poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Syn przepowiedni - Rozdział XI

Lurei

Otworzyłem oczy, dręczony dziwnym przeczuciem. Leżący obok mnie Filen spiął się lekko, wyczuwając mój ruch. Oczy miał mocno zaciśnięte, co mogłem zobaczyć dzięki jaśniejącemu powoli niebu. Chłopak wyglądał, jakby coś go dręczyło. Kolana miał podciągnięte niemal do samej piersi, a ręce owinięte wokół ramion. W pewnym momencie poruszył się, marszcząc brwi.
  Zobaczyłem dziwne światło i od razu przygotowałem się na atak. Ten jednak nie nadszedł. Rozejrzałem się po namiocie, zatrzymując wzrok na źródle ciemnego blasku. Myślałem, że nie istnieje coś takiego jak ciemne światło, a jednak miałem je przed oczyma.
Okrągły medalion w kolorze głębokiej czerni, którego nigdy wcześniej nie widziałem leżał na rzeczach Filena, oświetlając namiot tajemniczym blaskiem. W pewnym momencie jeszcze bardziej pociemniało. Chłopak leżący obok jęknął, a ból jaki słyszałem w jego głosie sprawił, że włosy na ciele stanęły mi dęba.
- Filen, obudź się. – Potrząsnąłem jego ramieniem, ale nie zareagował. - Filen, wstawaj. Słyszysz mnie? Filen!
Mimo, że podnosiłem głos i potrząsałem nim, dalej się nie budził. Światło z czarnego kamienia wciąż się nasilało, aż w końcu błysnęło na biało i w ciągu ułamka sekundy zniknęło. Filen zerwał się do siadu, dysząc ciężko. W panice rozejrzał się do koła, nie mogąc uspokoić.
- Filen, spokojnie, to tylko sen – chwyciłem jego dłoń, a on spojrzał na mnie. Powoli zaczął się uspokajać, normując oddech i rozluźniając napięte mięśnie.
- Znowu to samo – westchnął i przejechał dłonią po twarzy, po chwili gładząc włosy, które stały na wszystkie strony.
- Znowu? Od kiedy masz takie koszmary? - Zmarszczyłem brwi, lekko zaniepokojony. Mimowolnie martwiłem się o niego. Może to przez to, że jego ojcowie polecili mi na niego uważać. A może z powodu togo, że powoli zaczynało mi na nim zależeć. Nie chodziło o sferę seksualną, choć chętnie powtórzyłbym wydarzenia z wczoraj, ale o osobowość syna Igne. Coś w nim nie pozwalało mi nawet na chwilę odwrócić myśli.
- To nie do końca koszmar. Tylko takie dziwne uczucie Ten głos wydaje się taki ogromny, przytłaczający, ale za razem delikatny. Nie rozumiem o co w tym chodzi. Odkąd wyjechaliśmy z pałacu codziennie śni mi się to samo. Kobiecy głos mówiący w kółko kilka zdań, od czasu do czasu dodający nowe. Mam wrażenie, że to mnie dotyczy, ale nie potrafię tego zrozumieć.
- Pamiętasz te słowa?
- Choćbym nie chciał, to wyryły mi się w pamięci. Chcesz je usłyszeć?
Kiwnąłem głową, co chłopak wyczuł jakimś szóstym zmysłem. Westchnął głęboko i zaczął recytować.
Przyjdzie na świat trzem rodom wierny,
Błogosławieństwem mitycznych zostanie objęty.
Trzy dusze od świata otrzyma,
Dzięki nim spojrzy innymi oczyma,
Pierwszej serce swe odda, drugiej zaufanie,
Trzecia mu swą wole odda w posiadanie.
Ojcem mu błękit, matką czerwień będzie,
A dzieckiem pokój, który sercem zdobędzie.

W skupieniu słuchałem jego słów, zastanawiając się nad ich znaczeniem. Wydawały mi się one dziwnie znajome. Jakbym słuchał ich bardzo często. Nie mogłem jednak przypomnieć sobie gdzie i kiedy je słyszałem.
- To brzmi jak przepowiednia.
- Też tak myślę i nawet chyba rozumiem niektóre momenty. Jestem potomkiem trzech rodów Ognia, a mój dziadek i jego bracia, zwani często mitycznymi, dali mi swoje Błogosławieństwo. Dwa pierwsze wersy są proste i wskazują na mnie. Ale później? Jak ktoś może mieć trzy dusze? Żyję ze sobą od dawna i chyba bym się zorientował, że coś jest ze mną nie tak. Poza tym ja nie widzę, więc nie mogę patrzeć. – Filen zrobił dziwną minę, jakby coś wpadło mu do głowy. Po chwili pokręcił głową i kontynuował. - Później jest błękit i czerwień. Myślę, że tu chodzi o żywioły. Woda jako niebieski, a ogień – czerwony. Tylko dalej jest coś o pokoju, ale przecież nie ma wojny.
- W sumie to niewiele do niej brakuje. Najeźdźcy panoszą się wszędzie, przedostając się z królestwa Ignem do Terram, Aer i Aquem. Przez to mieszkańcy nie są zadowoleni. Ludzie mają już dość napadów, porwań i zabójstw, których dokonują Najeźdźcy. Wybuchają bunty nie tylko przeciw wrogom, ale też przeciw władcom, które nic z tym nie robią.
- Jakim prawem ja nic o tym nie wiem?! Jak tylko wrócę do pałacu, zbiję moich rodziców. Przecież mam być Igne! Czy oni całkowicie postradali zmysły?! Jeszcze ta narada! Jak najszybciej musimy wrócić do pałacu. Pojutrze zjadą się tam wszyscy władcy z czterech królestw!
- Nie możliwe żebyśmy zdążyli. Dopiero dziś w nocy dojedziemy do mojej wioski.
- O nie. Będziemy tam jeszcze przed południem. Zwijaj namiot i ruszamy.
- Nasze konie nie dadzą rady biec galopem przez tyle czasu, a poza tym nawet jeśli, to i tak dotrzemy tam wieczorem.
- Nie gadaj, tylko się zbieraj – warknął Filen najwyraźniej wściekły na rodziców. Jego ciało zaczęło świecić dziwnym blaskiem. Otoczyły go płomyki sprawiające, że wyglądał jakby płonął. Nie, on rzeczywiście stanął w ogniu, zapalając przy okazji namiot.
- Filen! Zgaś to! - krzyknąłem, odskakując od płomieni. Nie obchodziło mnie, że nic mi nie zrobią i tak nie miałem ochoty stać w ogniu. Chłopak szybko zgasił płonący materiał i trochę się uspokoił.
- Przepraszam. Lepiej wyjdę na zewnątrz – powiedział i już zaczął wychodzić, ale w ostatniej chwili chwyciłem go za rękę.
- Filen? Może najpierw byś się ubrał, co? - zaśmiałem się cicho z jego miny. Dopiero teraz uświadomił sobie, że siedzi nago. Na jego policzkach pojawiła się rozkoszna czerwień.
- Odwróć się – powiedział, teraz zły także na mnie.
- Przecież już...
- Cicho bądź i po prostu się odwróć! - warknął, a ja z uśmiechem zrobiłem o co poprosił. W mojej głowie pojawiło się jedno słowo – uroczy.

Kilka minut później wyniosłem ocalałe rzeczy z resztek namiotu. Ten raczej nie nadawa się już do niczego. Kiedy dotknąłem jednej z osmolonych ścian namiotu, po prostu pokruszyła mi się w rekach.
- Raczej już go nie użyjemy. Musimy koniecznie dojechać do domu przed zmrokiem.
- Już ci powiedziałem, że będziemy tam wcześniej. Odepnij swoje rzeczy od konia. I nie zadawaj pytań. Nie mam zamiaru na nie odpowiadać – burknął, a ja nie chcąc go wkurzyć, po prostu zrobiłem co kazał. Czasami wydawało mi się, że pomimo swojego łagodnego charakteru, widziałem stanowczego władcę, którym w przyszłości zostanie. Martwiło mnie tylko to, że nie miałem pojęcia co on chce zrobić.
Kiedy wszystkie rzeczy leżały na trawie, Filen chwycił oba konie i zaczął do nich szeptać. Oba zarżały cicho i odwróciły się, galopem ruszając w stronę, z której przybyliśmy.
- Filen! Coś ty zrobił?! - teraz nie tylko on był wkurzony. Właśnie odesłał nasze konie. A podobno chciał jak najszybciej wrócić. Ciekawe jak to zrobimy pieszo.
- Kazałem im wracać do domu. Visio! - krzyknął, a ptak po chwili wylądował na jego ramieniu. - Leć pierwsza, to nie będziesz musiała nas dogonić. Dasz radę?
Orzeł kiwnął głową i odleciał w stronę mojego domu.
- Słucham jak chcesz teraz dotrzeć gdziekolwiek. - Złożyłem ręce na piersi, wpatrując się w chłopaka, który uśmiechnął się chytrze. Chyba nagle mu się humor poprawił.
- Zapomniałeś o pewnym istotnym szczególe. A mianowicie o tym, że jestem synem Igne i nie mam problemu by dotrzeć gdziekolwiek – powiedział i w mgnieniu oka na jego miejscu pojawił się ogromny Fenix. Faktycznie o tym zapomniałem.
Filen podszedł do leżących na ziemi rzeczy i szturchnął jeden z juków. Otworzyłem go, a w środku dostrzegłem pozwijane pasy skóry. Spojrzałem na niego pytająco. Wskazał głową na swoją szyję, a ja zmarszczyłem brwi.
- Chcesz mi powiedzieć, że zrobiłeś sobie siodło? - Ptak pokręcił przecząco głową. Wyciągnąłem skórę na trawę i ujrzałem przypięte do nich sznury, idealne, by coś do nich przyczepić.
- Juki! Dla Fenixa?
Nie wnikając jakim cudem wiózł to przez całe Ignem, zacząłem kombinować i po chwili wszystkie rzeczy przypięte było do uprzęży umieszczonej na szyi Filena. Brakowało tam tylko mnie. Westchnąłem i wsiadłem na ptaka.
- Moja mama i siostra dostaną zawału jak wylądujesz tak przed naszym domem. Jak spadnę, to ty jej będziesz tłumaczyć, że zginąłem spadając z grzbietu ogromnego stworzenia.
Filen obejrzał się na mnie, a ja miałem wrażenie, że na mnie spojrzał. To było naprawdę dziwne, że odwracał się, mimo, że nic nie widział. Miałem wrażenie, że się do mnie uśmiechnął.
Niespodziewanie wzbiliśmy się w powietrze, a ja złapałem się miękkich piór. Do głowy przyszło mi, że można by zrobić z nich doskonały wachlarz.
- Filen, musimy lecieć lekko na prawo. Nie chcemy, żeby mieszkańcy wiosek zaczęli na ciebie polować. Ominiemy te największe, nie zajmie to dużo czasu.
- Mów, gdzie mam lecieć – usłyszałem w głowie głos i zamarłem. Nie otaczała mnie woda, więc w jaki sposób go usłyszałem? Nie było czasu na zastanawianie się nad tym. Ciężko było mi mówić, kiedy pęd powietrza uderzał we mnie z całych sił. Musiałem przylgnąć do szyi Filena, aby mnie nie zdmuchnęło. W dodatku nos miałem wciśnięty w jego pióra, gdyż wiatr uniemożliwiał mi swobodne oddychanie.
Słońce powoli wychylało się zza gór na wschodzie, tworząc niesamowity widok, jakiego nigdy nie było widać z ziemi.
- Filen, to jest takie piękne, gdybyś tylko mógł to zobaczyć – szepnąłem, nie zastanawiając się nad tym, czy on to słyszy. Fenix gwałtownie zwolnił, szybując i pozwalając mi dłużej nacieszyć się tym widokiem.

Filen
Widzę to, pomyślałem ciesząc się widokiem, który Lurei nieświadomie mi przekazał. Miał rację to było niesamowite. Nigdy nie miałem pojęcia jaki kształt mają góry i Słońce, gdyż nigdy nie mogłem dotknąć ich wodą. Nigdy bym nie pomyślał, że to będzie takie piękne.
Przyspieszyłem, chcąc jak najszybciej dolecieć do domu Lureia. W końcu, po jakichś dwóch godzinach Lurei rozpoznał swoją wioskę z wysokości. Kierowany jego słowami, wylądowałem na pobliskiej polance, otoczonej ze wszystkich stron drzewami. Kiedy tylko Lurei ściągnął ze mnie nasze rzeczy, zmieniłem postać, od razu otaczając się wodą.
Wzięliśmy wszystkie rzeczy i obładowani, weszliśmy w las. Po kilkunastu krokach zaczął on się przerzedzać, aż w końcu doszliśmy do tyłu jakiegoś domu.
- To tutaj. Wyrobiliśmy się sporo przed południem.
- Mówiłem – uśmiechnąłem się i wszedłem za nim do domu. W środku okazał się mniejszy niż wyglądało z zewnątrz. Tylnym wejściem wkroczyliśmy do kuchni, wszystkie rzeczy układając pod ścianą. W domu panowała całkowita cisza. W obawie przed wrogami sprawdziłem dom wodą, tak, żeby niczego przez przypadek nie pomoczyć.
- Mama pewnie zajmuje się Eirin. Jeśli ich tu nie ma, to zapewne jej się pogorszyło. Chodź, pójdźmy do zielarza.
Lurei usiłował być spokojnym, ale w jego głosie słychać było prawdziwe zaniepokojenie. Było widać jak bardzo kocha siostrę. Wyszliśmy z domu, tym razem frontowymi drzwiami i udaliśmy się do ostatniego z domów stojących w dwóch rzędach i przedzielonych drogą.
- Powinny tu być – powiedział i zapukał w drewniane drzwi. Nie czekając na odpowiedź, pociągnął za klamkę i wszedł do środka. - Aulisie? Jesteś tu?
Coś spadło na podłogę, robiąc ogromny hałas, w mojej dłoni pojawił się płomyk, w każdej chwili gotowy, by spalić przeciwnika na popiół.
- Jestem, jestem. - Zza ogromnej szafy, pełnej pergaminów i dziwnych słoików, wyszedł gruby mężczyzna z łysym plackiem na głowie i okularami, które zapewne kilka razy zostały już złamane. Zgasiłem płomień, nie chcąc, by go dostrzegł. - Lurei?! Gdzieś ty się podziewał? Cała wioska cię szukała. Zaczynałem powoli tracić nadzieję na twój powrót.
- Musiałem wyjechać, by sprowadzić pomoc dla siostry. Gdzie ona jest? - zapytał, uśmiechając się delikatnie. Chyba darzył tego człowieka jakąś sympatią.
- Na górze. Loren przy niej siedzi. Kiepsko to wygląda. Ok trzech dni ma bardzo wysoką gorączkę. Nie może jeść i cudem udaje nam się zmusić ją do picia. Prawie cały czas jest nieprzytomna. Obawiam się, że nic już nie można zrobić.
- Można! Filen ją wyleczy! - złapał mnie za rękę i prawie biegiem zaprowadził na górę. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami. Zwrócił się w moją stronę. - Filen, proszę cię, jesteś naszą ostatnią nadzieją.
Drzwi otworzyły się i stanęła w nich około czterdziestoletnia kobieta. Jej oczy były podkrążone od małej ilości snu, a policzki lekko zapadnięte. Włosy miała spięte z tyłu głowy. Widać było, że kiedyś była naprawdę piękną kobietą. Życie jej nie rozpieszczało.
- Lurei – szepnęła i rzuciła się na szyję syna. Z jej oczu popłynęły łzy, ale na twarzy zagościł uśmiech. - Bałam się, że wyszedłeś i ktoś ci coś zrobił. Gdzieś ty był.
- Przepraszam. Nie mogłem patrzeć jak Eirin umiera. Sprowadziłem pomoc.
- Synku, wiem jak ci na niej zależy, czuję to samo. Jednak jest już za późno. Choroba jest zbyt silna, a Eirin za słaba, by z nią walczyć. Teraz tylko cud mógłby ją uleczyć.
- Albo woda - powiedziałem, a kobieta wyglądała, jakby dopiero teraz mnie dostrzegła. - Mam na imię Filen, potrafię leczyć za pomocą wody i spróbuję pomóc Eirin.
- Jesteś taki podobny do kogoś, kogo kiedyś poznałam, tylko te czarne włosy. Znasz może Araela? - zapytała, a ja uśmiechnąłem się lekko. Zawsze mówiono mi, że wyglądam jak młodsza kopia ojca. Tylko włosy i jedno z oczu odziedziczyłem po Elinie.
- Jestem jego synem. Niestety nie mógł tutaj przybyć, ale w zamian przysłał mnie. Jeśli mogę, to chciałbym obejrzeć Eirin.
Pierwszy raz w życiu widziałem jak ktoś tak szybko przechodzi ze zrezygnowania w najprawdziwsze szczęście i nadzieję. Kobieta najpierw mnie uściskała, a później wprowadziła do pokoju. Jako, że nie chciałem pomoczyć wszystkiego dookoła, położyłem rękę na ramieniu Lureia i za nim dotarłem do stojącego przy ścianie łóżka.
- Muszę dotknąć jej czoła – powiedziałem, a Lurei chwycił moją dłoń i położył w odpowiednim miejscu. Nie miałem pojęcia co robi jego mama, ale nie zadawała żadnych pytań. Zamknąłem oczy i skupiłem się na leżącej przede mną kobiecie. Jej skóra była nienaturalnie gorąca, a oddech nierówny. Słyszałem bicie jej serca, dzięki słuchowi mitycznych i ono także nie biło w wystarczającym rytmie. Muszę się spieszyć. Ona nie wytrzyma długo.
- Gdzie tu jest studnia? Szybko Lurei potrzebuję mnóstwo wody. Natychmiast.
- Studnia jest koło naszego domu, ja zaraz.
- Nie trzeba. Otwórz tylko okno na oścież.
Skupiłem się na wodzie w pobliżu i myślami odszukałem studnię. Wziąłem z niej dużą ilość wody i siłą woli przeniosłem do pokoju.
- Odkryjcie ją. Czy ma moce Aquera?
- Twój ojciec powiedział, ze jeśli takie miała, to się ujawnią. Do tej pory nic takiego się nie stało – powiedział Lurei, a ja zakląłem cicho.
- Lurei, nie jest dobrze. Muszę mieć amulet Visio. Wyjdź na zewnątrz. Mam przeczucie, że za chwilę przyleci.
Lurei wybiegł z pokoju, a ja tymczasem zatopiłem ciało Eirin w wodzie. Nie mogłem jednak zrobić tego do końca, bo nie byłą Aquerem i by się utopiła. Jej stan się pogarszał, serce powoli zwalniało.
- Eirin, posłuchaj mnie. Musisz walczyć. Sam nie dam rady. Wierzę, że dasz radę. Wsłuchaj się w mój głos. Wiem, że mnie słyszysz Eirin. Twój brat przebył długą drogę, żeby cię ratować. Nie zmarnuj tego! - moje myśli uderzały w jej umysł, nie słysząc żadnej odpowiedzi. Jednak czuł, że go słyszy i rozumie. Jej serce zabiło mocniej, utrzymując organizm przy życiu.
- Tak, właśnie tak. Twoja mama jest tu ze mną. Ona też o ciebie walczy. Pomóż nam, Eirin, nie poddawaj się. Jesteś silniejsza – powiem, tym razem nagłos. Do pokoju wbiegł Lurei z Visio na ramieniu.
- Nie mogę zdjąć jej naszyjnika. Nie da się – powiedział Aquer z rozpaczą w głosie.
- Musi się dać. Visio, co ja mam teraz zrobić? - zapytałem, nie mając pojęcia, jak utrzymać tę dziewczynę przy życiu. Orlica przeskoczyła na moje ramię.
- Otwórz się.Jej ciało umiera, ale umysł wciąż jest sprawny. Mówisz do niej i ona cię słyszy, ale jej słowa nie docierają do ciebie. Zamknij oczy i przestań odgradzać się od niej.
- Nie potrafię – szepnąłem.
- Potrafisz.
- Potrafisz – powiedzieli równocześnie Visio i Lurei. Oni we mnie wierzyli, a ta dziewczyna, umrze, jeśli niczego nie zrobię.
Odetchnąłem głęboko, starając się być otwartym na wszystko dookoła. Poczułem jak ktoś kladzie mi rękę na ramieniu i zachłysnąłem się powietrzem, kiedy mój umysł zalała fala światła. Ja widziałem! Wszystko dookoła nabrało barw stanęło mi przed oczami. Oczami, które wciąż miałem zamknięte. Coś zakuło mnie w piersi, kiedy uświadomiłem sobie, że to nie ja widzę. To wymysł Lureia przesyłał mi obrazy. Skarciłem ie za swoje myśli. Miałem ważniejsze rzeczy na głowie.
Położyłem dłoń na czole Eirin i drgnąłem, czując ogromny ból i ogień trawiący jej ciało. Jej świadomość skuliła się pośrodku płomieni, usiłując chronić się przed nimi. Przedostałem się przez nie i wielkim wysiłkiem otoczyłem jej umysł wodą. Płomienie zaczęły szaleć, usiłując przebić wielką bańkę, ale ja stałem im na drodze.
- Eirin! - krzyknąłem, a jej świadomość zalała mnie całkowicie. Jej wspomnienia przewijały mi się przed oczyma, uczucia zmieniały się z każdym obrazem.Wzniosłem barierę między naszymi umysłami, nie mogąc znieść natłoku informacji.
- Witaj Filenie. Już się bałam, że do mnie nie dotrzesz – usłyszałem jej głos. Tak bardzo znajomy. Dręczący mnie każdej nocy.
- Ty...
- Tak, to byłam ja. Od wyjazdu Lureia zaczęło mi się pogarszać. Musiałam znaleźć sposób, by się z wami skontaktować, ale ty nie chciałeś słuchać. W śnie przyszła do mnie Wyrocznia i powiedziała jak mam do ciebie przemówić. Jednak twoje bariery są dla mnie zbyt silne i jedynie jej słowa do ciebie docierały. Mogłam więc przekazać ci tylko przepowiednię.
- Więc tym są te słowa? Przepowiednią?
- Tak, nie mam pojęcia co znaczą, ale Wyroczni obiecała mi, że jeżeli ci ją przekaże, to przyjdziesz mnie uratować.
- Dlaczego więc sama mi nie powiedziała?Przecież mogła do mnie przyjść.
- Nie mogła. Słowa przepowiedni objęte są czarami. Żadna z Wyroczni nie może ci ich zdradzić przed Uroczystością Wyboru.
- Więc nie mogła zaczekać? To już za pół roku.
- Nie wiem. Jestem słaba. Nie miałam sił, by z nią rozmawiać. Filenie, ja umieram i tylko ty możesz to zatrzymać.Kiedy byłam małą dziewczynką twój ojciec mnie wyleczył. Jednak nie wiedział wtedy, że jego moc nie ogranicza się tylko do wody. Moim przodkiem był Aquer , to prawda, ale nie miałam w rodzinie Ignisa. Kiedy więc on odkrył swoją moc ognia, uaktywniła się ona także we mnie. Ogień jednak nie jest mi pisany. Trawi mnie od środka i tylko woda utrzymuje mnie przy życiu. Elestera zdradziła mi to, mówiąc, że tylko ty jesteś w stanie mnie uleczyć. Musisz zgasić ogień. Ja nie mam już sił, by walczyć. Poczekam jeszcze chwilę, wytrzymam, ale w zamian pozbądź się tego bólu.
- Tak zrobię, obiecuję. - wycofałem się z jej umysłu i westchnąłem.
- Wiem co jej jest – powiedziałem ze smutkiem, pocierając czoło. Ulga w bólu była niesamowita. Jakim cudem Eirin tyle wytrzymała?
- Co? Filen, mów!
- To mój ojciec. On jej to zrobił – szepnąłem, a Lurei zamarł. - Nieświadomie wraz z wodą, dał jej cząstkę ognia. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jest synem Fenix'a. Jest powód, dla którego nie wolno leczyć kogoś, kto nie ma w rodzinie danego Aliquid.
- Potrafisz jej pomóc? - zapytała cicho Loren.
- Powiedziała mi co mam zrobić. Postaram się zwalczyć ogień ogniem. Będziemy musieli stąd wyjść. Nie chcę spalić wszystkiego dookoła.
- Czy to jej nie zaszkodzi? Jeśli użyjesz większej ilości ognia.
- Nie, jeśli skieruje go przeciw ogniowi ojca. Wtedy wzajemnie się wypalą. Muszę tylko uważać, by nie zostawić w niej nawet pomyka. Mój ogień jest silniejszy. Jeśli się pomylę, to ona zginie.
- Ale jeśli nic nie zrobisz, to ona zginie. Filen, wiem, że dasz radę. Musisz tylko to zrobić – szepnął Lurei, a ja pokiwałem głową.
Chwilę później stałem na polanie, na której wcześniej wylądowaliśmy. Lurei położył Eirin na trawie, a ja klęknąłem koło niej. Loren przyglądała się wszystkiemu ze łzami w oczach.
- Lurei. Nie wiem, czy zapanuję nad ogniem, a nie chcę skrzywdzić twojej mamy. Mógłbyś? - szepnąłem do niego i w odpowiedzi skinął głową. Odszedł an moment, by porozmawiać z kobietą. Ta powiedziała kilka słów i zniknęła za drzewami.
- Co teraz? - Lurei brzmiał na lekko przerażonego.
- Teraz usiądź je na udach i trzymaj ręce. Wiem, że to trudne, ale będzie ją bolało, a nie może mi się wyrwać.
Aquer przełknął ślinę i zrobił co mu kazałem. Zmarszczyłem brwi, starając się uspokoić.
- Łatwiej by było, gdybym mógł ją zanurzyć w wodzie.
- Więc to zrób. Nałóż jej swój naszyjnik. - Visio wylądowała na pobliskiej gałęzi. Jak dotąd zawsze miała rację, więc ściągnąłem z szyi czarny medalion i nałożyłem go Eirin.
- Co to jest? Widziałem jak świeciło w nocy.
- Dostałem to od Wyroczni. Mam nadzieję, że pozwoli Eirin oddychać pod wodą.
- Masz zamiar ją utopić?! - Lurei zdecydowanie nie był za tym pomysłem.
- Zaufaj mi. A jeśli nie mi, to Visio, bo ona jest tego pewna. Nie mam pojęcia skąd, ale ona wie takie rzeczy.
- Mam powierzyć życie mojej siostry przeczuciu? Co jeśli utonie? Filen jeśli ona zginie, ja nie...
- Więc do tego nie dopuścimy. Ale woda dużo pomoże. Ona ją leczy. Tylko dzięki temu, że walczy z ogniem w jej ciele, Eirin nie umarła, gdy tylko ogień się ujawnił.
Lurei zacisnął usta i kiwnął głową. Przywołałem wodę i otoczyłem nią naszą trójkę.
- Zaczynam. Trzymaj ją mocno.
Ponownie tego dnia otwarłem umysł i wszedłem do głowy Eirin. Ogień o toczył mnie ze wszystkich stron, chcąc się mnie pozbyć. Jednak ja otoczyłem się własnym, niwelując każdy płomień, jaki mnie dotknął. Jak przez mgłę usłyszałem krzyk, jednak nie zatrzymało mnie to.
Pod moimi nogami zaczęła płynąć woda, która koiła ból Eirin. Posłałem ją do całego jej ciała, razem z niewielkimi płomykami, mającymi zwalczyć ogień syna Fenixa. Nie było łatwo. Ogień taty był prawie tak silny, jak ogień mitycznych. Poczułem jak piecze mnie czoło, a mój ogień od razu zaczął zdobywać przewagę. Kiedy dotarłem do jej kostki, poczułem niesamowite gorąco. To tu ogień rósł w siłę, więc pewnie tę kostkę leczył Arael.
Czekałem, aż płomienie same mnie zaatakują, aby czasem nie przesadzić z ilością ognia. Kiedy rzuciły się na mnie, opadłem z sił. Czoło zapulsowało bólem i znów mogłem walczyć. Wściekły na to, że ogień nic nie daje, stworzyłem ogromną fale wody, która z głośnym sykiem przygasiła ogień. Nadal jednak tam był. Cisnąłem iskrę w sam jego środek i powiększyłem ją. Trzy.. dwa... jeden... Stop. Powstrzymałem falę ognia wydobywającą się ze mnie i szybko zalałem wszystko wodą.
Umysłem znajdowałem punkty w jej ciele, które promieniowały bólem i leczyłem je swoją mocą. Przez te lata ogień strawił całe jej ciało. Teraz każdą komórkę otaczałem leczniczą wodą, czując jak powoli się odnawiają. Kiedy dotarłem do jej umysłu, rozesłałem wokół siebie mgiełkę, która delikatnie gładziła każde wspomnienie, pozbawiając go bólu i nieznośnego gorąca.
- Eirin. Już po wszystkim. Obudź się – szepnąłem i zastawiłem ją samą. Otworzyłem oczy i momentalnie poczułem jak woda wokół nas opada. Moje ciało stało się niesamowicie ciężkie, a umysł nawet nie zarejestrował bólu, kiedy upadłem na twardą ziemię.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Syn przepowiedni - Rozdział X

 Dziękuję, że nawet jeśli cicho, to cały czas ze mną jesteście!! Dziękuję za komentarze <3


- Viosio! Topaz! - krzyknąłem, a ptak od razu zrozumiał o co mi chodzi.
Nie bardzo wiedziałem co mam robić, więc działałem instynktownie. Chwyciłem za topaz, znów czując jak wybucha we mnie woda. Moc wody zaczynała wypierać ogień. Zachłysnąłem się powietrzem i upadłem na kolana. Czerwony kamień wypadł mi z ręki, odwijając się z chroniącego go materiału. Ostatkiem sił, kiedy w moim wnętrzu ledwie żarzyła się iskierka, dotknąłem kamienia.
Ogień rozpalił się na nowo, buchając nową mocą. Żywioły walczyły ze sobą, chcąc wygrać, lecz po chwili splotły się i zamarły. Ból ustąpił, a mnie wypełniły nowe siły. Podniosłem się i zwróciłem w stronę Lureia, który dalej pozostał poza moim polem widzenia. Mimo, że miałem topaz, to wrogi Aquer także go posiadał. Miecz na gardle Lureia tylko utrudniał sprawę.
Nie mogłem użyć wody, bo była ona bezużyteczna w ich pobliżu. Ogień natomiast był całkowicie poza moją kontrolą.
- Filen, nie walcz z nim! - krzyknął Lurei, a przeciwnik uciszył go i przyłożył ostrze bliżej skóry.
Jak miałem z nie walczyć z ogniem? Gdybym go uwolnił, to pewnie spłonęłoby całe miasto. Poza tym nie potrafiłem nad nim panować. Więc co mi z niego? Nic, kompletnie nic. Musiałem wymyślić jakiś inny sposób.
- To twoja jedyna szansa. Musisz przestać zwalczać siebie. To twój ogień i tobie ma służyć. Przypomnij sobie jak kiedyś był twoim przyjacielem. Jak pomagał ci patrzeć na świat – Visio była pewna swoich słów. Ale co ona mogła wiedzieć? Przecież była ze mną dopiero od niedawna. Mimo to ufałem jej. I coś podpowiedziało mi, że powinienem zrobić to, co każe.
Z przyzwyczajenia przymknąłem powieki i skupiłem się na swoich mocach. Wyciszyłem wodę i zatopiłem się w mojej mocy ognia.
Czułem jak płomienie wypełniają mnie od środka i usiłują wydostać się na zewnątrz. Stłumiłem je i z wysiłkiem usiłowałem przejąć kontrolę.
- Nie walcz. Poddaj się temu.
Odetchnąłem głęboko i spróbowałem ponownie. Wypuściłem płomienie i poczułem jak wydostają się na zewnątrz. Zalała mnie ogromna ulga. Jakby część mnie, przez wiele lat więziona, nagle odzyskała wolność.
Czułem każdy płomyczek w okolicy. Potrafiłem powiedzieć w którym domu płonie świeca. Słyszałem wszystko, co mówiono w towarzystwie choćby najmniejszego ognia. Odciąłem się od tego, by nie zwariować.
Skupiłem się na ważniejszych rzeczach. Pożar, który spowodowała moja wcześniejsza walka, rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością. Płonęła już stodołą, a lada chwila dom stojący obok także zajmie się ogniem.
Chodź do mnie, pomyślałem, a fala płomieni oderwała się od płonących budynków i ruszyła w moją stronę. Ciepło otoczyło mnie ze wszystkich stron, dając poczucie bezpieczeństwa. Oczyma umysłu widziałem wszystko, co płonęło, bądź po prostu stykało się z ogniem. Co prawda możliwości były bardzo ograniczone, w przeciwieństwie do patrzenia wodą.
Zrobiłem krok do przodu, posyłając ogień przed siebie. Płomienie zagrodziły drogę ucieczki wrogiemu Aquerowi.
- Wypuść go, a puszczę cię wolno – powiedziałem i nawet mnie zdziwiła groźba w moim głosie.
Usłyszałem jak mężczyzna przełyka nerwowo ślinę. Płomienie trzaskały wokół nas, pozwalając mi usłyszeć nawet bicie jego serca.
Zrobiłem kolejny krok, a Aquer cofnął się, ciągnąc za sobą Lureia.
- Powiedziałem, żebyś go puścił! - warknąłem, a ogień wybuchnął w okół, jakby ktoś dołożył drewna do ogniska.
- Wtedy mnie zabijesz! Nie mam zamiaru zginąć! - odkrzyknął tamten ze strachem w głosie.
- Jestem przyszłym Igne! Nie porównuj mnie do sobie podobnych. Ja nie złamie danego słowa.
- Nie wierzę ci! Tylko Najeźdźcy spełnili obietnicę, którą mi złożyli! Jeśli ja mam zginąć, to pociągnę jego za sobą!
W ułamku sekundy płomień dosięgnął jego dłoni. Aquer krzyknął, a ja biegiem ruszyłem w ich stronę. Lurei jednak nie stał bezczynnie i szybkim ruchem odtrącił miecz, uwalniając się. Przeciwnik jednak nie dawał za wygraną. Zamachnął się bronią, lecz Lurei zdążył złapać rękojeść. Nie miałem pojęcia jak to wyglądało, bo wszystko opisywała mi Visio. Do czasu.
- Uważaj! - krzyknęła Visio, ale nie do mnie. Poczułem jak Lurei z wrogiem wpadają w moje płomienie. Takie, które zamieniają w popiół wszystko, czego dotkną.
- Nie! - W sekundę wszystkie płomienie zniknęły. Wypuściłem mgłę i pobiegłem w stronę dwóch ciał. Dopadłem do pierwszego, bardziej przypominającego węgiel. Do oczu napłynęły mi łzy. Lurei nie mógł tego przeżyć.
- Ała – usłyszałem jęk i z niedowierzaniem wyciągnąłem rękę w stronę drugiego ciała. Było... zimne. I jak najbardziej żywe.
Nie panując nad sobą, rzuciłem się na Lureia, ręce oplatając wokół jego szyi.
- Ty żyjesz!
- Nawet ja jestem zdziwiony – westchnął. - Przysiągłbym, że wpadłem w twój ogień.
- Bo wpadłeś. Tak jak on. Czułem jak płomienie cię dotykają. To nie szczęście. Ty po prostu jesteś na nie odporny.
- Ja może tak, że moje ubranie nie bardzo. - Lurei zaśmiał się cicho, a ja dopiero teraz zauważyłem, że wtulam się w jego nagie ciało. Speszony chciałem się odsunąć, ale przytrzymał mnie przy sobie.
- Jakby ci to powiedzieć – słychać było, że się uśmiecha. - Zebrało się tu sporo gapiów, którzy patrzą się na nas jak na obrazek. Zważywszy na to, że nie mam na sobie ubrań, to walałbym, żebyś się nie odsuwał. Poza tym, jakoś mi wygodnie.
Kiedy wypowiadał ostatnie zdanie, wyczułem w jego głosie dziwną nutę, która z niewiadomych powodów sprawiła, że spaliłem buraka.
- Nie możemy tak leżeć przez wieczność – odpowiedziałem i zdjąłem płaszcz, co było o tyle trudne, że Lurei trzymał rękę w na moich plecach.
W końcu udało nam się jakoś go okryć i wrócić do domu, gdzie czekało na nas małżeństwo z widłami.
- Coś czuję, że nie jesteśmy już tutaj mile widziani.
- Dziwisz się? - mruknął Lurei i obiecał małżeństwu, że wyniesiemy się jak tylko weźmiemy swoje rzeczy.
Jakąś godzinę później wyjeżdżaliśmy z miasta, gonieni przez tłum. Wyglądało to jak jakieś polowanie na czarownice. Konie szły normalnym tempem, nie poganiane przez nas, a mieszkańcy wioski szli tuż za nimi z pochodniami i widłami. Kiedy jeden z nich chciał wbić je w mojego konia, szybko wyjąłem miecz i odbiłem je, posyłając go wodą kilka metrów w bok. Zadbałem, by miał miękkie lądowanie, ale tłum chyba tego nie docenił. Pochodnie zbliżyły się do nas, a ja warknąłem wściekły, gasząc je jednym spojrzeniem.
- Przecież już wyjeżdżamy! Zastawcie nas w spokoju! - krzyknąłem, a tuż za mną wyrosła wielka ściana wody. Ludzie wpadli na nią, ale nikt jej nie przebił.
- Ty to zrobiłeś? - zapytałem Lureia, ale zaprzeczył.
- Dziwne. Nie do końca panuję nad mocą. Tę ścianę zrobiłem zupełnie przypadkiem.
- Przynajmniej wiesz co się z tobą dzieje. Ja nie mam pojęcia, dlaczego nie spłonąłem w ogniu.
- Też mnie to zastanawia – mruknąłem i odchyliłem szyję w bok, mając przeczucie, że Visio będzie chciała wylądować. Nie pomyliłem się. Orzeł delikatnie zacisnął szpony na moim ramieniu.
- Chyba wiem jak to się stało – odezwała się po chwili, a ja zdziwiony zwróciłem się w jej stronę.
- Jak to? - Lurei spojrzał na mnie, myśląc, że mówię do niego. Uświadomiłem sobie, że automatycznie otoczyłem si,ę mgłą. Tak jakby woda spełniała moje zachcianki
- Sam zobacz – odrzekła, a po chwili w mojej głowie pojawił się obraz. Poczułem znajomy ból, jednak już nie tak silny jak poprzednim razem.
Obraz, który zobaczyłem, był bardziej wyrazisty, niż ten przedstawiający mnie na koniu. Miał bardziej rażące barwy i większe pole widzenia. Wydawał się przez to trochę mało rzeczywisty. A był na nim Lurei, jak podejrzewałem. Tym, co przykuwało uwagę, było świecące się na jego czole Błogosławieństwo.
- Visio, jesteś genialna! - krzyknąłem, a Lurei omal nie spadł z konia.
- Nie strasz mnie tak.
- Błogosławieństwo!
- Błogosławieństwo?
- Twoja blizna na czole. Nie wiesz czym tak naprawdę jest?
- Mam coś mi mówiła, że ma mnie chronić czy coś, ale zbytnio jej nie słuchałem.
- Nie tylko chronić. Posłuchaj. Każdy Aliquid z wystarczającą mocą może dać komuś Błogosławieństwo. Twoja moc musi być naprawdę wielka, żeby ci się to udało. Ojciec opowiadał mi, że raz przez przypadek pobłogosławił małego chłopca. Wcześniej nie skojarzyłem faktów, ale to musiałeś być ty. Dlatego wydawało się, że cie zna. Kiedy Arael cię Błogosławił, był Aquerem i nie wiedział, że jest synem Fenixa. Jego moc musiała być uśpiona, jednak już wtedy był odporny na ogień. Część jego mocy musiała przejść na ciebie. To wyjaśnia dlaczego masz nieprzeciętną władze nad wodą, a nawet mój ogień cię nie parzył. Co prawda nie powinieneś być na niego odporny, bo nikt nie jest, ale w jakiś sposób Błogosławieństwo cię chroni. Tak jak moje daje mi nieograniczoną władzę nad ogniem.
- Więc to dzięki twojemu ojcu panuję nad wodą?
- Niekoniecznie. Aquerem mógł być twój przodek, ale on z pewnością tą moc powielił. Jako potomek najsilniejszego Aquarina, przekazał ci część jego spadku. Jednak nie widzę innej możliwość jeśli chodzi o odporność na ogień.
- Więc tak, czy tak uratował mi życie. Chyba będę musiał mu podziękować. Nie miałem pojęcia, że ta blizna mnie chroni. Zawsze tylko mi dokuczała, kiedy nagle zaczynała świecić i piec.
- Mnie piecze, kiedy usiłuje mi pomóc. Jak byłem mały i dopiero raczkowałem, ponoć wyszedłem na balkon i spadłem. Błogosławieństwo zabłysło, wyciągnęło ze mnie moc ognia i zamieniło mnie w Fenixa, dzięki czemu bezpiecznie wylądowałem na ziemi. Może twoje też tak działa. Świeci się wtedy, kiedy jesteś w niebezpieczeństwie. Wyjątkiem może być ten moment, w którym spotkałeś mojego ojca. Kiedy ja znajduję się w pobliżu dziadka i jego braci, też czuję mrowienie.
- W gruncie rzeczy masz rację, zazwyczaj świeciło się, kiedy byłem w niebezpieczeństwie.
Rozmawialiśmy jeszcze przez długą chwilę, poruszając temat naszej walki i mocy. Kiedy jednak nadeszła czarna noc, postanowiliśmy się zatrzymać. Konie nie widziały drogi, co było dosyć niebezpieczne, ponieważ wzdłuż drogi biegły rowy. Poza tym ciężko było dostrzec wrogów. Szczególnie Lureiowi, bo ja używając wody, widziałem nawet w ciemnościach.
Tym razem poszło nam szybciej niż zwykle. Pewny swojej mocy, zawiesiłem ognisko tuż nad ziemią, dzięki czemu nie traciliśmy czasu na zbieranie drewna. Lurei świetnie sobie radził z rozkładaniem namiotów, więc ja zająłem się późną kolacją. Obu nam burczało w brzuchach niemiłosiernie. Niedługo potem siedzieliśmy przy ogniu, usiłując się ogrzać. Było mi cieplej niż wcześniej, kiedy nie panowałem nad mocą ognia, ale dalej chętnie tą zimną nos spędziłbym w łóżku.
- Połóżmy się już. Jutro nie musimy wcześnie wyjeżdżać, ale lepiej nie spać na polanie w ciągu dnia. Często kręcą się tu Najeźdźcy.
- Łatwo ci mówić. Jeśli odejdę od ognia, to zamarznę – mruknąłem, a on spojrzał w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się dziwny uśmiech.
- Zawsze możesz się przytulić – powiedział, a mnie serce zaczęło bić szybciej. Poczułem jak policzki zaczynają mnie piec.
Wstałem i odpowiedziałem coś niewyraźnie. Lurei zaśmiał się cicho i ruszył za mną. Ognisko zgasło jak tylko weszliśmy do namiotu, zastąpione przez mały płomyczek w mojej dłoni.
Rozebrałem się z niewygodnych ciuchów i w lekkiej koszulce oraz cienkich spodniach, sycząc z zimna, wszedłem pod koc. Lurei zrobił podobnie i po powiedzeniu sobie "Dobranoc" umilkliśmy. Przynajmniej Lurei, bo moje zęby pomimo starań, stukały niemiłosiernie. Myślałem, że ten koc był grubszy.
Lurei, który w ciasnej przestrzeni zapewne wyczuwał moje drgania, w końcu podniósł się do siadu. Pozbawiony mgły, nie bardzo wiedziałem co robi. Już myślałem, że się na mnie kładzie, na co omal nie dostałem palpitacji serca, ale uświadomiłem sobie, że po prostu przykrył mnie kocem. Poczułem jak coś ciągnie tkaninę, którą ściskałem w rękach, więc poluźniłem uchwyt.
- Co ty robisz? - szepnąłem,nie chcąc gwałtownie przerywać cichy.
- Trzepiesz się jak barani ogon. Tak będzie cieplej – powiedział, a ja poczułem gorące ciało, które wzięło mnie w ramiona. Wstrzymałem oddech, ale posłusznie dałem się przesunąć. Niemal się nie zakrztusiłem, kiedy moje ręce natknęły się na ciepłą skórę. Wtuliłem dłonie w znajome mi już mięśnie, po raz kolejny rozkoszując się ich kształtem. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że znów macam Lureia po brzuchu, ale tym razem on nie śpi i jest tego w pełni świadomy. Dyskretnie wycofałem dłonie, starając się go nie dotykać. Co było trudne, zważywszy na to, że nie miał na sobie koszulki, a w dodatku niemal na nim leżałem. Głowę miałem ułożoną na jego piersi, a jedną nogę pomiędzy tymi, należącymi do niego.
Lurei znalazł moje dłonie, po czym ułożył z powrotem je na swojej klatce piersiowej. Bez słowa umieścił dłonie w dole moich pleców, pod koszulką. Nie wiedzieć czemu wydawało mi się, że temperatura gwałtownie wzrosła. Teraz było mi niemal gorąco. Przez moment się nie ruszałem, lecz moje dłonie same zaczęły się poruszać.
Najpierw przejechałem dłonią po jego skórze i poczułem jak jego palce naśladują mój ruch. Przyjemne ciarki przebiegły mi wzdłuż kręgosłupa. Ponowiłem swój ruch, a Lurei zrobił to samo.
Nie miałem pojęcia, czemu to rabie. Moje ręce same zaczęły jeździć po jego skórze, a ciało reagowało na jego dotyk. Rozum zszedł na drugi plan, ale nawet on nie protestował. Czyżbym robił to świadomie? Z pewnością. Ale nawet wiedząc to, nie mogłem się powstrzymać.
Westchnąłem, kiedy Lurei delikatnie podrapał mnie po plecach, a on powtórzył swój ruch, podciągając moją koszulkę wyżej. Po chwili jednak jego dłonie zjechały na moje biodra. Krzyknąłem cicho, kiedy Lurei przewrócił nas tak, że teraz on leżał na mnie, podpierając się jedną ręką.
Przed oczami mignął mi obraz mojej twarzy, oświetlonej delikatnym światłem płomyka. Cząstką świadomości zarejestrowałem lekki ból. Obraz był trochę nierzeczywisty. Zbyt naświetlony, a ja byłem pewny, że nie mogę się tak prezentować z włosami sterczącymi we wszystkie strony, zarumienionymi policzkami i uchylonymi ustami. Mimo to, wiedziałem, że Lurei tak mnie widzi. Ja zapragnąłem zobaczyć jego. Wyciągnąłem dłoń i zamknąłem oczy, kładąc ją na jego policzku. Po chwili dołączyłem drugą dłoń, trzymając jego twarz.
Lurei pochylił się, wisząc tuż nade mną. Kiwnąłem głową, mając wrażenie, że pyta mnie o zgodę. Poczułem jak chwyta palcami moją brodę i w końcu dotyka moich ust. Poczułem w brzuchu stado Fenixów, które muskały mnie od środka piórami.
Odpowiedziałem na delikatne muśnięcie tym samym, w duchu błagając by na tym nie poprzestał. Jedną z dłoni wplątałem w jego włosy na karku, a drugą wciąż obejmowałem jego policzek.
Aquer lekko westchnął i znów zetknął ze sobą nasze wargi. Tym razem trwało to nieco dłużej, a ja z westchnięciem rozchyliłem usta. Lurei od razu skorzystał z zaproszenia, wsuwając język między moje wargi. Jego smak rozlał się na moim języku,a ja zapragnąłem więcej. Pociągnąłem lekko za jego włosy, znów wyrywając mu ciche westchnienie. Przejechałem palcami po jego szyi, znów kładąc dłoń na jego piersi. Niechcący zahaczyłem o sutek, a ledwie słyszalny jęk sprawił, że chciałem słuchać ich więcej. Lurei jednak pocałował mnie mocniej, splatając nasze języki i sprawiając, że o tym zapomniałem. Pchnąłem go lekko, a on się tego nie spodziewał, dzięki czemu udało mi się znów nas odwrócić. Tym razem usiadłem u na biodrach, nawet na moment nie przerywając pocałunku. Poczułem jego dłonie, które zaczęły badać moje ciało. Odwdzięczyłem mu się tym samym, uciskając jego wszystkie wrażliwe miejsca, które zdążyłem poznać, kiedy on smacznie spał. Moja koszulka zniknęła gdzieś, pomiędzy pocałunkiem, a drugim. Jęknąłem głośno, kiedy jedna z jego dłoni wylądowała na moim pośladku. Zaskoczony swoją bezwstydnością, zatrzymałem się na chwilę, co po chwili zrobił także Lurei.
- Wszystko w porządku? – zapytał zachrypniętym głosem, od którego przeszły mnie ciarki. Brzmiał na lekko zmartwionego. Uśmiechnąłem się, drapiąc go i pochyliłem się, by sięgnąć jego ust. Zatrzymałem się tuż przed nimi i cicho wyszeptałem:
- Nigdy nie było w lepszym.
Pragnąc więcej jego dotyku i smaku jego ust, pocałowałem go, od razu wpuszczając do środka. Znajomy ucisk w podbrzuszu nasilał się z każdą chwilą, nigdy jeszcze nie dając mi tyle przyjemności. Nawet nie wiedziałem, kiedy zrobiłem się twardy, a instynkt prowadził mnie ku jednemu.
- Kochaj się ze mną. - Zadziwiony swoimi słowami rozchyliłem usta. Lurei nie odzywał się przez chwilę, po czym zaśmiał się cicho.
- Wybacz, ale wyglądasz, jakbyś nie ty to powiedział. - Aquer uniósł, się lekko, także siadając. Nasze klatki piersiowe stykały się, a jego palce nie przeniosły się na mój brzuch.
- Powiedzmy, że się tego nie spodziewałem. – Kolejny jęk wydostał się z moich ust, kiedy Lurei pocałował mój obojczyk, po chwili go liżąc. Ustami wytyczył ścieżkę ku mojemu uchu, nie omijając nawet milimetra skóry. W końcu przygryzł mój płatek, ręką masując mój kark.
- Właśnie dlatego poczekamy. Nie mamy potrzebnych rzeczy – zamruczał, a ja ledwo zarejestrowałem jego słowa.
- Ale...
- Ciii. – Zatkał mi usta swoimi, znów odprowadzając mnie do szaleństwa. Bez walki pozwoliłem mu ułożyć się na kocach. Jego dłonie masowały mój brzuch, kierując się w dół. Uniosłem lekko biodra, ocierając się o krocze Lureia. Zalała mnie gwałtowna przyjemność, która wyrwała mi z ust jeszcze głośniejszy dźwięk. Lu także jęknął, samemu przywierając do mnie mocniej.
Mój umysł powoli się wyłączał, zostawiając miejsce dla uczuć i pragnień. Niemal nie warknąłem, kiedy ręce Lureia zatrzymały się w dole brzucha i nie chciały podążać dalej. Aquer jednak starannie odciągał moją uwagę, całując moją klatkę piersiową i w zasysając się w różnych miejscach. Kiedy jego język zatopił się w moim pępku, a dłoń ścisnęła przez spodnie moje krocze, omal nie doszedłem. Myślałem, że nie może być już lepiej, jednak Lurei postanowił przekonać mnie, że się mylę. Szybkim ruchem ściągnął mi spodnie i przejechał językiem w dół, zatrzymując się tuż nad moim penisem. Nie miałem zamiaru go do niczego zmuszać, mimo, że wzbudził we mnie te nadzieję. Czułem jak mój członek niemal pulsuje, dostarczając mi okrutnej rozkoszy. Wplotłem palce we włosy Lureia, ciągnąc go do pocałunku. On jednak oni drgnął.
Chwilę później krzyk rozniósł się po namiocie. Zatopiłem się w wilgotne gorąco, prawie tracąc przytomność z przyjemności. Język Lureia drażnił główkę, jego palce masowały jądra, a ja tylko wiłem się, chcąc wypchnąć biodra. Jego ręka jednak mi to uniemożliwiała. Ponownie krzyknąłem, kiedy poczułem jak Lurei bierze mnie głęboko do ust.
- A zaraz.. - ostrzegłem, jednak on nie przestawał, dalej czyniąc cuda i doprowadzając mnie na przepaść, z której po chwili spadłem. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze, zalała mnie fala przyjemności, o jakiej nigdy nawet nie marzyłem.
Opadłem bezwładnie na koce, resztką sił przyciągając Lureia do pocałunku. Zawahał się, ale po chwili z czułością złączył nasze usta. Poczułem słony smak nasienia, ale wbrew oczekiwaniom, nie obrzydziło mnie to. Po jednym z dłuższych pocałunków Aquer chciał się odsunąć, ale zahaczył kroczem o moje kolano. Z jego ust wydobył się kolejny tej nocy jęk.
Poczułem się trochę głupio, że on doprowadził mnie do końca, w ogóle ne zważając na siebie. Chciałem mu się odwdzięczyć, choć może nie koniecznie tym samym. Nie miałem na tyle odwagi.
Zbliżyłem się do niego, gestami dając mu znać, żeby położył się na plecach. On jednak tylko podparł się rękami.
- Filen, naprawdę nie musisz – powiedział, całując mnie delikatnie.
- Ale chcę – powiedziałem tylko i rozpiąłem mu spodnie, zsuwając je lekko. Dłonią przejechałem po jego penisie, skupiając się na jego reakcjach. Zacisnąłem dłoń mocniej, przejeżdżając wzdłuż długiego trzonu i potarłem kciukiem główkę. Lurei przyciągnął mnie do siebie, wtulając swój nos w moją szyję.
W pewnym momencie nacisnąłem mocniej na małą dziurkę, a Lurei spiął się, jęcząc mi wprost do ucha.
Opadliśmy na koce, a ja stworzyłem niewielką bańkę, którą oczyściłem siebie i Lureia. On, kiedy tylko odzyskał nieco sił, przyciągnął mnie do siebie i znów czule pocałował. Tak delikatnie, jakby bał się, że mógłby mi coś zrobić. Jakby coś się za tym pocałunkiem kryło.
- Rób tak dalej, a się w tobie zakocham – mruknąłem cicho, na co on zaśmiał się i przykrył nas kocami.
- Odpocznij. Jutro czeka nas ciężka droga. Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedziałem cicho i wtuliłem się w niego bardziej.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Syn przepowiedni - Rozdział IX

Cześć! Mam dobrą wiadomość, a mianowicie - wena wróciła :)
Dziękuję za komentarze i wyświetlenia :*
Jak obiecałam dodaję dłuższy rozdział. Nie ma rekordowej długości, ale na pewno przebija ostatnie posty :*
Miłego czytania!

Lurei

Jechaliśmy już kilka dni, a ja zaczynałem rozpoznawać okolice. Przez ostatnie dwie noce spaliśmy w namiocie i powoli kończyły nam się zapasy. Na szczęście znałem te tereny dość dobrze, więc wiedziałem, że zbliżamy się do sporego miasteczka. Oznaczało to, że zostały nam dwa dni drogi. Cieszyłem się, że każde drzewo, kamień, krzak zaczynają robić się znajome.
Kiedy byłem mały, co jakiś czas znikałem na kilka dni, zapuszczając się w las, bądź po prostu idąc przed siebie. Kiedy poszedłem na pierwszą taką wyprawę, matka z siostrą szukały mnie przez cały dzień. Nie pamiętam tego, miałem jakieś pięć lat i wszystko mnie ciekawiło. Eirin opowiadała mi jak zniknąłem z samego rana i wróciłem w nocy, cały szczęśliwy. Od tamtego czasu już nie panikowały tak bardzo, kiedy nie mogły mnie znaleźć.
- O czym myślisz? - Głos Filena wybudził mnie ze wspomnień. Spojrzałem na niego. Siedział na koniu z twarzą skierowaną w moją stronę i oczami wpatrzonymi w moje. Po raz kolejny nie mogłem oderwać od nich wzroku. Zastanawiało mnie, czy mężczyzna wie, że są takie piękne. Przyszło mi do głowy, że chciałbym, aby je zobaczył. Aby w ogóle mógł spojrzeć na świat.
Kiedy ta myśl wpadła mi do głowy, poczułem się jakbym naruszył jego prywatność. Nie miałem pojęcia dlaczego, w końcu to była tylko myśl. Powróciłem do pytania jakie zadał brunet i miałem zamiar odpowiedzieć.
Filen wciągnął głośno powietrze, zwracający tym moją uwagę. Przyłożył palce do nasady nosa i szybko oddychał.
- Wszystko w porządku? - Poprosiłem konia by zwolnił i zbliżył się do Filena.
- Tak, głowa mnie rozbolała, to nic takiego. - Zbladł lekko, co nieco mnie zaniepokoiło.
- Nie wyglądasz jakby to było nic takiego. Może chcesz się zatrzymać na chwilę?
- Nie musimy. Zaraz mi przejdzie. Jestem tego prawie pewny – powiedział, po czym syknął, mocniej dociskając palce do nasady nosa.
- Filen, naprawdę możemy się zatrzymać. To nie problem.
Chłopak tylko pokręcił głową, po czym opuścił rękę. Coś mi jednak nie pasowało. Przyjrzałem mu się i dostrzegłem, że zamknął oczy, a cała jego sylwetka powoli przechyla się w moją stronę. Złapałem go, nim upadł i zatrzymałem konie. Kilka metrów dalej była niewielka polanka, więc zaniosłem tam Filena i ułożyłem na trawie. Nie mając pojęcia co mam robić, wyjąłem z juków kawałek materiału i wodę. Namoczyłem tkaninę i położyłem mężczyźnie na czole, jego głowę lokując na swoich kolanach. Pozostało mi tylko czekać aż się obudzi.

Filen

Obudził mnie ostry ból głowy. Przyłożyłem dłoń do czoła, chcąc go trochę zniwelować i ze zdziwieniem odkryłem, że ktoś położył mi na nim mokry materiał. Nic dziwnego, że ból stopniowo się zmniejszał. Woda zawsze pomagała mi się wyleczyć.
- Lurei? Jesteś tu? - zapytałem, nasłuchując odpowiedzi. Przyszła ona natychmiast, zdradzając mi, że Aquer jest bardzo blisko.
- Jestem. Jak się czujesz? Chcesz wody?
- Wody? Zawsze. Już mi lepiej. - Podniosłem się, dopiero teraz zauważając, dlaczego Lurei zdawał się być tak blisko. Poczułem jak lekko pieką mnie policzki. Najwyraźniej spałem głową na jego kolanach. O ile można to było nazwać snem.
Aquer podał mi wodę, którą z wdzięcznością przyjąłem. Wypiłem sporą część, nie martwiąc się, że może nam jej braknąć. Przecież mogłem ją wziąć znikąd.
- Często zdarza ci się tak po prostu zemdleć bez ostrzeżenia.
- Nie. Właściwie to był pierwszy raz. Nie jestem pewny co się stało – skłamałem. Może nie byłem absolutnie pewny, ale miałem dosyć poważne podejrzenia. Nie chciałem jednak, żeby ktokolwiek o nich wiedział, przynajmniej póki sam nie zrozumiem co się dzieje.
- Może to z przemęczenia. Pewnie nigdy nie byłeś w tak długiej podróży.
- Tak, to może być to. - Podziękowałem w duchu Lureiowi za wymyślenie mi wymówki.
Posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas, przy okazji zjadając obiad. Musiałem być nieprzytomny bardzo krótko, bo ptaki, które wcześniej tu były, dalej rozmawiały o tym samym. A wierzcie lub nie, nie potrafią ciągnąć jednego tematu przez piętnaście minut.
- Daleko jeszcze do twojego domu? - zapytałem, kiedy już siedzieliśmy na koniach. Zwierzęta nie chciały ruszyć, póki nie zapewniłem ich, że wszystko jest w porządku.
- Trzy dni, licząc z dzisiejszym. Jeśli się pośpieszymy, to przed zmrokiem dotrzemy do miasteczka. W tych okolicach lepiej nie nocować w namiotach. Ostatnimi czasy kręci się tu pełno Najeźdźców i Aliquid z niezbyt dobrymi zamiarami.
- Dziwne. Donieśliście o tym komuś?
- Tak. Jestem pewny, że Igne o tym wie. Mój dobry znajomy sam dostarczył mu te informacje.
- Cholera. Znowu coś przede mną ukrywają. Czy ja naprawdę wyglądam na taką kalekę? Nie ważne ile razy im mówię, cały czas nikt nie traktuje mnie poważnie. - Westchnąłem i wsłuchałem się w śpiewy ptaków.
Jak zwykle obgadywały inne stworzenia, podróżnych, mieszkańców okolicznych wsi i wszystko, co tylko się dało. Nie wiem czy wieści mogą się rozejść szybciej, niż wśród ptaków. Wystarczy jeden dzień, a wiadomość przejdzie z Ignem do Aquem, zahaczając po drodze o Terram i Aer. W razie niebezpieczeństwa, ptaki były niezawodne w przekazywaniu słów na odległość.
Zrezygnowałem ze słuchania tych małych gaduł, a moje myśli powróciły do obrazu, przez który straciłem świadomość. Tak, obrazu. Jechałem sobie spokojnie, próbując zacząć rozmowę z towarzyszem, kiedy nagle uderzyła we mnie paleta barw. Błękit nieba, biel chmur, zieleń drzew. Zawsze były dla mnie tylko wyuczonymi na pamięć wyrażeniami. Teraz jednak potrafiłem je sobie wyobrazić. W sumie to nawet nie musiałem, bo obraz, tak jak poprzedni, głęboko wyrył się w mojej pamięci.
Przedstawiał on chłopaka, który był już bardziej mężczyzną. Do pewnego momentu nie wiedziałem kim on jest. Zrozumiałem to dopiero, kiedy przypomniałem sobie jego oczy. Jedno niebieskie, a drugie brązowe, które niektórzy porównują do bursztynu.
Pierwszy raz zobaczyłem samego siebie. Nigdy nie potrafiłem zbadać swojej twarzy wodą, w końcu jeśli dotknę nią twarzy, to zamiast czuć przez ciesz, poczuję przez skórę. Może niektórym ciężko byłoby to zrozumieć. Uczucie było podobne do tego, kiedy dotykamy dłonią twarzy. Jednocześnie czujemy dotyk w palcach i na policzku. Tak samo było z wodą, a to strasznie zaburzało obraz mojej osoby, który tworzyłem w umyśle.
Najbardziej zdumiało mnie to, że obraz widziany był z perspektywy Lureia. Pamiętałem, że jechał po moje prawej stronie, nieco z przodu. W tym momencie odwrócony byłem w jego stronę i odruchowo skierowałem tam swoje oczy.
Uświadomiłem sobie także, że pierwszy obraz jaki ujrzałem także został ujrzany przez Lureia. Stał on wtedy pode mną, między moimi łapami i mógł z łatwością zobaczyć lecącą w moją stronę włócznie.
W głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli. Jakim cudem te obrazy dostały się do mojej głowy? Czy naprawdę widzę część tego, co Lurei? Cóż część to trochę aa dużo powiedziane. To były tylko dwa przebłyski, które mogła podsunąć mi wyobraźnia. Właśnie. To wszystko pewnie jest dziełem mojego umysłu. Niemożliwe bym cokolwiek zobaczył. Poza tym świat, kolory, widzenie. Nie ma mowy, żeby to wszystko było takie cudowne. Gdyby tak było, ludzie zachwycaliby się już samą barwą liści.
Może to przez zmianę otoczenia? Mój umysł broni się przed nadmiarem wrażeń i postanowił mnie oszukać. Nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Musze skupić się nad znalezieniem sposobu na wyleczenie siostry Aquera.
Visio przyleciała z patrolu i powiadomiła mnie, że zostało nam tylko kilka godzin drogi. Przekazałem tą wiadomość Lureiowi i po kilku słowach, obaj zamilkliśmy, każdy zatopiony w swoich myślach.

Siedziałem na łóżku, myślami będąc w ogrodzie przy pałacu. Miałem niesamowitą ochotę na owoc Fenix'a, który zregenerowałby w pełni moje siły. Miałem kilka w jukach, jednak sam nie dotarłbym do drzwi wejściowych. Tym razem zatrzymaliśmy się w domku, gdzie przyjęło nas starsze małżeństwo. Widocznie dorabiali sobie, przyjmując podróżnych. Nie byli jednak przygotowani na to, że w całym ich domu pojawi się mgła, tylko po ty, żebym mógł wyjść na zewnątrz.
Powoli przyzwyczajałem się do całkowitej ślepoty. W gruncie rzeczy, kiedy nie władałem jeszcze dobrze nad wodą, a mało to pamiętam, musiałem radzić sobie bez niej.
Postanowiłem sam spróbować poznać pokój, bo Lurei miał mi pomóc to zrobić po wyjściu z łazienki, a dopiero co się w niej zamknął.
Wstałem i zacząłem iść wzdłuż ściany, odkrywając powoli pomieszczenie. Nie minęła chwila, a usłyszałem jak drzwi się otwierają.
- Już wyszedłeś? Myślałem, że dłużej ci to zajmie – zaśmiałem się lekko speszony, że Lurei przyłapał mnie na łażeniu po pokoju z rękami wyciągniętymi przed siebie.Zaniepokoiłem się lekko, kiedy Aquer nie odpowiedział.
- Lurei? Czemu nic nie mówisz? To nie jest śmieszne.
- Zależy dla kogo. Czyż to nie czasem synek naszego kochanego Igne? - usłyszałem męski głos i przygotowałem się do walki. Pomoczenie pościeli było niewielką ceną w zamian za przeżycie.
- Czego chcesz?
- Chcę czegoś, co odebrał mi twój ojczulek, a dzięki małemu szantażowi, będzie musiał mi oddać. Pójdziesz teraz ze mną.
- Przykro mi, ale nie mam zamiaru puścić go z taką szują jak ty – usłyszałem głos Lureia.Chwilę wcześniej drzwi zaskrzypiały cicho, co ledwo zauważyłem. O ile się nie mylę, Aquer stał za nieznajomym mężczyzną, odgradzając go od wyjścia.
- Nic nie możecie mi zrobić – powiedział szyderczo tamten, a ja usłyszałem, jak ktoś szeleści materiałem.
- Filen, on ma dziwny czerwony kamień. - Wyzwoliłem swój ogień, chcąc potwierdzić przypuszczenia. Oczywiście, kiedy tylko spróbowałem go użyć, zalała mnie fala bólu.
- Pamiętasz jak ci mówiłem o naszej wersji topazu? To właśnie ona. Nie mogę użyć ognia.
- Przecież i tak nigdy go nie używasz.
- On chyba o tym nie wie. Myślę, że w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, co potrafię.
- Co ty na to, żeby go uświadomić? - W głosie Lureia usłyszałem nutę rozbawienia. Byłem pewny, że właśnie się uśmiecha.
- Nie mam sił i ochoty. Nie możesz ty tego zrobić?
- No nie daj się prosić. Chcę zobaczyć jego minę.
- Szkoda, że ja nie zobaczę – mruknąłem do siebie i ruszyłem w ich stronę. Już wcześniej zbadałem tę część pokoju, więc wiedziałem gdzie się wszystko znajduje.
Mężczyzna, który wparował do pokoju, nie mógł chyba uwierzyć, że tak po prostu go minąłem. Czy on myślał, że będę walczyć w malutkim pokoiku?
Przy drzwiach, Lurei złapał mnie pod ramię, doskonale zgadując, że nie mam pojęcia co jest za progiem. Wyszliśmy z pokoju, a nieznajomy zaczął coś mówić, próbując nas zatrzymać.
- Cicho bądź. Nawet jeśli masz ten durny kamień, to nic ci on nie da. Gdybyś nie zauważył nas jest dwóch.
- A czy ja powiedziałem, że przyszedłem sam?
Drzwi otworzyły się z hukiem, a Lurei lekko się spiął. Usłyszałem tupot stóp i mogłem stwierdzić, że do środka wpadło pięciu dosyć postawnych mężczyzn.
- Masz topaz? - szepnąłem do Lureia, by inni nie słyszeli.
- Na szyi. Nie martw się. Po prostu stąd wyjdźmy.
- Stwórz nam tunel z wody. Lepiej niech nie wiedzą, że władam dwoma żywiołami.
- Nie ma sprawy.

Lurei

Uśmiechnąłem się do Filena i wyszukałem wzrokiem przerwę między stojącymi mężczyznami. Nim zdążyli się domyślić, co się dzieję, szliśmy już, otoczeni ze wszystkich stron wodą. Sprawę ułatwiało to, że nie musiałem dbać o powietrze. Obaj doskonale radziliśmy sobie bez niego. Oczywiście tylko, kiedy wokół była woda.
- Dalej nie rozumiem, dlaczego kiedy kontrolujesz wodę, ja mogę przez nią widzieć – powiedział Filen lekko zniekształconym głosem. Spojrzałem na niego, a on w tym samym momencie zwróci twarz moją stronę.
- Nie mówiłeś o tym wcześniej – zmarszczyłem brwi, usiłując sobie przypomnieć.
- Wyleciało mi z głowy – zaśmiał się cicho. - W każdym razie, kiedy korzystasz z topazu, moja moc próbuje przejąć kontrolę, ale nie walczy z twoją. Nie zauważyłeś, że mogę ruszać twoją wodą?
W tym momencie uświadomiłem sobie, że rzeczywiście wyczuwałem umysł Filena. O dziwo to, że mógł panować nad wodą, w ogóle nie przeszkadzało mi w niczym. Było to zaskakujące z tego względu, iż nie powinno się udać. Zawsze kiedy przejmowałem panowanie nad czyjąś wodą, zyskiwałem nad nią pełną władzę. W tym przypadku Filen w każdej chwili mógł zmienić kierunek wody wbrew mojej woli.
- Pogadamy o tym później. Chyba ktoś nam zorganizował komitet powitalny – powiedziałem, kiedy znaleźliśmy się już na zewnątrz. Jak się okazało, czekało tu na nas o wiele więcej przeciwników. W dodatku ich uroda świadczyła o tym, że nie wszyscy pochodzą z naszych ziem. Część z pewnością była Najeźdźcami.
- Byłoby mi łatwiej, gdybym mógł ich widzieć. Nie mogę rozpostrzeć mgły. Podejrzewam, że oni też mają topazy.
Spróbowałem stworzyć mgiełkę i rzeczywiście, kiedy tylko zbliżała się do naszych przeciwników, opadała na ziemię.
- Trzymaj się blisko mnie, a jakoś sobie poradzimy.
- Już raz tak walczyłem. - Filen wyszedł z wody, a ja otoczyłem go tarczą z mgiełki. Wziął wdech i wypuścił powietrze. Wyglądało to, jakby krzyczał, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. A przynajmniej ja żadnego nie słyszałem.
Visio spadła z nieba niczym grom, nie ostrzegając nikogo. Filen był na to przygotowany i odchylił głowę, by mogła wygodnie umościć się na jego ramieniu.
- Masz całe moje zaufanie. Poprowadź mnie – powiedział cicho, głaskając ją po szyi.
- Cieszę się, że zabrałeś ją z pałacu. - przygotowałem się do zniesienia bariery wodnej.
- Nawet nie wiesz jak ja się z tego powodu cieszę. Bylibyśmy już bez niej martwi.
- Nie wiadomo, czy i z nią nie będziemy. Jest ich tutaj chyba z trzydziestu. Może nie byłoby to nic takiego, gdybyś mógł użyć ognia.
- Wiesz, że to nic by nie dało. I tak nie potrafię nad nim zapanować.
- W sumie to jeszcze nie widziałem jak nim władasz. Nie licząc tych płomyczków. Zawsze mógłbyś spalić i ich i nas. Lepsze to niż jakby mieli nas do końca życia więzić.
- Umarłbyś tylko ty. Ja nie płonę, a kamień Visio, uodpornia ją na moje zdolności.
Ptak potwierdził to cichym piskiem. Parsknąłem śmiechem, choć sytuacja nie była zbyt wesoła.
- To może będziemy siedzieć za tą osłoną z wody? Tu nam raczej nic nie zrobią.
- Nie byłbym taki pewny. Mają więcej kamieni. Przynajmniej tak mówiłeś.
- Przydałoby się dowiedzieć, kto je ma. Mam pewien pomysł. Myślisz, że prowokacja zadziała?
- Spróbować możemy. Nie ma nic do stracenia. Co dokładnie chcesz zrobić?
Wyjaśniłem Filenowi mój pomysł i, kiedy się zgodził, zniekształciłem lekko barierę, by było nas słychać.
- Nie ma się co martwić, na pewno z nimi wygramy! - powiedziałem głośno z pewnością w głosie. Kilku mężczyzn uśmiechnęło się kpiąco.
- Masz rację. Musieliby się bardzo postarać. W końcu nie mogą pokonać naszych kamieni!
- Musieliby mieć ich więcej, a na pewno tylu nie znaleźli.
Spojrzałem po tłumie, zauważając, że mężczyźni wyglądają na bardzo pewnych siebie. Przed tłum wysunął się facet, który wcześniej naszedł nas w pokoju.
- Nie bądźcie tacy pewni. Mamy wystarczająco dużo kamieni, by was schwytać.
- Czcze gadanie. Nie uwierzę, póki nie zobaczę! - powiedział Filen i o dziwo nikt nie zareagował w specjalny sposób. Czyżby nie wiedzieli, że jest niewidomy? To dobrze wróżyło. Przynajmniej nie będą go atakować, myśląc, że jest łatwiejszy do pokonania.
- Niech ci będzie. To nic nie zmieni, więc pokażcie im! - krzyknął do pozostałych, a kilku z wahaniem powyciągało kryształy.
Naliczyłem cztery topazy i dwa czerwone kamienie, łącznie z tym, który trzymał, jak przypuszczałem, ich przywódca. Visio powiedziała coś do Filena.
- To za dużo. Nie ma opcji, żebyśmy wygrali.
Spojrzałem w jego stronę. Minę miał nietęgą. Sam nie miałem zbyt dobrych przeczuć. Bądź co bądź było ich dziesięć razy więcej. W dodatku kilku z nich potrafiło korzystać z mocy żywiołów. Byli to głównie ci, którzy trzymali kamienie. Nie licząc przywódcy, w okół każdego z nich unosiły się kropelki wody lub, w przypadku jednego, malutkie płomyczki. Zauważyłem, że kiedy trzymam topaz, też mimowolnie kontroluję krople koło siebie.
- Gdyby udało ci się zdobyć ten czerwony kamień...
- To co? I tak nie mogę go trzymać. Pewnie stanie się tak jak z wodą. W dodatku nie panuję nawet nad swoim ogniem.
- A co jeśli chwyciłbyś oba? Jeśli nie możesz trzymać jednego, bo woda niszczy twój ogień, to co jak podrasujemy też ogień?
- Nie mam pojęcia. Nawet nie chcę wiedzieć. Co jeśli przypadkowo spalę całe miasto?
- Przynajmniej nas nie złapią. Widzisz inne wyjście, bo ja nie. I jak na razie to jest nasza największa szansa na przeżycie.
- Koniec gadania! Złapcie ich, tylko nie zabijcie syna Igne! Nie chce mieć całego Ignem na karku.
Mężczyźni zawahali się przez chwilę, co pozwoliło nam się przygotować. Filen wytrzasnął skądś miecz, a ja zadowoliłem się patykiem, który leżał niedaleko. Pokryłem go wodą i zbiłem ją jak najbardziej. W ten sposób mogłem ciąć nią nawet metal.
Chwilę później wpadliśmy w wir walki. Starałem się nie oddalać od Filena, by w razie ataku skorzystał z wody, ale już po kilku uderzeniach zostaliśmy rozdzieleni. Nie miałem czasu na zastanawianie się czy sobie poradzi. O ile Filena nie chcieli zabić, tak na mnie rzucali się bez powściągliwości. Jeden z mieczy boleśnie naciął mi ramię które krwawiło przy każdym ruchu.
Zdążyłem zabić czterech przeciwników, kiedy kolejny zamachnął się na mój bok. Odskoczyłem do tyłu, ale ostrze nacięło moją skórę na brzuchu. Kilka cali bliżej i miałbym teraz dwie połowy.
Przez okrzyki bojowe docierały do mnie piski i krzyki Visio, która prowadziła Filena w boju. Nie wyobrażałem sobie jak szczegółowo musi przekazywać informację, by Filen zrobił dokładnie to, co chciała. W końcu jeden błąd i mimo braku chęci mordu ze strony przeciwników, mógł zginąć.
Trzech przeciwników i jedną ranę później, znów znalazłem się koło Filena. Oparliśmy się o siebie plecami, ciężko dysząc. Mężczyźni także stanęli, czekając na odpowiedni moment by zaatakować.
- Nie daję rady. Jest ich zbyt wielu – szepnął Filen. Pot spływał mu po twarzy, a płytka rana na skroni cały czas krwawiła. Visio także nie była w najlepszym stanie. Siedziała mu na ramieniu z otwartym dziobem i ciężko oddychała. Pióra na szyi miała lekko przycięte, ale na szczęście nigdzie nie było widać jej krwi.
- Zastało tylko dwóch Aquerów i Ignis. Niestety nie mogę do niego dotrzeć, skupia się na blokowaniu twojego ognia.
- I dobrze mu wychodzi. Tym razem nie mam do dyspozycji nawet płomieni. Czyje się jak kaleka. Nawet nie wiedziałem, że tak mi ich będzie brakować. Powiedz Visio, który to, a postaram się do niego dotrzeć. - Opisałem mężczyznę z czerwonym kamieniem, powoli zaczynałem się przyzwyczajać do rozmawiania ze zwierzętami. A raczej do mówienia do nich.
- Ja się zajmę Aquerami. Ciężko się walczy jednocześnie z wrogiem i wodą – powiedziałem, znów szykując się do ataku.
- Nie musisz mówić. Cieszę się tylko, że ja i Visio potrafimy oddychać pod wodą, bo próbowali nas już utopić. Jeszcze chwila i przestanę lubić wodę.
- Chyba trochę się już niecierpliwią. Spróbuj się od razu przebić do tego Ignisa. Może zdążysz, nim zareagują. Visio, weź to – powiesiłem kamień na szyi ptaka. Na szczęście nie był duży, więc orłowi nie sprawiał problemu. Ponownie zwróciłem się do Filena: - Zabrałem Aquerowi topaz. Wiem, że nie podoba ci się ten pomysł, ale w ostateczności użyj kamieni.
- Tylko jeśli nie będę miał wyboru – odpowiedział i stanął w odpowiedniej pozycji. Skinąłem Visio głową, a ona wydała z siebie cichy pomruk. Był to znak dla Filena, z którego ja także skorzystałem.
Dopadłem do pierwszego przeciwnika, od razu kulą wody posyłając go wysoko w górę. Z drugim nie było tak łatwo, gdyż okazał się nim Aquer z topazem. Na szczęście kompletnie nie spodziewał się, że tak szybko pozbędę się jego poprzednika i zginą z mieczem w połowie drogi do mojego barku.
Zabiłem ostatniego z grupki wrogów i korzystając z chwili, spojrzałem na Filena. Przebił on właśnie przeciwnika mieczem. Przed nim stał już Ignis, który z chytrym uśmieszkiem stworzył ogromną kulę ognia i rzucił ją w Filena. Krzyknąłem, kiedy ten nie ruszył i zniknął w płomieniach.
Ostatecznie kula roztrzaskała się tam, gdzie stał, zapalając siano, które leżało przed starą szopą. W mgnieniu oka ogień rozprzestrzenił się na kolejne jego sterty.
Z ulgą zobaczyłem postać w miejscu, gdzie stał wcześniej Filen i powróciłem do walki. Nie miałem czasu by upewnić się, że to on, ale kto inny mógłby to być?
Walka trwała nadal. W pewnym momencie miecz musnął moją szyję. Usłyszałem jak coś upada, a moc wody wparowała ze mnie w mgnieniu oka. Aquer rzucił się na ziemię i porwał mój topaz, po czym poruszył mieczem. Stałem pośród ognia z patykiem w ręce i mieczem na gardle.
- To koniec – powiedział z uśmiechem ostatni Aquer i jak zauważyłem, jedyny z wrogów pozostały przy życiu.
Spojrzałem ze smutkiem na Filena. Stał tam, cały i zdrowy. Trzymając czerwony kamień przez grubą warstwę materiału. Zwrócony był w moim kierunku, dzięki czemu nawet z daleka mogłem dostrzec jego oczy. Oczy, w których teraz zapłonęła złość i determinacja.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Syn przepowiedni - Rozdział VIII

Przepraszam, że tak krótko. Wena postanowiła mnie opuścić i nie wracała przez cały tydzień. W dodatku coś mnie złapało i zamiast na plaży, siedzę w łóżku, a raczej śpię. Nie mam na nic sił, więc nie dałam rady nic więcej dopisać. Postaram się Wam to wynagrodzić w przyszłym tygodniu :*


Lurei
Wyszedłem z łazienki i zamknąwszy za sobą drzwi, poszukałem wzrokiem Filena. Na sekundę serce mi zamarło, lecz po chwili odetchnąłem z ulgą. Filen spał owinięty przykryciem ze wszystkich stron tak, że na pierwszy rzut oka nie było go widać.
Kiedy weszliśmy do pokoju, poprosił mnie, bym zaprowadził go do łóżka. Później od razu zamknąłem się w łazience. Rumieńce nie schodziły z mojej twarzy z niewiadomego dla Filena powodu. Szczęście, że ich nie widział. Otóż okazało się, że gospodarz uśmiechał się tak dziwnie nie bez powodu. Kiedy tylko weszliśmy do pokoju, w oczy rzuciło mi się jedno duże łóżko. Najbardziej zdziwiło mnie to, że bez żadnych specjalnych gestów, czy czegoś innego, wzięto nas za parę. Czy naprawdę jakoś dziwnie się zachowywaliśmy? Zdawałem sobie sprawę, że wolę mężczyzn, ale nikomu - prócz osób, z którymi coś mnie łączyło - o tym nie mówiłem i myślałem, że tego nie widać.
Nie chcąc doprowadzić do niezręcznej sytuacji, wziąłem koc i ułożyłem go na podłodze przy łóżku. Drugi zastąpił mi kołdrę, natomiast poduszkę wziąłem z łóżka. Na szczęście były dwie. Zmęczony przebytą drogą, szybko odpłynąłem, w myślach zastanawiając się nad tym, co nas jeszcze spotka podczas tej podróży.

Filen

Przyjdzie na świat trzem rodom wierny,
Błogosławieństwem mitycznych zostanie objęty.
Trzy dusze od świata otrzyma,
Dzięki nim spojrzy innymi oczyma...

Podniosłem się do siadu, dyszeć ciężko. Ogarnęła mnie panika. Tym razem kompletnie nie wiedziałem gdzie jestem. Nie słyszałem Aquera, co tylko wzmogło niepokój. Podciągnąłem kołdrę pod samą szyję i oparłem plecami o wezgłowie.
- Filen, wszystko w porządku? - usłyszałem głos Lureia. Dochodził on z dołu, co lekko mnie zdezorientowało.
- Nie. Gdzie ja jestem?
- W gospodzie. Zatrzymaliśmy się tu na noc. Jest jeszcze ciemno.
- Dlaczego twój głos dochodzi z dołu? - W odpowiedzi usłyszałem ciche westchnienie. Podłoga zaskrzypiała, a łóżko ugięło się lekko, kiedy Lurei usiadł na jego skraju.
- Spałem na podłodze. Nie zdążyłem ci tego wyjaśnić, bo szybko zasnąłeś, ale w naszym pokoju jest tylko jedno łóżko.
- Dali nam jednoosobowy pokój? Zapłaciliśmy za dwu. Jurto porozmawiam z...
- Nie o to chodzi. W gruncie rzeczy pokój jest dwuosobowy. Podobnie jak łóżko.
Na początku nie zrozumiałem, o co mu chodzi. Kiedy jednak to do mnie dotarło, poczułem jak moje policzki stają się gorące. Wyciągnąłem ręce w dwie strony i sunąłem nimi po materacu. Nie napotkałem jednak końca posłania. To łóżko rzeczywiście było zbyt duże jak na jedną osobę.
Odchrząknąłem cicho i zastanowiłem się co dalej. Przypomniał mi się ten dziwny sen. Czemu cały czas słyszę te same słowa? I dlaczego kiedy o tym myślę, po moim ciele przechodzą nieprzyjemnie ciarki?
- Lepiej się czujesz? Bo zostało nam jeszcze kilka godzin snu, a nie wiem jak ty, ale ja jestem wykończony.
- Możesz się położyć na łóżku. Ja już raczej nie zasnę – przesunąłem się w bok, robiąc mu miejsce.
- Na pewno? Naprawdę mogę spać na ziemi.
- Na pewno. Nie miałoby to sensu, skoro ja nie śpię.
- W takim razie skorzystam. Nie jestem pewny, ale chyba jakieś robactwo po mnie chodziło.
Uśmiechnąłem się, czując jak Lurei się schla, zapewne biorąc coś z podłogi. Po chwili usadowił się po mojej prawej stronie.
- Idę spać, dobranoc.
- Dobranoc – szepnąłem, a Lurei znieruchomiał. Kilka minut później jego oddech się unormował.
Moje myśli zaczęły skakać od jednego tematu, do drugiego. W końcu natrafiły na wyrazisty obraz, który utkwił mi głęboko w pamięci. Przed oczami znów stanęła mi pędząca w moją stronę włócznia. Dotarło do mnie, że gdybym jej nie zobaczył, zapewne wbiłaby mi się w szyję, co mogłoby nie skończyć się wesoło. Zastanawiało mnie jednak, skąd w mojej głowie pojawiło się coś takiego. Czy możliwe jest zobaczyć cokolwiek, jeśli nigdy się nie widziało? Raczej nie. Jednak byłem pewny, że to, co pojawiło się w mojej głowie było obrazem. Nie takim, który dostarcza mi woda. Ten był kolorowy i wszystko widziałem tylko z jednej strony.
Kolejną sprawą, od której nie mogłem się uwolnić były te dziwne słowa, nawiedzające mnie we śnie. Za każdym razem było ich coraz więcej. Wydawały mi się znajome, choć nie rozumiałem nic prócz dwóch pierwszych linijek. Miałem wrażenie, że mówią one o mnie. W końcu jedn z moich ojców pochodził z połączenia rodów Smoka i Salamandry, a drugi z Fenixa. Sprawiało to, że sam byłem członkiem trzech rodów Ignem. Kolejny wers mówił o Błogosławieństwie mitycznych, a zważywszy na to, że dziadek i jego bracia dali mi swoje błogosławieństwo, miałem prawo przypuszczać, że o to chodzi.
Dotknąłem trzech prawie niewidocznych znaków na czole. Wyczułem je pod palcami, choć inni twierdzili, że nic nie czują. Może to przez to, że dla mnie palce były oczami. Trzy znaki tworzące trójkąt. Przypomniał mi się dzień, w którym poznałem Lureia. On też posiadał Błogosławieństwo od mojego ojca, Araela. Kiedyś słyszał rozmowy na ten temat i wiedział w jakich okolicznościach je otrzymał. Właściwie, to w końcu nikt nie wyjaśnił mu czym jest jego, jak to określił, blizna.
Westchnąłem, pragnąc pozbyć się tych wszystkich pytań i uciążliwych myśli. Kiedy w końcu mi się udało, poczułem, że oczy mi się zamykają. Położyłem się z zamiarem czuwania, ale po kilku chwilach moje myśli zaczęły zwalniać.
Lurei zachrapał cicho, uświadamiając mi, że przecież leży tuż obok. Mógł sobie nie życzyć, żebym spał w tym samym łóżku. Co innego, kiedy tylko siedzę. Już samo to, że położył się na ziemi, potwierdzało moje przypuszczenia. Postanowiłem zrobić to co on, czyli położyć się w nogach łóżka. Problem był jeden. Po mojej lewej stronie była ściana, co oznaczało, że aby dotrzeć na podłogę, musiałem przejść nad Lureiem, a było to trudne zważywszy na to, że nic nie widziałem.
Sunąłem dłonią po pościeli, w końcu napotykając na koc, którym mężczyzna był okryty. Z wahaniem przesunąłem ją dalej, mając nadzieję, że Lurei nie czuje nic przez okrycie. Omal nie cofnąłem ręki, kiedy dłonią napotkałem na jego skórę. Do moich uszu dotarło ciche westchnienie. Zarumieniłem się, nadal nie cofając dłoni. Nie mogąc się powstrzymać, delikatnie zbadałem skórę pod palcami. Była delikatna i gładka, choć pod nią wyczuwałem twarde mięśnie. Nigdy nie dotykałem nikogo w innych miejscach niż dłonie, czy twarz. Zafascynowały mnie króciutkie i zapewne nie widoczne włoski na, sądząc po pępku, brzuchu Lureia. Z mieszanymi uczuciami stwierdziłem, że podoba mi się ten dotyk. Zupełnie jakbym widział jego brzuch. Choć nie było to jakieś szczególne miejsce, moje policzki miały już kolor dojrzałego pomidora.
Mimo tego, że nie chciałem żeby się obudził i mnie przyłapał, dalej jeździłem dłonią po jego brzuchu, co chwilę naciskając na mięśnie układające się w równe kwadraty. Mój brzuch był płaski i może dlatego nie mogłem oderwać ręki. Nawet nie zauważyłem, kiedy dołączyła do niej druga.
W pewnym momencie natrafiłem palcem sutek. Lurei ponownie westchnął, zginając nogę. Zamarłem z rękami na jego klatce piersiowej. Moje ręce powędrowały w dół, by znów nie naruszyć wrażliwego miejsca. Przejechałem po mięśniach i minąłem pępek, zatapiając jedną z dłoni w nieco gęstszych włoskach. Były miękkie i przyjemne w dotyku.
Dotarło do mnie co robię. Macam prawie obcego faceta po brzuchu, kiedy on śpi i w każdej chwili może się obudzić, przyłapując mnie na tym. Potrząsnąłem głową, powracając do mojego poprzedniego celu. Wymacałem brzeg łóżka i chcąc przejść, przełożyłem nogę nad Lureiem.
Omal nie dostałem zawału, kiedy ten się poruszył i złapał mnie w pasie. Nie podziewając się tego, nawet nie stawiałem oporu, kiedy przyciągnął mnie do siebie i znieruchomiał.
Leżałem na nim, podpierając się jedną ręką o łóżko, z nogami Lureia pomiędzy moimi. Kompletnie nie wiedziałem co mam robić. Poczekałem chwilę i spróbowałem się wyplątać z jego uścisku, ale on tylko mruknął coś i oplótł mnie ramionami jeszcze ciaśniej. Zmęczony bezowocnymi wysiłkami, oparłem głowę na jego klatce piersiowej. Ręka bolała mnie od utrzymywania ciężaru ciała, więc zrezygnowałem i całkowicie położyłem się na Lureiu. Dzięki Bogu ten się nie obudził, bo nie mam pojęcia jak bym mu to wyjaśnił.
Leżałem tak przez kilkadziesiąt minut, co chwilę usiłując się jakoś wydostać z uścisku, jednak nic nie pomagało. W końcu odpuściłem i zamknąłem zmęczone oczy. Bicie serca Lureia dudniło mi w uszach, co wbrew pozorom w ogóle mi nie przeszkadzało. Nawet nie zauważyłem, kiedy moje ciało się rozluźniło, a umysł odpłynął w spokojny sen.

Ciepło ogarniało całe moje ciało, a wypoczęty umysł powoli wybudzał się ze snu. Rozprostowałem nogę, która wydawała mi się strasznie ciężka i wtuliłem się w poduszkę. Coś uwierało mnie w biodro, więc przesunąłem się odrobinę. Cichy jęk nie wydał mi się niczym dziwnym, dopóki nie zrozumiałem, że w istocie nim jest. Nie otwierałem oczu, bo nie miało to sensu.
Mój umysł w końcu w pełni zaczął pracować, dzięki czemu do moich uszu dotarł nierówny oddech i dudnienie, które zapewne było biciem serca. Powstrzymałem rumieńce, kiedy uświadomiłem sobie, że śpię wtulony w Lureia.
Leżeliśmy bokiem, przodem do siebie. Jedna z moich nóg trafiła pomiędzy te Aquera, a druga była przerzucona przez jego biodro. Z rękami było podobnie, z tym, że jedna zawędrowała pod koszulkę mężczyzny, a druga wpleciona była we włoski, które w nocy tak polubiła. Ręka Lureia natomiast znajdowała się w dole moich pleców, druga natomiast, pod moją głową. Musieliśmy wyglądać jak jeden wielki supeł.
Ważniejsze było jednak to, że kolana i łokcie Lureia nie dotykały mojego biodra, a znałem jeszcze tylko jedną część ciała, która mogłaby mi się w nie wbijać w taki sposób.
Tym razem nie dałem rady powstrzymać rumieńców. Usiłowałem przekonać sam siebie, że to nie penis Lureia jest tym uwierającym mnie czymś, ale choć bardzo się starałem, nie potrafiłem wymyślić nic innego. Szczególnie, że kiedy spróbowałem się odsunąć i trąciłem to coś, Lurei znów cicho zajęczał.
Gorączkowo szukałem wyjścia z tej sytuacji, w końcu decydując się na ostateczność. Lurei musiał się obudzić, a ja nie chciałem, żeby wiedział, że jestem przytomny. Aquerzy i inni Aliquid czasami używali swoich mocy podczas snu i miałem nadzieję, że Lurei pomyśli, że ja także to robię.
Uspokoiłem oddech i poczekałem chwilę, aż moje poliki odzyskają zwykły kolor, a następnie utworzyłem nad nami kilkadziesiąt małych baniek z wodą. Pomoczyłem sobie ubranie, żeby uniknąć podejrzeń i siłą woli nakierowałem kilka baniek na Lureia, cały czas udając śpiącego.
Kilka sekund po tym, jak woda zetknęła się ze skórą Aquera, poczułęm jak ten się poruszył. Przekląłem w duchu za to, że wcześniej nie wziąłem rąk z jego brzucha i klatki piersiowej. Bądź co bądź dziwnie to musiało wyglądać. Aczkolwiek ręka Lureia tuż nad moimi pośladkami też nie była niewinna.
- Cholera – usłyszałem cichy szept i chrapnąłem sztucznie. Lurei chyba nawet nie pomyślał, że mogę nie spać. W końcu miał większe problemy, a konkretnie jeden. Delikatnie uniósł moją głowę i położył ją na poduszce. Jakoś wyplątał się z moich rąk i nóg, po czym udał się, jak mniemam, do łazienki. Pozbyłem się wody latającej nad moją głową.
Myślałem, że to już koniec moich problemów, lecz po chwili usłyszałem sapanie i stłumiony jęk. Przełknąłem ślinę, uświadamiając sobie czego skutkami są te odgłosy. Kolejny jęk, a poczułem jak moje serce zaczyna szybiej bić, choć do tej pory wystarczająco już przyśpieszyło. Krew, która wcześniej nanosiła czerwień na moje policzki, skierowała się w dolne partie mojego ciała. Nie wierzyłem w to, co się działo. Czy mnie na serio podnieciły jęki Lureia?
Odróciłem się i zatkałem uszy poduszką. Część mnie chętnie by sobie posłuchała, ale skopałem ją na granice świadomości. Co się ze mną działo?!

Po jakimś czasie Lurei wyszedł z łazienki i zaczął chodzić po pokoju. Dalej leżałem nieruchomo, udając, że śpię. Kiedy miałem już dość nic nierobienia, przeciągnąłem się i ziewnąłem. Zamruczałem cicho, chcąc być jak najbardziej wiarygodnym i chwilę później otworzyłem oczy.
- Cześć – przywitał się Lurei. Brzmiał jakby był lekko zdenerwowany.
- Cześć – odpowiedziałem i dla pozorów po chwili znów się odezwałem. - Długo nie śpisz?
- Nie bardzo – zanim to powiedział, nad czymś się zastanawiał. - Jednak się jeszcze położyłeś?
- Nawet nie wiem kiedy – skłamałem. - Ale za to spałem jak zabity. Nawet nie czułem kiedy wstałeś.
Taa, wmawiaj sobie Filen, wmawiaj. Na szczęście to chyba uspokoiło Lureia, bo zaczął rozmowę już bez tej nuty niepokoju w głosie. Kilka minut później wstałem i udałem się do łazienki, gdzie dotarłem z małą pomocą Lureia. Zauważyłem, że starał się mnie nie dotykać, co trochę mnie wkurzyło, bo omal bym nie upadł.
W łazience wziąłem gorący prysznic, co uświadomiło mi, że Lurei musi myć się w zimnej wodzie. Aż mnie ciarki przeszły na tą myśl. Postanowiłem następnym razem iść się kąpać jako pierwszy i zostawić mu ciepłą wodę.
Kiedy byłem już gotowy, wyszedłem z łazienki i czekałem, aż Lurei zbierze nasze rzeczy. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że szybciej i bezpieczniej spakuje nas dwóch.
Z pokoju wyszliśmy kiedy słońce już wyszło zza horyzontu, jak twierdził Lurei. Nie spotkaliśmy gospodarza, więc klucz zostawiliśmy w barze, a następnie udaliśmy się w stronę stajni, w której zostawiliśmy nasze konie.
Po drodze Lurei zaproponował mi kupno cieplejszych ubrań, a ja od razu się zgodziłem. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Znaleźliśmy handlarza, który posiadał całkiem sporą ilość ciepłej odzieży i kiedy opuściliśmy jego stoisko, obaj nieśliśmy po kilka par ubrań. Większość była dla mnie, gdyż wraz z przebytą drogą miało się robić coraz zimniej, a ja nie cierpiałem marznąć.
Do stajni dotarliśmy jakąś godzinę później, gdyż uzupełniliśmy jeszcze wszystkie zapasy. Przywitał nas ten sam chłopak co dzień wcześniej. Od razu przyprowadził nasze konie, którymi porządnie się nimi zajęto. Lurei stwierdził, że ich sierść błyszczy, a same zwierzęta chętnie zostałyby tu na dłużej.
- Dziękujemy za zaopiekowanie się końmi. - Wyciągnąłem z kieszeni kilka monet i wręczyłem je chłopakowi. - To dla ciebie.
- Ale to za dużo.
- Nie szkodzi. Nasze konie są świetnie przygotowane do drogi, więc ci się należy.
Chłopak podziękował i zaprosił nas ponownie. Zapewniłem go, że w drodze powrotnej także skorzystam z jego usług i wsiadłem na konia. Lurei zrobił to samo i po chwili jechaliśmy już w stronę jego domu, gdzie czekała na nas jego siostra, potrzebująca moich mocy.