem mu świadomość kierunku, a on dyskretnie odnalazł mnie wzrokiem i zaraz wgapił się w ścianę, by nie zdradzić mojej kryjówki.
- Mają topaz.
- Topaz?
- Kamień, blokujący moc Aquerów. Nie słyszałeś o nim?
- Nie, ale Najeźdźcy używają czegoś podobnego na Ignisach. Moc jest wtedy bezużyteczna. W każdym razie rozumiem o czym mówisz. Czuje się, jakby ktoś zamknął całą moją wodę w nieszczelnym słoiku, z którego może wydostać się tylko kilka kropel.
- Tak, coś o tym wiem. W każdym razie jeśli weźmiesz go ty, twoja moc bardzo wzrośnie. Musisz go znaleźć, albo obaj będziemy nieużyteczni. 
- Łatwo ci powiedzieć. Bez wody jestem zupełnie ślepy.
- Cholera, zapomniałem. Jak ty tu wszedłeś? 
- Visio mnie prowadziła.
- Visio? Kto do znowu jest?
- Mój orzeł. Tak ją nazwałem.
- Czy to nie znaczy czasem "widzenie" ? Trafna nazwa.
-  Wiem. Dobra siedź tam i mów jakby ktoś chciał mnie zabić.
- Raczej cię nie zabiją. Chyba chcieli nas schwytać.
- Wiesz, ja wolę nie sprawdzać, czy będą celować w serce, czy w ramię. Jestem przywiązany do wszystkich części mojego ciała.
Lurei zaśmiał się cicho, co zwróciło uwagę Najeźdźców. Podeszli do niego, a ja poczułem głęboką pogardę jaką ich darzył.
- Filen, teraz masz szansę, stoją tyłem.
- W takim razie zaczynamy. Liczę na ciebie, Visio - odezwałem się cicho i ruszyłem w stronę Najeźdźców.