poniedziałek, 29 czerwca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział III

Nareszcie wakacje! Pewnie też się cieszycie ;) Świadectwo już jest, papiery zaniesione do przyszłej szkoły, więc można pisać! Czy ktoś z Was nie mieszka może w Zabrzu? :) Jeśli tak, to może spotkamy się w ósemce :)
Życzę Wam udanych, szczęśliwych i bezpiecznych wakacji, pełnych szaleństwa i głupoty :D
Nie przedłużam ;) Miłego czytania :D
PS: Przepraszam, że tak krótko, ale wena przybyła do mnie pół godziny przed publikacją i nie dałam rady więcej napisać :(

***   

 Rozdział z perspektywy Lureia.

-To naprawdę ty, Lurei - trochę niższy ode mnie brązowowłosy mężczyzna podszedł do mnie i ku mojemu zaskoczeniu, objął delikatnie. Odpowiedziałem na uścisk i poczułem jak czoło zaczyna mnie piec. Przeklęta blizna.
- Widzę, że Błogosławieństwo się sprawuje - Arael odsunął się ode mnie i przejechał palcem po mojej bliźnie. Znów poczułem jak zapiekła. Spojrzałem na Aquera zdziwiony.
- Błogosławieństwo? - patrzyłem jak Arael wymienia spojrzenia z Igne, po czym ten skinął mu głową.
- Nie stójmy tak, wejdźmy do środka - odezwał się Elin i poprowadził nas do środka dużego pałacu.
- Zjedzmy śniadanie, później porozmawiamy, co ty na to? - zaproponował Arael, a ja z grzeczności się zgodziłem.
- Jeśli moglibyśmy porozmawiać zaraz po śniadaniu, byłbym bardzo wdzięczny. Spieszy mi się z powrotem do rodziny.
Arael kiwnął głową z uśmiechem. Przedstawił mi swoją siostrę, która właśnie nakrywała do stołu. Oprócz Rachel, poznałem także Ariel, Arię i Edwarda, który okazał się być poprzednim Igne. Najbardziej jednak zaskoczyła  mnie postać Ave, która okazała się być wiewiórką. Grzecznie się przywitałem, aby nie urazić nikogo i omal nie dostałem zawału, kiedy zwierzątko mi się odkłoniło.
Filen śmiał się ze mnie przez dłuższy czas, kiedy z zaskoczenia prawie się nie wywaliłem. Na szczęście udało mu się mnie złapać, co z kolei panie skwitowały dziwnymi uśmiechami.
Dalej nie wiedziałem co myśleć o Filenie. Z czarnymi włosami przed ramiona i normalną postawą wyglądał jak zwykły chłopak, posiadający przystojnych rodziców. Dopiero, kiedy spojrzałem na jego oczy, jego wygląd całkowicie się odmienił. Jedno oko brązowe w kolorze bursztynu, drugie niebieskie i mimo, oba skierowane były w moją stronę, nic nie widziały. 
Zauważyłem to od razu. Wydawałoby się, że Filen patrzył w moją stronę, a jednak zwykli ludzie poznając człowieka badają jego wygląd. Ignis i Aquer, bo nie miałem pojęcia jak nazywa się osoba władająca zarówno ogniem, jak i wodą, od samego początku patrzył mi w oczy. 
Moje przypuszczenia potwierdziły się, kiedy poruszałem głową, a jego oczy za mną nie podążyły. Zagadką dla mnie było jednak to, jakim cudem tak dobrze się poruszał. Przynajmniej dopóki nie dowiedziałem się, że to on stworzył tą całą mgłę. Sam mogłem wyczuwać rzeczy przez wodę, ale nie w takim stopniu i nie przez miniaturowe kropelki z których korzystał Filen.
Poczułem jak ktoś szturcha mnie w bok i zdumiony spojrzałem na Filena. 
- Obudź się i siadaj - powiedział z niezadowoloną miną i pokazał na resztę, która już siedziała i patrzyła na mnie z uśmiechem.  
- Przepraszam, zamyśliłem się - usiadłem na swoim miejscu, a Filen usiadł koło mnie z wyraźną niechęcią.
- Lureiu, powiedz mi jak się miewa Loren i Eirin? - Arael z zaciekawieniem na mnie spojrzał, a mój humor gwałtownie się zepsuł. Zmartwienia powróciły, przypominając mi dlaczego poświęciłem tyle czasu na podróż do miasta ognia.
- Matka miewa się świetnie, dzięki pieniądzom od was mogła nas wychować w dobrych warunkach. Nie przelewało nam się, ale za to nie musiała pracować, byśmy mieli za co jeść, dzięki czemu nie zostawaliśmy sami. Teraz otworzyła małą pracownie krawiecką, głównie by zarobić na leki.
- Jakie leki? - Filen zmarszczył brwi i spojrzał na mnie w dosyć dziwny sposób. Może przez to, że wydawało mi się, że jego spojrzenie przeze mnie przenika.
- Moglibyśmy porozmawiać o tym po posiłku? - nie chciałam rozmawiać o tym przy wszystkich, a mimo, że ja nie tknąłem swojego jedzenia, Arael i Elin jeszcze jedli.
- Jeśli ci na tym zależy - Arael uśmiechnął się i szybko skończył posiłek, posyłając znaczące spojrzenia Elinowi. Ten westchnął i również dokończył posiłek. Spojrzałem na Filena i ku mojemu zdziwieniu, on też już skończył.
- Lurei, jeśli nie będziesz już jadł, możemy iść porozmawiać - Elin kiwnął głową reszcie rodziny i wstał, a zaraz za nim podniósł się Arael i Filen.
Przeprosiłem siedzące przy stole panie i kiwnąłem Edwardowi, który chyba hamował się, żeby nie pójść z nami.
- Nie jesteś już Igne - szturchnęła go Aria i uśmiechnęła się złośliwie.
Edward tylko westchnął i wrócił do jedzenia. Odwróciłem się i wyszedłem z sali, prowadzony przez Filena. Para Igne poszła przodem i zniknęli już w bocznym korytarzu.
- Chodź, rodzice poszli jeszcze do sypialni. Poczekam na nich w gabinecie.
- Poczekamy? Masz zamiar zostać przy rozmowie? - zmarszczyłem brwi i spojrzałem na Filena. Ten kiwnął głową, jakby wiedział, że na niego patrzę. W tym momencie uświadomiłem sobie, że nie stworzyłem wokół siebie bariery. Dotknąłem delikatnie wody wokół siebie i od razu musiałem się wycofać, czując nieznośne gorąco.
- Nie radzę. Nie potrzebujesz bariery w tym domu. Nic ci się tu nie stanie, a jeśli będziesz próbował, mogę niechcący zrobić ci krzywdę. Nie panuję do końca nad ogniem.
- Nie możesz po prostu mnie omijać?
- Nie.
- Dlaczego? Wcześniej ci się to udawało.
- Bo nie chcę.
- To nie powód, żeby...
- Cicho! - Filen zatrzymał się i skierował głowę w stronę ściany.
- O co ci cho...
- Zamknij się na chwilę!
Zdziwiony umilkłem i usiłowałem domyśleć się co się dzieje. Nim się obejrzałem twarz Filena rozpogodziła się, a on sam ruszył biegiem w stronę drzwi, które jak się okazało prowadziły do ogrodu, w którym wcześniej byliśmy.
- Co mu jest? - zapytałem sam siebie i pobiegłem za nim na zewnątrz.  Brunet stał na środku ogrodu i z uśmiechem skierował twarz ku niebu. Podszedłem do niego i lekko szturchnąłem. - Dobrze się czujesz?
- Oczywiście - warknął w moją stronę, jakby mnie uciszając.
Już miałem iść po kogoś, żeby mi wytłumaczył co się z nim dzieje, ale w tym momencie usłyszałem przeciągły pisk. Dalej nic nie widziałem, ale Filen ewidentnie się ożywił. Nabrał powietrza i wydał z siebie podobny do wcześniejszego dźwięk. Skrzywiłem się, czując przeszywający moją głowę ból.
- Ała, co to było do cholery?! - odkryłem uszy i spojrzałem na Filena, który tylko mnie zignorował. Na niebie pojawił się czerwony punkcik. Skupiłem na nim wzrok, zauważając, że szybko zbliża się w naszą stronę. 
Cofnąłem się o krok. Postać zaczęła przybierać kształt, który wcale mnie nie rozweselił. Ogromny, czerwony ptak, ze szponami, które z łatwością mogłyby posiekać niedźwiedzia na kawałki i potężnym dziobem, pikował właśnie w dół, prosto na nas.
- Spokojnie, nic nam nie zrobi. Możesz mnie puścić - przez moment nie rozumiałem o co mu chodzi. Dopiero po chwili zauważyłem, że ściskam Filena za ramię. Cofnąłem rękę, pozostając jednak za brunetem. Jakoś nie marzyło mi się pogłaskanie tego ptaszyska.
Tuż przed uderzeniem w nas, stwór skręcił i wylądował kilka metrów dalej, składając skrzydła. Uderzyło we mnie gorące powietrze, a ziemia zatrzęsła się lekko pod olbrzymim ciężarem.
 - Filen, kochanie! - usłyszałem kobiecy głos i już myślałem, że ten ptak potrafi gadać, kiedy z jego grzbietu zeskoczyła starsza kobieta. Wyglądała na mniej więcej pięćdziesiąt lat, podobnie jak Aria i Edward.
Stałem wyglądając co najmniej dziwnie, z otwartymi ustami i ogłupiałym spojrzeniem, ale ludzie zlitujcie się! Najpierw nowo poznany chłopak okazuje się być synem Igne i zamienia się w smoka, porywając mnie, a później pojawia się kobieta latająca na wielkim ptaku, który w dodatku właśnie zaczął płonąć!
 - Czy ja aby nie wariuje? - mruknąłem do siebie, kiedy na moich oczach ptak rozłożył skrzydła i zaczął świecić, szybko się kurcząc. Po chwili na jego miejscu stanął wysoki mężczyzna o brązowych włosach i krwisto czerwonych oczach.
- Cieszę się, że już wróciliście. Jak przebiegła wizyta?
- Nie tak źle. Wydaje mi się, że nikt nas nie zauważył. Aquarin na razie jest zajęty utrzymywaniem władzy. Jego syn zniknął i nikt nie zna jego położenia. Krążą plotki, że ten stary szaleniec pozbył się Paula, żeby ten nie zrzucił go z tronu - kobieta przeczesała blond włosy i uśmiechnęła się promiennie, zerkając w moją stronę.
- Alice, nie męcz naszego wnuka takimi sprawami - mężczyzna-ptak podszedł do kobiety i objął ją delikatnie. Wyglądał jakby był o jakieś piętnaście lat od niej młodszy.
- Dziadku, sam zapytałem. Poza tym, gdybym nie wyciągał informacji od babci, to nic byście mi nie powiedzieli.
- Nie musisz wiedzieć o takich sprawach.
- Dewosie on jest już prawie dorosły. Powinien wiedzieć o takich rzeczach, jeśli ma w przyszłości zostać Igne. Przestań się z nim cackać i zacznij go traktować jak innych.
- Dziękuję, babciu - Filen uśmiechnął się do kobiety.
- Nie ma sprawy, kochanie. Mógłbyś teraz nas przedstawić temu młodzieńcowi? -  uśmiechnąłem esię na to delikatne upomnienie.
- Tak, jasne - Filen nieco się zarumienił. - To jest Lurei, Lureiu to są moi dziadkowie.
- Miło mi państwa poznać - Ukłoniłem się lekko, nie bardzo wiedząc jak się zachować. Czy ognistym ptakom należą się jakieś specjalne powitania?
- Nam również. Mam na imię Dewos i tak się do mnie zwracaj, jeśli możesz.
- Musimy już iść, rodzice pewnie już czekają w gabinecie.
- Powiedz Araelowi, że przyjdziemy później - Alice posłała nam uśmiech  i razem z mężem ruszyli ścieżką w stronę głównego wejście do Pałacu.
- Filen powiedz mi co się tu do cholery dzieje, albo zacznę myśleć, że rano zjadłem jakąś truciznę.
- Po prostu chodź. Rodzice ci wszystko wytłumaczą.
Mimo moich usilnych starań, Filen nie powiedział nic więcej. Dopiero kiedy stanęliśmy przed dębowymi drzwiami, pełnymi dziwnych znaków, zmarszczył brwi i zwrócił się w moją stronę.
- Mam nadzieję, że masz ważny powód, żeby tu przybywać, bo za to, że wyszedłem poza teren pałacu, pewnie przez pół roku strażnicy będą za mną łazić.
- Dla mnie nie ma ważniejszego powodu bym mógł tu być.
Filen kiwnął głową i pchnął drzwi, prowadząc mnie do dużego pomieszczenia z szafkami pełnymi książek i dokumentów. Na samym środku pokoju stało wielkie biurko, zawalone mapami i toną innych papierów. Przy meblu, na krześle siedział Elin, a zaraz za nim, tyłem stał Arael, wyglądający przez znajdujące się tam okno.
- Filen, Lurei, myślałem, że będziecie tu przed nami.
- Byliśmy przywitać dziadka i babcię. Wrócili właśnie z Aquem.
- Mówili coś o sytuacji?
- Tylko, że syn Aquarina zniknął i to jego podejrzewają. Kazali przekazać, że przyjdą później.
- W takim razie siadajcie, nie będziemy rozmawiać na stojąco - Arael uśmiechnął się i zajął miejsce na krześle obok swojego męża. Filen usiadł na jednym z foteli, więc zrobiłem to samo.
- Jeśli nie masz nic przeciwko, powiedz nam najpierw co cię tu sprowadza. Później odpowiemy na twoje pytania - kiwnąłem głową i zacisnąłem pięść na monecie, którą wcześniej mi oddano.
- Tak więc, jak już wcześniej mówiłem z mamą wszystko w jak najlepszym porządku. Jednak nie wszystko jest dobrze. Od jakiegoś roku, większość naszych oszczędności wydajemy na leki dla Eirin. Zaczęła chorować dwa lata temu. Kaszel, gorączka i ogromny ból, którego nie zmniejszają już leki. Miesiąc temu choroba zaczęła się nasilać. Eirin przestała wstawać z łóżka, schudła, a gorączka praktycznie już nie spada. Medyk z miasta nie potrafi jej pomóc, a pieniądze na leki już się kończą.
Mama opowiadała mi o tym, jak uleczyliście Eirin, więc pomyślałem, że i teraz moglibyście jej pomóc. Mimo, że zarówno mam, jaki i Eirin mi to zabroniły, przyjechałem prosić o pomoc.
Opuściłem głowę, czując nieznośne pieczenie pod powiekami. Nie chciałem się rozpłakać przed parą Igne. Jednak myśl, że nie ujrzę więcej Eirin, nie dawał mi spokoju, przywołując najgorsze uczucia.
- Mogłeś powiedzieć od razu. Każda chwila jest teraz ważna - spojrzałem na Elina, który wziął jedną z kartek i coś na niej napisał. - Wyślemy naszego najlepszego medyka.
- Elinie zapominasz o czymś. Kiedy leczyłem Eirin, używałem wody, co oznacza, że w rodzinie ma Aquerów. Nie możesz wysłać Ignisa - Elin zamyślił się nad słowami męża.
- Nie mamy innych medyków. Jesteśmy przecież miastem ognia!
- Więc muszę pojechać ja - Arael spojrzał hardo na męża.
- Nie możesz! Delegacje z Aquem, Terram i Aer są już w drodze. Jesteś teraz przewodniczącym Rady, musisz być na miejscu.
- Życie Eirin jest ważniejsze.
- Też tak uważam, ale stosunki między Ignem a innymi miastami dalej są napięte. W dodatku sytuacja w Aquem nie jest dla nas korzystna. Jeśli zacznie się wojna z miastem wody, Najeźdźcy na pewno to wykorzystają.
- Więc ja pojadę - zaskoczeni zwróciliśmy głowy w stronę Filena, który spokojnie siedział na swoim miejscu.
- O czym ty mówisz? - Elin zmarszczył brwi.
- Nie bywacie często na moich treningach, więc możecie nie wiedzieć, ale niedawno zakończyłem trening z Alenem. Wuj Diulow też mi pomagał. Panuje nad wodą równie dobrze, co ty nad ogniem, tato - tu zwrócił się do Elina., po czyn skierował twarz ku Araelowi. - Pamiętasz nasze lekcje z medycyny? Potrafię już zatamować krwawienie z tętnicy i jestem w stanie odtworzyć zniszczone tkanki. Może nie leczyłem ludzi, ale zwierzęta co chwile przychodzą do mnie z ranami.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie poza miastem? - Ara zmartwieniem spojrzał na syna, a ten zmarszczył brwi.
- Moglibyście przestać traktować mnie jak dziecko? Za dwa miesiące odbędzie się Uroczystość Wyboru. Nie możecie mnie wiecznie pilnować! To, że nie widzę, nie znaczy, że nie potrafię o siebie zadbać! Nie pozwalacie mi wychodzić poza mury pałacu i gdybym sam tego nie robił, nie wiedziałbym nawet jak wydostać się z miasta. Prawda jest taka, że dzięki wodzie widzę więcej niż wy wszyscy. Litujecie się nade mną, jakbym co najmniej nie miał rąk! Ile razy mam wam powiedzieć, że nie ubolewam nad tym tak jak wy? Nie widzę, ale wiem gdzie co jest i czy ktoś się do mnie zbliża, więc pozwólcie mi żyć!
Zdumiony wpatrywałem się w Filena. Nie spodziewałem się po nim takiego wybuchu, choć po części go rozumiałem. Mimo, że miałem już osiemnaście lat, mama wciąż nie chciała mnie samego puścić do Ignem. Mimo to, złość Filena mnie zaskoczyła. Tym bardziej, że wyraźnie dotknęła ona Araela. Smutek w jego spojrzeniu zniknął po chwili zastąpiony zrezygnowaniem.
- Dobrze więc. Filenie, będziesz towarzyszył Lureiowi i jako medyk udasz się z nim, by uleczyć Eirin. Wyruszycie jutro o świcie.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział II

- O jakim Araelu mówisz? - zmrużyłem oczy, omijając deskę leżącą mi na drodze i ruszyłem w stronę głównej ulicy. Lurei dogonił mnie i szedł tuż obok. Przed wyjściem z uliczki naciągnąłem na głowę kaptur.
- Nie wiem o nim zbyt dużo. Pochodzi z Aquem, osiemnaście lat temu podróżował z synem Igne, Elinem.
- Po co chcesz się z nim spotkać? - woda podpowiedziała mi, że mężczyzna mi się przygląda.
- A coś ty taki zainteresowany?
- Zastanawiałem się tylko czy ten Arael miał niebieskie oczy i długie, brązowe włosy.
- Znasz go? - Lurei przystanął, ale ja nie miałem zamiaru na niego czekać, toteż szybko mnie dogonił.
- Nie - skłamałem i przyspieszyłem kroku, dzięki mgle sprawnie omijając tłum ludzi.
- Kłamiesz. Zaprowadź mnie do niego - woda wokół mężczyzny znów stała się dla mnie nieprzenikniona, więc byłem lekko zaskoczony, kiedy ten złapał mnie za ramię.
- Puszczaj - wycedziłem przez zęby. Mgła wokół zgęstniała, co chyba nie uszło uwadze Aquera, bo od razu cofnął rękę.
- Jakim cudem kontrolujesz taką ilość mgły?
- Nie twój interes. Zostaw mnie - biegiem skręciłem w boczną ulice i wbiegłem między krzewy. Nie miałem daleko do muru, ale Lurei najwyraźniej postanowił pobiec za mną. W biegu zmieniłem postać i wskoczyłem pod ziemię, tracąc kontrolę nad wodą. Mgła opadła w ciągu kilku sekund, ale mi to nie przeszkadzało.
Salamandra miała pewną umiejętność. Nie potrzebowała oczu, by widzieć i dlatego była moją ulubioną postacią. Każde drgnienie ziemi docierało do mnie, dzięki czemu wiedziałem co znajduje się wokół mnie. Czułem jak Lurei zatrzymuje się bezpośrednio nade mną, zapewne rozglądając się wokół.
 W końcu wyglądało na to, że odpuścił. Usiadł na trawie, tam, gdzie stał i przestał się ruszać. Miałem szansę po prostu odejść, albo raczej przekopać się i pójść do domu, ale i tak nie miałbym co tam robić. Ciekawiło mnie też czego Lurei chciał od taty.
Pozostałem więc na miejscu, oczyma wyobraźni obserwując mężczyznę. Ten siedział przez chwilę bez ruchu, co zawało mi się trochę dziwne. Przynajmniej dopóki nie wyczułem delikatnego drgania dochodzącego ze wszystkich stron. Znałem to uczucie, lecz tym razem nieco mnie zaskoczyło. Zawsze, kiedy miało padać, wiedziałem o tym wcześniej, nawet kiedy byłem w formie salamandry.
Zakopałem się nieco głębiej, nie powodując tym żadnego drgania ziemi. Sam nie wiedziałem jakim cudem rozbiłem to bezszelestnie. A Diulow? Był dwa razy większy, a nie wiedziałeś że jest pod tobą, dopóki on tego nie chciał.
Czułem jak Lurei wstaje i zaczyna chodzić po małej polance. W końcu po kilku okrążeniach wrócił na poprzednie miejsce i znów przysiadł. Deszcz przestał padać tak gwałtownie jak zaczął.
Mężczyzna położył się na ziemi i leżał przez kilkanaście minut. Zaczynało mi się nudzić, więc przekopałem się tuż pod niego i nasłuchiwałem. Przez cienką warstwę ziemi usłyszałem spokojny oddech i ciche warczenie. Nie, nie warczenie, chrapanie! Lurei najwyraźniej musiał zasnąć.
Lekko rozbawiony, poczekałem jeszcze chwilę i miałem zamiar odjeść, gdy moją uwagę przyciągnęły równomierne kroki. Trzy osoby zbliżały się w kierunku polany, na której spał nieświadomy niczego mężczyzna.
Odbiłem kawałek w prawo i wyszedłem z ziemi, od razu zmieniając postać. Tradycyjnie  peleryna zniknęła, a zamiast niej pojawiła się szata z wyszywanym smokiem, feniksem i salamandrą. Od innych wiedziałem, że szata była biała z fioletowymi postaciami. Na szczęście miała kaptur, więc dalej mogłem mieć zasłoniętą twarz.
Schowałem się za krzewami i wzniosłem lekką mgłę, omijając nią Lureia, bo pewnie by to wyczuł. Siedziałem tak kilka minut, aż w końcu trzej mężczyźni weszli w zasięg mojego "wzroku".
Skupiłem się i zapaliłem za nimi mały płomyk, od razu otaczając go nieprzejrzystą mgłą. Gdyby któryś z nich się odwrócił, zapewne ujrzałby tylko lekkie jej zagęszczenie. Co prawda mogłoby go zastanawiać to, że podąża ono w ślad za nimi, ale liczyłem, że nie oczekują szpiegów.
Zamknąłem oczy i wytworzyłem drugi płomień tuż obok siebie.
- Słyszałem, że to w tej okolicy - głos dochodzący z płomienia należał do starszego mężczyzny.
- To dziwne, że musimy trzymać warty przy całym murze.
- Nie narzekaj. Przecież nigdy się tu na nikogo nie natknęliśmy. Lepiej żeby wysyłali nas tutaj, niż do miasta. Przynajmniej nie musimy chodzić jak na szpilkach - odetchnąłem głęboko. Przynajmniej wiedziałem już,  że ta trójka należy do straży. Nie mogłem tego "zobaczyć", gdyż mieli na sobie płaszcze przeciwdeszczowe.
- Zastanawia mnie, dlaczego mamy tu patrolować? Igne chyba się czegoś spodziewa.
- Cisza - jedno słowo starszego mężczyzny, a dwaj, widocznie mniej doświadczeni żołnierze, umilkli.
-Cholera - warknąłem cicho, kiedy Lurei odwrócił się we śnie, głośno przy tym szeleszcząc ubraniami. Trzech strażników również musiało to usłyszeć, bo umilkli i cicho się rozdzielili. Jeden z nich znalazł się kilka kroków ode mnie.
Zgasiłem płomyk, by nikt go nie zauważył i zagęściłem mgłę tak, by strażnicy nie widzieli niczego poza własnym nosem.
Znajdowaliśmy się tuż przy murze, co nie wróżyło dobrze dla Lureia. Przejezdni nie mieli prawa wychodzić z dzielnic handlowych, chyba, że zmierzali do pałacu, by spotkać się z Igne.
Naruszyłem mgłą miejsce, w którym jak wiedziałem znajdował się mężczyzna. Nie wyczuwając reakcji, jak najszybciej otoczyłem go mgłą, znów mając możliwość wyczucia jego wyglądu. Tak jak się spodziewałem Lurei się obudził i zaczął walczyć. Zamknął oczy i odwrócił się w moją stronę z uśmiechem.
- Mam cię - powiedział, niszcząc moje starania by pozostał nie zauważony. Strażnicy biegiem ruszyli w jego kierunku, szykując ogień do walki.
Jedna z ognistych kul poleciała w stronę niczego nieświadomego Lureia i byłaby go uderzyła, gdyby nie to, że utworzyłem ogromną rękę z wody i złapałem nią mężczyznę, błyskawicznie przeciągając go do siebie. Nie musiałem się martwić, że się utopi, bo jak każdy Aquer potrafił oddychać pod wodą.
Kiedy bańka z Lu, jak nieświadomie zacząłem o nim myśleć, znalazła się tuż obok mnie, gestem nakazałem Aquerowi milczeć i wypuściłem go z wody.Czułem jak chwilę mi się przygląda, by potem wbić wzrok w miejsce, gdzie wcześniej leżał. Przerzedziłem mgłę, ukazując mu trzech strażników, rozglądających się z czujnością.
- Jak cię złapią, to masz przechlapane - szepnąłem i cicho zacząłem się wycofywać. Lurei podążył za mną. Ku mojemu niezadowoleniu wzniósł też swoją osłonę.
- A ty nie? - zapytał tym samym tonem.
- Ja jeszcze bardziej - skrzywiłem się na myśl co powiedzą ojcowie, jeśli ktoś mnie przyłapie.
- Niby dlaczego? - prawie upadłem potykając się o nogę Lureia, który chciał się ze mną zrównać. - Nie widzisz mnie? - zapytał ze zdumieniem.
- Nie. Przecież sam zauważyłeś, że jestem ślepy.
- Więc jak ty... ?
Zatkałem mu usta ręką, kierując się dźwiękiem. Lurei był wyższy ode mnie prawie o głowę. Stanąłem na palcach i szepnąłem gdzieś w kierunku jego ucha.
- Po prawej. Trzy metry od nas stoi dwóch strażników. Używają ognia, by słyszeć wszystko dookoła, więc nic nie mów.
Dłonią poczułem jak kiwnął głową. Zagęściłem mgłę, by nikt nas nie zobaczył i ruszyłem do przodu.
Byliśmy już niedaleko muru, ledwie w zasięgu strażników, gdy usłyszałem głośny dźwięk. Westchnąłem, kiedy strażnicy zaczęli się zbliżać. Udało się im nas otoczyć.
- Miałeś uważać - warknąłem, nie siląc się już na szept. I tak nie udałoby nam się umknąć, gdyż strażnicy otoczyli nas swoim ogniem.
- Przepraszam, przez tą mgłę nie zauważyłem gałęzi.
- Twoje przeprosiny nic mi nie dadzą. Mam przechlapane i to przez ciebie - wysyczałem i odsunąłem ogień strażników zarówno od siebie, jak i od Lureia. Strażnicy zaczęli coś do siebie mówić, próbując jednocześnie zbliżyć do nas pierścień z ognia. Na nic im to było. Mój ogień był połączeniem mocy Smoka, Salamandry i Fenixa, a co za tym idzie, nawet nie odczuwałem ich prób przejęcia władzy nad ogniem.
- Trzeba było pozwolić mi widzieć cokolwiek - miałem ochotę komuś walnąć i o dziwo nie żadnemu ze strażników.
- Do cholery, przecież to ja tu jestem niewidomy! Trzeba było powiedzieć. Nie czytam ci w myślach.
Wkurzało mnie to, że kompletnie nie wiedziałem co robi Lurei. Cały czas utrzymywał barierę, więc nawet go nie wyczuwałem.
- Jakoś nie wyglądasz mi na niewidomego idąc po lesie i omijając nawet najmniejszą gałązkę! - w głosie Lureia wyczuć można było irytację, co omal nie doprowadziło mnie od gorączki. Miałem ochotę zamienić się w smoka i odgryźć mu głowę. Powstrzymywały mnie tylko wyrzuty sumienia, jakie później na pewno by mnie nawiedziły.
- Wal się! Nic nie widzisz? Proszę bardzo - mgła zniknęła w przeciągu sekundy, ukazując nam pięciu strażników stojących w odległości kilku metrów od nas. Zaskoczeni nagłą zmianą widoczności, przyszykowali bronie do ataku. Otaczający nas pierścień ognia dalej wisiał w powietrzu. Dopiero teraz Aquer go zauważył.
- Co do..?
- Poddajcie się, a może Igne was oszczędzi! - krzyknął jeden ze strażników, ale całkowicie go zignorowałem.
- Jak widzisz właśnie nas pojmali, więc racz się zamknąć i pozwól mi mówić.
- Czemu niby ty masz mówić, ja załatwię to lepiej.
- Śmiem w to wątpić. Nawet cicho chodzić nie umiesz!
- Znalazł się! Po co w ogóle mi pomogłeś, co?!
- Właśnie się nad tym zastanawiam!
- Na ziemię! Oszczędzimy was jeśli się poddacie!
- W takim razie, panie zarozumiały, wyciągnij nas stąd! - Lurei brzmiał na nieźle wkurzonego, ale nie tak jak ja. Ogień we mnie zaczął buzować, podobnie jak woda. Skutkiem tego było nagłe buchnięcie otaczającego nas ognia.
- Nie ruszajcie się! - krzyknął znów ten sam strażnik, a ja odwróciłem się w jego stronę.
- Zamknij się do cholery! Słyszeliśmy za pierwszym razem! - odwróciłem się z powrotem do Aquera i jedną myślą sforsowałem jego barierę, znów wyczuwając każdy jego ruch. -  A żebyś wiedział, że nas stąd wyciągnę i nie będzie to ani trochę twoja zasługa.
Delikatna mgła była moimi oczami, więc swobodnie mogłem ominąć leżący na ziemi konar i skierować się do mówiącego wcześniej strażnika.
- Kto tu dowodzi?
- Ja. Jeśli dotkniesz ognia, spłoniesz - ostrzegł jeden z Ignisów, widząc jak zbliżam się do ognistego okręgu.
- Zapewniam, że nie spłonę - śmiało przekroczyłem ogień, nie napotykając żadnego oporu. Strażnicy stali jak wryci, by w końcu opamiętać się i unieść bronie w moim kierunku. - Spokojnie, nie zamierzam walczyć.
Sięgnąłem do kaptura i jednym ruchem odrzuciłem go na plecy. O ile zwykli mieszkańcy nie znali mojego wyglądu, tak straż musiała wiedzieć jak wyglądają wszyscy z rodziny Igne, by mogli otwierać nam bramy bez zbędnego opóźnienia.
Westchnąłem, kiedy pięciu mężczyzn schowało broń i uklękło u moich stóp. Lu przyglądał się temu z szeroko otwartymi oczami.
- Wstańcie - powiedziałem, czując jak złość ze mnie wyparowuje. Strażnicy wstali i ustawili się przede mną w rzędzie.
- Szanowny, przepraszamy, nie mieliśmy pojęcia, że jesteś za murem.
- Nie szkodzi. Dobrze wypełniliście swój obowiązek. A teraz możecie odejść.
- Tak jest! - krzyknęli i odwrócili się, by zniknąć za drzewami.
Odwróciłem się do Lureia i jednym mrugnięciem pozbyłem się ognia. Jego twarz wyrażała absolutne niedowierzanie. Uśmiechnąłem się kpiąco i ruszyłem w stronę muru, a co za tym idzie Lureia.
- Widzisz? Jakoś sobie poradziłem - powiedziałem słodko, mijając go.
- Czekaj! - dobre kilkanaście sekund później mężczyzna dogonił mnie i stanął tak, że nie mogłem iść dalej.
- Czego jeszcze chcesz?
- Jesteś Szanownym, synem Igne, którym jest Elin.
- Brawo, a teraz się odsuń.
- Zaprowadź mnie do swojego ojca.
- Niby czemu miałbym to zrobić? - zmrużyłem oczy patrząc na niego z irytacją.
- Bo muszę znaleźć Araela, a to Elin z nim podróżował. Na pewno wie, gdzie go znajdę.
- Nawet ja to wiem - warknąłem i ponownie go ominąłem. Zatrzymałem się kilka metrów dalej, na polance, z którą sąsiadował mur. Wystarczyło tylko przedostać się na drugą stronę.
- Więc mnie do niego zaprowadź! Jeśli nie, to chcę się widzieć z twoim ojcem! - Lurei ponownie mnie dogonił.
- Nie mogę do niego zabierać każdego, kto chce się z nim zobaczyć!
- Ale mnie możesz.
- Niby czym różnisz się od innych? - zmarszczyłem gniewnie brwi, obserwując Lureia.
- Ja mam to - wyciągnął coś z kieszeni i rzucił w moją stronę. Przedmiot zatrzymał się jednak tuż przed moją twarzą, w bańce wody.
Zbadałem znajomy kształt, ze zdumieniem rozpoznając starą monetę Igne. Pochodziła jeszcze z okresu panowania dziadka Edwarda. Widniały na niej Smok i Salamandra, symbole klanów dziadka i babci. Teraz  monety Igne przedstawiały z jednej strony te dwa stworzenia, a z drugiej Fenixa, symbol mojego drugiego ojca.
- Skąd to masz? - wziąłem monetę do ręki i zbadałem ją palcami.
- Od twojego ojca. Moja matka ją dostała, ale nie mogła przyjechać.
- Dobrze. Zabiorę cię do taty. Ale nie odpowiadam za warunki transportu - uśmiechnąłem się, czując satysfakcję, że chociaż tym mogę się odegrać.
- Nie rozumiem - Lurei spojrzał na mnie zdziwiony, ale ja już zamknąłem oczy. Poczułem jak moje ciało deformuje się i powiększa. Woda wokół mnie zafalowała, ale zdołałem utrzymać kontrolę. Lurei cofnął się o krok, kiedy nabrałem powietrza i ryknąłem na cały głos, dając znać ojcu, że przybędę z gościem. I tak od strażników dowiedziałby się, że byłem za murami.
- O cholera - szepnął Lurei, kiedy spojrzałem w jego stronę. Śmiejąc się w myślach, odbiłem się i złapałem mężczyznę w szpon, od razu wzbijając się w powietrze.
Widząc jego panikę, kiedy leciał głową w dół, zlitowałem się i podrzuciłem go, by chwilę później złapać go na smoczy grzbiet, upadek amortyzując gwałtownym opadnięciem w dół. Często latałem z Rachel, moją ciocią i siostrą Araela, więc lot miałem opanowany do perfekcji.
Chwilę później znaleźliśmy się nad pałacem, gdzie na ogródku czekał na nas komitet powitalny w postaci dwóch niezadowolonych ojców i pozostałej części rodzinki.
Spojrzałem przez ramię na Lureia, który już najwyraźniej oswoił się z lotem na smoku i kiwnąłem mu głową, że lądujemy.
- Jak?! - krzyknął, żeby zagłuszyć wiatr.
Posłałem mu smoczy uśmiech, na co lekko zblał. Nie czekając dłużej, obróciłem się gwałtownie wokół własnej osi, sprawiając, że siła odśrodkowa wyrzuciła Aquera z mojego grzbietu do góry. Obróciłem się plecami do dołu i pochwyciłem Lureia w łapę.
Opadliśmy tuż nad ogród, gdzie przeleciałem tuż nad ziemią i wypuściłem mężczyznę, samemu zmieniając się i lądując już na dwóch nogach. Lurei także się nie przewrócił, chociaż dyszał ciężko i był lekko szarawy na twarzy.
- Co to było?! - spojrzał w moim kierunku, a ja walnąłem go łokciem w brzuch.
- Cicho bądź - szepnąłem - Stoisz przed Igne, a darcie się na jego syna nie stawia cię w najlepszym świetle.
Aquer chyba dopiero dostrzegł zebranych w ogrodzie, bo wyprostował się i chrząknął przepraszająco.
- Filenie? Masz nam coś do powiedzenia? - odwróciłem się w stronę ojca, który stał teraz z założonymi rękami.
- Zanim cokolwiek powiesz, tato, poznajcie proszę Aquera, który bardzo chciał się z tobą spotkać. Miał ze sobą to - pokazałem im monetę, a Arael porozumiewawczo spojrzał na Elina. Jego mina wyrażała niedowierzanie. Podszedł do Lureia i przyjrzał mu się badawczo, na co ten mu pozwolił.
- To naprawdę ty, Lurei - szepnął jakby do siebie, a zarówno mnie, jak i samego Aquera zatkało.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Syn przepowiedni - Rozdział I

 Gotowi? Zaczynamy :D Druga część "Ognia i Wody" będzie nosić tytuł "Syn przepowiedni". Nie do końca jeszcze wiem jak się wszystko potoczy, ale zarys historii już gotowy. Wróciłam do narracji pierwszoosobowej :) Może się jednak zdarzyć, że napisze coś w trzeciej osobie, więc nie hamujcie się i piszcie w komentarzach ;) Ciężko się było przestawić.
Nie mam pojęcia ile "Syn przepowiedni" będzie mieć rozdziałów. Na razie mam napisane tylko dwa, ale oceny już prawie wystawione, więc niedługo pewnie będę mieć sporo czasu na pisanie :)
Nie przedłużam i życzę miłego czytania! :D Mam nadzieję, że wam się spodoba :)


Pięcioletni chłopczyk biegał po ogrodzie, co chwilę uśmiechając się do swojego taty. W pewnym momencie nie miał już dokąd uciec. Przed nim znajdował się mur, odgradzający jego dom od pozostałej części miasta.
Chłopiec odwrócił się i uśmiechnął do swojego taty. Zobaczył go oczami wyobraźni. Płonący wokół niego ogień pozwalał mu widzieć wszystko na swój sposób. Miniaturowe kropelki wody przeplatały się z płomieniami, dzięki czemu wyczuwał ruch wokół siebie.
- Filen, nie rób tego.
Uśmiechnął się ponownie i wyskoczył w górę, by sekundę później zamienić się w fioletowego ptaka i przelecieć nad rodzicem. Usłyszał za sobą pisk i poczuł jak powietrze wibruje od uderzeń ogromnych skrzydeł. Ogień i woda wokół niego podpowiedziała mu, że jego ojciec zmienił swoją postać.
Pisnął radośnie i zawrócił, by po chwili okrążać swojego ojca.
- Niech ci będzie, ale tylko krótki obchód - dużo większy fenix machnął lekko skrzydłami, by jego syn mógł za nim nadążyć.
- Taaak! - fioletowy ptak z radością zapiszczał i udał się za swoim rodzicielem w stronę swojego drugiego domu. Nie wiedział co było pod nimi. Nie wyczuwał tego, bo było zbyt nisko. Jedynym co pozwalało mu nie zabłądzić, był niebieski ptak lecący tuż przed nim.
Jemu to nie przeszkadzało. Nie musiał nic widzieć.Wystarczało mu to, że czuł wszystko dookoła. Słyszał, wyczuwał zapachy, wibracje, czuł smak pędzącego powietrza i nie zastanawiał się nad tym, dlaczego nie widzi. Dlaczego jego oczy, mimo, że się poruszają, nie pokazują mu świata. Był dzieckiem i nie dostrzegał tego, jak wiele tracił.

Ziewnąłem, podnosząc się z łóżka. Przez otwarte okno wyczuwałem kwiaty kwitnące w ogrodzie i delikatny zapach owoców. Ten sam, który witał mnie co dzień rano, odkąd tylko pamiętam. 
Prócz zapachów zza okna dobiegało mnie mnóstwo głosów. Zarówno dziecięcych, jak i tych należących do starszych. Uśmiechnąłem się delikatnie, rozpoznając większość z nich. Przetarłem oczy, by po chwili je otworzyć. Mimo to, nic się nie zmieniło. Wszystko wyglądało tak samo, czyli w sumie było czarne.
Uśmiech zniknął z mojej twarzy, choć nie tego chciałem. Nie było sensu znów tego powtarzać. Przecież nie było tak źle. Mógł chodzić, poruszać się jak inni. Rozpoznawać ludzi, zwierzęta. Tylko nie oczami. I ta myśl mimowolnie popsuła mi humor.
Westchnąłem i poklepałem się po policzkach. Nie miałem zamiaru smucić się cały ranek, więc szybko otaczając się wodą i nieszkodliwym dla niczego ogniem, wybiegłem na balkon.
- Dzień dobry - odpowiedział mi chór śpiewów i pisków ptaków, które z radością podfrunęły, by usadowić się na mnie lub na barierce przede mną. Jak co dzień zaczęły swą opowieść.
Dzięki ptakom wiedziałem co się działo w całym mieście. Mimo, że nigdy nie widziałem go na własne oczy, potrafiłem narysować jego mapę, między innymi dzięki ich opowieściom. 
Nie dowiedziałem się niczego zbyt istotnego, ale mimo to rozmawiałem z ptakami, widząc ich radość z rozmowy. Nie wszyscy wiedzieli jakie z ptaków gaduły. W jednym śpiewie potrafiły streścić cały dzień, a w kilka minut przekazać wszystko o czym myślały przez rok. 
Kiedy nie potrafiłem jeszcze rozmawiać z ptakami, często siadałem na balkonie i po prostu do nich mówiłem. Z czasem zaczęły odpowiadać. Dzięki temu miałem aż nadto przyjaciół, z którymi mogłem porozmawiać.
Posadziłem ptaki, które na mnie usiadły, na barierce i pożegnałem się z nimi. Już miałem wychodzić, kiedy kilka z nich mnie powstrzymało. Zaczęły się przekrzykiwać, tworząc piękną pieśń. Przynajmniej piękną dla innych, bo ja po ich słowach rozumiałem, że nie jest radosna.
- Co się stało? - mój głos zamienił się w cichy świergot. Ptaki umilkły, a jeden z nich zaczął nawoływać. Przez chwilę nic się nie działo, ale później usłyszałem ruch w zaroślach. Ptaki poprosiły bym zszedł na dół, więc bez chwili zastanowienia przeskoczyłem barierkę i po wodnych platformach zbiegłem na dół. 
Woda rozproszyła się po całym podwórku, dając mi jego pełny obraz. Niedaleko mnie wylądował orzeł, który wcześniej skrył się na gałęzi drzewa. Ułożył coś u moich stóp i ze słowami wyższości, odfrunął. Orły były najdumniejszymi ptakami jakie znałem. Choć nie raz niezmiernie mnie to irytowało.
 Przykucnąłem, by zbadać palcami ową rzecz, położoną u moich nóg. Ze zdziwieniem pogłaskałem pisklaka, który przestraszony, odsunął się w jak najdalszy kąt kawałka swojego gniazda.
- Nie bój się malutka, nic ci nie zrobię - delikatnie wziąłem go na ręce. Orlica zapiszczała cichutko i  skryła się w moich dłoniach. - Co ci się stało? Gdzie twoi rodzice, co?
Nie uzyskałem odpowiedzi, choć wcale się tego nie spodziewałem. Ptak był zbyt mały, by cokolwiek powiedzieć, choć jego pióra przypominały już te u dorosłych osobników. Zamiast tego inne ptaki opowiedziały mu o osieroconym pisklęciu. Orzeł, który je tu przyniósł zajął terytorium jego ojca i znalazł tam pisklę.
Z westchnieniem wstałem i wróciłem do pokoju, znów wykorzystując do tego wodę. Kazałem jej także wziąć gniazdo i usadowiłem je na szafce obok łóżka.
- Ave?! Mogłabyś tu przyjść? - krzyknąłem, wiedząc, że wiewiórka zazwyczaj kręci się w pobliżu.
Ave była przyjaciółką mojego ojca. Znałem ją odkąd tylko pamiętam i mimo, że była wiewiórką, stała się dla mnie swego rodzaju ciotką. Taką, która zawsze pomoże i dotrzyma tajemnicy.
Nie myliłem się i po chwili usłyszałem uderzanie pazurków o posadzkę. Uchyliłem drzwi i zaczekałem, aż wiewiórka wejdzie do pokoju, po czym zamknąłem pokój.
- Wołałeś? - zwierzątko pociągnęło noskiem i wskoczyło do gniazda.
- Tak, właśnie dostałem małą przesyłkę od orła z pobliskich terenów.
- Pisklak - Ave spojrzała na mnie, poruszając pyszczkiem.
- Zdążyłem zauważyć. Co ja mam z nim zrobić?
- Teraz się pytasz? Oczywiście, że musisz go zatrzymać. Cały tobą pachnie - wiewiórka nie zważając na strach ptaka, znów je powąchała.
- A co miałem zrobić, zostawić je na podwórku?
- Jeśli go nie chciałeś to tak. Może ktoś by go przygarnął.
- Kto? Jaskółka? Przecież to jest orzeł - usiadłem na łóżku i skrzyżowałem nogi.
- Wiem. Dlatego myślę, że dobrze zrobiłeś. Pewnie by zginął bez opieki.
- I czym mam go karmić? Jest za mały, żeby jeść mięso.
- To prostsze niż myślisz. Co jadłeś, kiedy Arael i Elin nie mieli cię czym karmić?
- Owoce! Masz rację. Dziękuję. Chyba sobie poradzę. A teraz wyjdź z gniazda, bo małą straszysz.
- Małą? Skąd wiesz, że to samica?
- Eee, nie wiem. Tak mi się zdaje. Przeczucie - uśmiechnąłem się do czerwonej wiewiórki a ona pokręciła łebkiem.
- Ty i te twoje przeczucia - Ave pomiziała mnie ogonem i wybiegła przez balkon.
Zbliżyłem się do gniazda i pogłaskałem maleństwo po głowie. Cicho śpiewając, zacząłem je uspokajać, co sprawiło, że po chwili miałem na dłoni maleńkiego ptaszka.
- Głodna? - uśmiechnąłem się na entuzjastyczną odpowiedź i machnąłem ręką, przywołując jeden z owoców Smoka. Poczułem lekką wibrację, gdy mityczne stworzenie wyraziło niechęć do wody dotykającej jego owocu.
- Przepraszam - szepnąłem do owocu ze śmiechem i odgryzłem kawałek. W moich ustach rozlał się smak wszystkich owoców świata, pomieszanych ze sobą w taki sposób, że tworzyły idealny smak.
Podsunąłem zwierzątku nadgryziony owoc i czekałem aż spróbuje. Ave się nie myliła i orlica z zapałem zaczęła jeść.

Po nakarmieniu orła postanowiłem wyjść do miasta. Nie robiłem tego zbyt często, gdyż rodzice nie popierali tego w najmniejszym stopniu. Albo inaczej. Bali się o mnie. Po mieście krążyli szpiedzy Najeźdźców, a ja nie potrafiłem rozpoznać ich po wyglądzie z wiadomych względów. Musiałbym oblewać wodą, bądź podpalać ludzi, by dowiedzieć się, czy któryś nie ma urody niepasującej do mieszkańców Ignem.
Zjadłem śniadanie sam, gdyż większość mojej rodziny jeszcze spała. Jedynie ciocia Rachel kręciła się po kuchni, a ja nie chciałem jej przeszkadzać. Gotowała właśnie jakąś nową potrawę, a lepiej nie przerywać jej gdy to robi. Można przypadkiem zostać oblanym wrzącą zupą. I choć nic by mi się nie stało, nie miałem ochoty iść się przebierać.

Wykradłem się z pałacu przez ogródek, wcześniej zabierając ze skrytki pelerynę. Tuż przed murem, przyklęknąłem i zamknąłem oczy. Utworzyłem wodną bańkę wokół siebie i przeniosłem się razem z nią na drugą stronę. To, że wyszedłem z niej suchy bardzo ułatwiło sprawę.
Zgodnie z moim przeczuciem i radami ptaków, znalazłem się w dystrykcie Fenix'a. Nałożyłem kaptur na głowę i bocznymi uliczkami udałem się w stronę drugiego muru. Musiałem przejść kawałek, by być pewnym, że po jego drugiej stronie znajduje się dzielnica hodowlana.
Kiedy dotarłem pod mur, a głos słowika upewnił mnie, że jestem we właściwym miejscu, ponownie przyklęknąłem. Przywołałem wewnętrzny ogień i czekałem, aż moje ciało przyjmie odpowiednią formę. Nie mogłem przelecieć nad murami niezauważony. Byłoby to nierealne ze względu na rozmiary w postaci fenix'a. Jednak mogłem się pod murami przekopać, a postać salamandry była do tego idealna.
Od dziecka potrafiłem zmieniać się w fenixa, smoka i salamandrę. Wyrocznia Ignem zawsze tłumaczyła mi to Błogosławieństwem jakie dostałem od dziadka i jego braci zaraz po urodzeniu. Byłem świadom, ze nie mówią mi wszystkiego. Nie raz słyszałem o przepowiedni, jednak nikt nie chciał mi zdradzić czego ona dotyczy. Miałem się tego dowiedzieć, gdy skończę osiemnaście lat. Pozostał rok, a mnie coraz bardziej wkurzało to, jak wszyscy szepta za moimi plecami. Przecież byłem już wystarczająco dorosły!
Przekopałem się pod murem, nie zostawiając w ziemi nawet śladu. Pelerynę zwinąłem w kulkę i wziąłem do pyska, by nie zginęła w trakcie przemiany. Szedłem jakiś czas wzdłuż murów, by w końcu skręcić, tuż przy przejściu do dzielnicy handlowej. Nie było ono strzeżone, więc mogłem swobodnie przejść przez bramę.
Szedłem przez główną ulicę, omijając napotkanych ludzi. Nie rozpoznawali mnie, ze względu na to, że nie wychodziłem z pałacu często. Przynajmniej oficjalnie, bo potajemnie wymykałem się co kilka dni. Nawet jeżeli ktoś wiedział jak wyglądam, spięte włosy i kaptur załatwiały sprawę.
Poprosiłem wodę, by rozdzieliła się na maleńkie kropelki i utworzyła ledwie widoczną mgłę. Po chwili mogłem zobaczyć wszystko wokół siebie, wyraźnie i ze wszystkimi szczegółami. Wygląd ludzi dalej mi umykał, może prócz ogólnego zarysu.
Pociągnąłem nosem i nie wyczułem żadnych znajomych osób. Dzięki węchowi po dziadku i jego braciach, mogłem wyczuć więcej niż zwierzęta.
Na ulicy handlowej było dosyć sporo ludzi, nawet pomimo wczesnej pory. Większość z nich nie pochodziła z Ignem. Byli to kupcy, podróżnicy, bajarze, lub zwykli przejezdni. Część stanowili strażnicy, którzy w mundurach pilnowali porządku. Było ich jednak tylko kilku, co nie uszło mojej uwadze. Zazwyczaj stanowili oni przynajmniej jedną szóstą ogóły, jednak tym razem zdołałem naliczyć tylko kilkunastu. Rozglądali się oni jakoś zbyt czujnie, jakby wiedzieli, że coś może się stać.
Nadstawiłem uszu, jednak nic niepokojącego nie usłyszałem. Zagwizdałem cicho do ptaków, ale one także nie wydawały się być przestraszone.
Lekceważąc ukłucie niepokoju, ruszyłem dalej. W końcu udawałem normalnego wędrowca. Nikt nie wiedział kim jestem. Coś potoczyło się po ziemi w moim kierunku, więc to podniosłem.
- Przepraszam - młoda kobieta uśmiechnęła się do mnie, miała na sobie stare ciuchy, dość już zużyte. Za nią o ścianę opierał się mały chłopczyk z brudną buzią i wesołym uśmiechem. Widać było, ze nie żyją na najwyższym poziomie, ale są szczęśliwi.
- To należy do pani? - uśmiechnąłem się i wskazałem na jabłko.
- Wypadło z mojego stoiska, panie. Skoro je pan znalazł, może pan je wziąć - kobieta spuściła wzrok, dalej się uśmiechając. Widać było, że jest niepewna.
- Dziękuję. Chciałbym jednak za nie zapłacić - uśmiechnąłem się, a ona spojrzała w moją stronę. Dzięki mgiełce wyczułem zainteresowanie, kiedy spojrzała w moje oczy. No cóż, przecież przyciągały uwagę.
Wcisnąłem kobiecie złotą monetę w dłoń i czym prędzej odszedłem. Było to trochę zbyt dużo jak na jabłko. Po prawdzie mógłbym za tą sumę dostać ich dwadzieścia kilo, ale ja od tego nie zbiednieje, a kobieta może wyżywić syna.
Westchnąłem, przecierając powieki. Nie dość, że jego oczy były bezużyteczne, to jeszcze przyciągały niechcianą uwagę. Jedno błękitne, drugie bursztynowe. Jedno po Araelu, a drugie po Elinie, parze Igne, oraz moich rodzicach. Nienawidziłem swoich oczu, mimo, że nigdy ich nie widziałem. Bo jaki niby z nich pożytek?
Przystanąłem na sekundę, zdając sobie sprawę, że od jakiegoś podąża za nim czterech mężczyzn. Skręciłem w boczną uliczkę, by się upewnić, że na pewno go śledzą i jęknąłem cierpiętniczo, kiedy okazało się, że wszedłem w ślepy zaułek. Dodatkowo mężczyźni rzeczywiście skręcili tuż za mną.
Zatrzymałem się i odwróciłem, sprawiając, że mgła niezauważalnie zgęstniała. Dzięki temu mogłem opisać swoich prześladowców.
- Potrzebują czegoś panowie? - nie ściągnąłem kaptura, dzięki czemu tamci nie widzieli mojej twarzy. Ja jednak doskonale wyczuwałem jak z zadowolonymi uśmieszkami po sobie popatrzyli.
- Nie, skądże. Myśleliśmy tylko, czy szanowny panicz użyczyłby na kilku swoich złotych monet - słowa te wypowiedział łysy mężczyzna z krótką brodą. Był najniższy z całej bandy, a i tak kilka centymetrów wyższy ode mnie.
- I pewnie pomyśleliście także, że ot tak wan je dam? Żebyście mogli je wydać na picie w gospodzie?
- Cóż, mieliśmy taką nadzieję. Dla twojego dobra.
- Nic wam nie dam - warknąłem i skrzyżowałem ręce na piersi. Nie bałem się. W każdej chwili mogłem przywołać ogień lub nawet udusić ich otaczającą ich mgłą. W końcu cała była pod moją kontrolą.
Zdezorientowany skupiłem się na mgle. Ze zdziwieniem odkryłem, że jej cześć już mnie nie słucha. Niewielki, ale kawałek przestrzeni, zbliżający się prostopadłą do zaułka ulicą, słuchał kogoś innego. Dotknąłem umysłem wody tak, by pozostać niezauważonym. Wyraźnie ktoś kontrolował część mgły wokół siebie.
- Czy ty nas w ogóle słuchasz paniczyku?! - krzyknął jeden ze zbirów.
- Zamknij się z łaski swojej! - warknąłem i skupiłem się na ulicy za mężczyznami. Tajemniczy ktoś właśnie znajdował się dokładnie naprzeciw mnie, a ja nie miałem pojęcia kim jest. Z racji tego, że nie kontrolowałem wody wokół niego, nie potrafiłem ocenić nawet jego płci.
- Jak śmiesz!? - jeden ze zbirów właśnie unosił dłoń, którą swoją drogą miałem zamiar oblać wrzątkiem, kiedy rozległ się krzyk.
- Hej! - nikt, kogo wyczuwałem tego nie powiedział, więc musiał to być owy Aquer, kontrolujący mgłę.
- Ładnie proszę byście odpuścili i zostawili tego miłego panicza - usłyszałem męski głos. Był dosyć melodyjny, a więc jego właściciel był tylko trochę ode nie starszy. Może o rok?
- A ty to niby kto? Nie twoja sprawa z kim prowadzimy pogawędkę.
- Moja, jeśli ten ktoś nie chce jej prowadzić - mężczyzna stanął obok mnie, przynajmniej tak wnioskowałem z dźwięków.
- Dziękuję, ale poradzę sobie sam - zwróciłem się do nieznajomego z uśmiechem.
- Co? - sądząc po barwie jego głosu, właśnie spojrzał na mnie jak na totalnego idiotę, co sprawiło, że się uśmiechnąłem.
- Nic złego się nie dzieję. Jeśli będę chciał, sam się z nimi rozprawię. Nie ma potrzeby, żebyś używał na nich swojej mocy.
- Skąd ty...? - skarciłem się w duchu. No właśnie, skąd mógłbym wiedzieć, że on ma moc, skoro jej nie wykorzystał? Przynajmniej tak by inni to zauważyli? Tylko stąd, że sam też ją posiadam. Westchnąłem czekając aż się domyśli. - A więc to ty!
Nieznajomy ściągnął mi niespodziewanie kaptur i odsłonił twarz. Chyba mi się przyglądał, bo po chwili mnie puścił.
- Nie jesteś nawet starszy ode mnie. Nie możesz nim być.
- Kim?
- Skoro się prosicie, to obaj oddacie nam pieniądze - jeden z oprychów kiwnął reszcie, a oni rzucili się w naszą stronę.
- Jeśli możesz - chwyciłem nieznajomego za ramię i stanąłem przed nim. - Nie przeszkadzaj, bo nie mam czasu.
Nie wykonałem nawet jednego ruchu. Wystarczyła myśl, a czterej mężczyźni zamarli, pochwyceni przez mgłę. Machnąłem ręką, a zderzyli się ze ścianą, po kolei tracąc przytomność.
- Nieźle - mężczyzna stojący za mną zagwizdał cicho. Odwróciłem się do niego i wkurzony zmarszczyłem brwi.
- Co tutaj robisz? Aliquid innych żywiołów raczej nie pojawiają się w Ignem.
- Więc co ty tu robisz? Nie jest to najlepsze miejsce dla początkującego Aquera - wkurzało mnie to, że kompletnie nie miałem pojęcia z kim rozmawiam. On przynajmniej wiedział jak ja wyglądam.
- Rodzice cię nie nauczyli, że odpowiada się na pytania, zanim zada się swoje? - spojrzałem w, jak mi się wydawało, twarz nieznajomego i usłyszał jak tamten wciąga gwałtownie powietrze.
- Twoje oczy... - zaczął, a ja zrezygnowany odwróciłem głowę w bok.
- Tak wiem, są różnego koloru.
- Jesteś niewidomy? - zaskoczony skierowałem twarz w stronę głosu. Jeszcze nikt nigdy nie rozpoznał tego po kilku minutach znajomości.
- Nie twoja sprawa - odwróciłem się i ruszyłem przed siebie, omijając leżących na ziemi mężczyzn. Przez złość nie wyczułem jednak deski, która wcześniej oparta o ścianę, przewróciła się, gdy uderzyłem o nią jednego ze zbirów. Prawie upadłem, ale w ostatniej chwili wyrosła przede mną wielka bańka wody, która złapała mnie nim zdążyłem wylądować w błocie.
Kiedy tylko dotknąłem cieczy, mgła otaczająca Aquera natychmiast mi się podporządkowała. Mimowolnie zbadałem twarz nieznajomego. Miał gładką skórę i delikatny zrost, zapewne ciemnego koloru, a przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Jego szczęka była wyraźnie zarysowana, nos lekko przygarbiony, co tylko dodawało mu uroku. Miał pełne usta, teraz wygięte w lekkim uśmiechu.
- Przepraszam - powiedział i podszedł do mnie - Mam na imię Lurei i szukam Araela.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 14

LUIS
 Spotkanie z Ethanem, Rickiem, Michaelem i Annabeth poszło o wiele lepiej niż to z ojcem. Rick i Annabeth zdążyli już zaakceptować Tomasa i wybaczyć mu odbicie mu dziewczyn. Michael pamiętał Tomasa jako przyjaciela brata i też szybko się z nim dogadał, umawiając na grę w kosza.
Najgorzej wyglądała sytuacja z Ethanem. Przed wydarzeniami sprzed trzech lat byli z Tomasem najlepszymi przyjaciółmi. Ethan jednak stanął po stronie Luisa i skończyło się tak, że przywalił Tomowi, więcej się z im nie spotykając.
Luisa strasznie wkurzało to, że rodzina traktowała go jak kolejną córkę lub siostrę. Przecież geje to nie kobiety! Dlatego nie rozumiał dlaczego Ethan dalej się nie pogodził z Tomasem. Przecież Luis już mu wybaczył, więc dlaczego Ethan by nie miał?
Mimo wszystko obiad nie wypadł tak źle w ocenie Luisa. Wszyscy się bawili, a nawet Tomasowi udało się rozśmieszyć ojca i złapać z nim wspólny język, co nie było takie trudne, bo zawsze mieli podobne zainteresowania. Tylko Ethan cały czas udawał, że Tomas nie istnieje, za co oczywiście mu się oberwało nie tylko od Luisa, ale także od Molly.
Wieczorem Luis i Tomas zostali zaciągnięci na imprezę u jednej z koleżanek Ann.
- Ann, nie wypada, żebym szedł na imprezę do swojej uczennicy.
- Nie przejmuj się tym Ethan też idzie, prawda braciszku? - Ann chwyciła Ethana pod ramię i uścisnęła. Ten z niezbyt zadowoloną miną przytaknął, posyłając jej nienawistne spojrzenie.
- Widzę, że ma na ciebie haka. Co tym razem? - Luis zaśmiał się z miny brata i chwycił za rękę Tomasa. Nie uszło to uwadze Ann, która uśmiechnęła się radośnie. Ethan też to zauważył, aczkolwiek jego reakcja była mniej entuzjastyczna.
- Przemalowałem ściany w mieszkaniu na niebiesko.
- Pfff, jak mam się dowie to nie ujdziesz z życiem - Luis zaśmiał się, podobnie jak reszta rodzeństwa, prócz Ethana oczywiście. Wszyscy wiedzieli jak Molly zareaguje, gdy dowie się, że jedna z jej kompozycji została zniszczona.
- Co ci strzeliło do głowy, żeby przemalować ściany na niebiesko?
- Nie twój interes. Chodźcie już, bo chce się jak najszybciej urwać.
I tak oto znaleźli w domu Rachel, jednej z przyjaciółek Ann i koleżanki z klasy Luisa. Gdy wchodzili, dziewczyny się oglądały. Jako gej potrafił dostrzec urodę swoich braci i nieraz zazdrościł im tych czarnych włosów. Wiedział, że on z Tomasem także przyciągają uwagę, jeżeli nie dlatego, że wyróżniali się spośród tych czarnych czupryn, to dlatego, żę szli za ręce, nie zważając na krzywe spojrzenia.
- Cieszę się, że przyszliście! - Rachel starała się przekrzyczeć muzykę. - Przyciszcie to, durnie! - krzyknęła do dwóch chłopaków majstrujących przy wierzy. Posłuchali od razu.
- Dziękujemy za zaproszenie - Ethan uśmiechnął się do młodszej dziewczyny i mimo łączącej ich relacji uczeń-dyrektor, ta odpowiedziała zalotnym uśmiechem.
- Nie ma sprawy Eth - zaraz, zaraz "Eth"? A nie przypadkiem dyrektorze?
- Ostatnio widuję ich na korytarzu, choć wygląda to bardziej na relacje przyjaciół niż ucznia i dyrektora - Tomas szepnął mu do ucha, tak by inni nie słyszeli.
- A może nawet kogoś więcej niż przyjaciół - Luis uśmiechnął się przebiegle.
- Anni! - Luis uśmiechnął się widząc jak jego siostra zamykana jest w ramionach swojej "przyjaciółki". Że też nikt nic nie podejrzewał. Przytulające się kobiety - przyjaciółki. Przytulający się mężczyźni - geje. Trochę to niesprawiedliwe, nieprawdaż?
- Mad! - Ann oddała uścisk od razu radośnie się uśmiechając.
- Chodź Tom, mam ochotę się czegoś napić - Luis pociągnął Tomasa w stronę stolika, na którym stały butelki, ale nie znalazł tam alkoholu.
- Co jest? Przecież nie możliwe, żeby na imprezie nie było wódki!
- Lui? Ja chyba wiem gdzie ona jest - Tomas wskazał na Rachel, która właśnie starała się coś wykrzyczeć, stojąc przed kilkunastoma butelkami wódki. W końcu Ethan krzyknął "cisza" i jak z bicza strzelił, wszyscy umilkli. Nikt nie chciał mieć na pieńku z dyrektorem.
- Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta, proszę  odsunąć stół i ułożyć swoje tyłki na dywanie w kółeczku! -  zaciekawieni spoczęli na dywanie, kiedy kilku chłopaków uprzątnęło pokój, a pozostali dalej bawili się na podwórku i w drugim pokoju. Luis naliczył osiemnastu chłopaków i czternaście dziewczyn, łącznie z wszystkimi obecnymi Harenorami, prócz Michaela, którego Ethan wywalił z pokoju. Luis od razu wiedział, że nie obędzie się bez alkoholu.
Kiedy wszyscy już siedzieli, Rachel wstała i wzięła do ręki pustą butelkę po oranżadzie. Kilka osób jęknęło na ten widok. Do pokoju wpadła Emily i mimo morderczego wzroku Luisa wcisnęła się na miejsce koło Tomasa. Luis ostentacyjnie wstał i zamienił się z Tomasem miejscem, odgradzając go od tego różowego diabła.
- Zgadza się, będziemy grać w butelkę, ale nie na zwykłych zasadach. Nie wiem jak wam, ale mnie znudziła się gra na pytania. Tak więc przedstawiam zasady.
Osoba, na którą wypadnie mówi coś, czego nigdy nie robiła. Na przykład "Nie całowałam się nigdy z młodszym", a wszyscy ci, którzy to robili piją kieliszek wódki. Oczywiście każdy może powiedzieć co chce, jak głupie by to nie było. Dodatkowa zasada: jeśli skłamiesz i ktoś będzie o tym wiedział, wskazuje osobę, którą masz pocałować. Wszyscy rozumieją? Jak ktoś będzie miał pomysł na nową zasadę to mówić! Gotowi? Ann, zaczynasz!
Annabeth złapała rzuconą jej butelkę i ze złowieszczym uśmiechem spojrzała na Luisa.
- O nie - Białowłosy szturchnął Tomasa, który zaśmiał się z jego miny.
- O tak braciszku. Nigdy nie całowałam się z facetem!
- Cholera jedna - Luis wziął kieliszek, który ktoś mu podsunął i równocześnie z Tomasem wypił całą jego zawartość. Oprócz nich piło większość dziewczyn.
Kiedy wszyscy wypili, Ann zakręciła butelką i padło na jakąś dziewczynę, które zawstydzonym głosem powiedziała coś w stylu "Nigdy nie widziałam mężczyzny nago". Rzecz jasna wszyscy faceci musieli wypić. Nie licząc Maddie i dwóch innych dziewczyn, reszta sięgnęła po kieliszki.
Luis z uśmiechem patrzył jak Mad piorunuje wzrokiem Ann, a ta w obronie się tłumaczy.
- Mad! Daj jej żyć, kąpała się z wszystkimi braćmi! - Ethan uśmiechnął się do Ann, a ta odetchnęła z ulgą.
- Serio? - Tomas spojrzał rozbawiony na Luisa.
- Ej! Byliśmy mali...
- Dobra, gramy dalej! - krzyknął ktoś z kółka, a butelka znów poszła w ruch, zatrzymując się na Luisie.
- Nigdy nie podglądałem nikogo pod prysznicem! - Luis wpatrywał się w Ethana z wyczekiwaniem, ale ten był zbyt pochłonięty zerkaniem na Rachel, by w ogóle kontaktować. Kiedy kilka osób wypiło po kieliszku, Luis z uśmiechem zawołał brata.
- Eth! Mam cię! Pamiętasz kolonie jak miałeś szesnaście lat?
- Eee, co?
- Nasza szóstkowa na obozie harcerskim!
- To się nie liczy, byłem dzieciakiem.
- Owszem, liczy się, kto jest za? - Wszystkie ręce uniosły się w górę, a czarnowłosy westchnął ze zrezygnowaniem.
- Dobra, więc kto?
- Rachel! - Rick uśmiechnął się przebiegle, a Ethan z Rachel popatrzyli po sobie. Dziewczyna lekko się zarumieniła, ale nie odsunęła się, kiedy Ethan się do niej przysunął.
- Czekajcie, mam nową zasadę! - Ann omal nie przyprawiła o zawał połowy obecnych. - Pocałunek ma trwać co najmniej pięć sekund.
Wszyscy zareagowali entuzjastycznie, oprócz Rachel, która spaliła buraka. Ethan jednak nie miał obiekcji i delikatnie uniósł jej brodę, czule stykając swoje usta z jej. jego brat zachowywał się jakby nie chciał przestraszyć dziewczyny. Ona jednak już nie wyglądała na wystraszoną. Ich pocałunek przeciągnął się do dziewięciu sekund, co wszyscy skrupulatnie liczyli. Po wszystkim rozbrzmiały głośne brawa i gwizdy. Jeden nawet z ust Luisa.
Luis zakręcił butelką i niezadowolony spojrzał na Emily, którą wskazywała nakrętka. Blondynka uradowana wlepiła swoje oczy w Tomasa i zaczęła intensywnie myśleć nad ym, co mogłaby powiedzieć.
- Nigdy nie całowałam pięknej blondynki! - powiedziała, a Luis miał ochotę jej przywalić. Nie podniósł kieliszka. Teraz uważał ją za obrzydliwą i cieszył się jak głupi, kiedy Tomas się nie ruszył. Kilka osób wypiło, a kiedy Tomas się nie ruszył, Emily wskazała na niego palcem.
- Kłamiesz. Całowaliśmy się!
- Chciałem zaznaczyć, że mówimy o pięknych blondynkach, a bez obrazy jedyna osoba jaka mi się podoba nie jest blondynem.
- Popieram twoim tokiem myślenia idąc, też się z tobą całowałem. Czemu o tym nie mówisz, co? - Luis zmrużył gniewnie oczy i gdyby nie ręka Toma na jego plecach, mogłoby dojść do rękoczynów. Choć on kobiet nie bije, czasem trzeba robić wyjątki.
- Tomas, mimo wszystko żądam głosowania!
- W porządku -  Tomas zacisnął zęby i zamroził spojrzeniem kogo tylko mógł. Mimo to wypiętymi cycami, Emily przekabaciła na swoją stronę część chłopaków.
W końcu wyszło na to, że czternaście osób głosowało za i czternaście przeciw.
- Skoro tak, to może zróbmy inaczej. Skoro i Luis i Tomas mają nie do końca czyste kąta, niech się pocałują! - z opresji wyciągnęła ich Mad, za co Luis posłał jej dziękujące spojrzenie. Część chłopaków z zaciekawieniem przeszła na ich stronę, więc mogli odetchnąć z ulgą.
- Nowa zasada, dla par dwadzieścia sekund! - ku zdziwieniu Luisa, to Ethan wykrzyknął owe zdanie.
Kiedy większość się zgodziła, Tomas bez zbędnych ceregieli pocałował Luisa, tak jak zwykle to robił. Najpierw powoli i delikatnie, by później zwiększyć tempo. Luis omal nie rozpłynął się w jego ramionach. Jeszcze trochę i na pocałunku by się nie skończyło. Gdyby tylko ktoś nie krzyknął "trzydzieści!", a reszta nie wybuchnęłaby śmiechem, pewnie by nie przerwali.
Po kilkunastu kolejkach, w których każdy pił co najmniej kilka razy, w końcu wypadło na Tomasa.
- Powiedz, że nigdy nie całowałeś się z Maddie - Luis szepnął mu na ucho, już nie całkiem trzeźwy. Jego siostra też już była pijana, co skutkowało mało dyskretnymi spojrzeniami jakie kierowała w stronę swojej dziewczyny.
Tomas posłusznie powtórzył o co prosił Luis, a Ann spojrzała na nich z przerażeniem. Kilka dziewczyn się zaśmiało i mamrocząc coś o butelce wśród dziewczyn wypiły po kieliszku, ale Annabeth była zbyt wstrząśnięta, by wykonać jakikolwiek ruch.
- Hej Anni, przecież ty wtedy grałaś z nami! Nie pamiętasz, w takim razie powtórka przy wszystkich! - dziewczyny zaczęły coś krzyczeć, a Ann popatrzyła na Maddie ze strachem. Ta jednak nie przejmując się niczym wpiła się w jej usta i całowała, trochę zbyt namiętnie jak na zwykłą przyjaciółkę, ale podpite towarzystwo zdawało się tego nie zauważać. Może oprócz Ricka, który zaśmiał się i wymamrotał coś o nowej parze w rodzinie.
Emily gdzieś zniknęła tuż po ich pocałunku, więc Luis znacznie się odprężył. Podobnie jak Tomas i co trochę zaskoczyło Luisa, kilka innych osób, w tym Ethan i Annabeth.

TOMAS

Luis powoli miał już dość alkoholu i choć sam tego nie mówił, Tomas definitywnie wygrał, kiedy Luis padł w jego ramionach i zasnął.On był w dużo lepszym stanie. Na szczęście nie musiał dzwonić po taksówkę, bo Rachel wcisnęła mu do ręki klucz od pokoju na drugim piętrze i kazała zanieść tam białowłosego, nie dając przy tym Tomasowi nawet chwili na odmowę.
Kilka minut później, kiedy Luis już leżał pod kołdrą, przebrany w piżamę, którą Tom dostał od Rachel, ktoś zapukał do drzwi.
Tomas otworzył w samych spodniach, gdyż jego koszulka zaginęła gdzieś w ciemnościach. Zaskoczony wpuścił do środka Ethana i zabrał go na balkon, by nie obudzić swojego ukochanego.
- Chciałeś coś? - Tomas był zmęczony i nie chciał się kłócić ze swoim, jakby nie było, szefem.
- Tylko pogadać i nie patrz tak na mnie. Mam zamiar cię przeprosić.
- Aha - Tomas nie bardzo wiedział co miałby powiedzieć, więc milczał i oparty o barierkę czekał na dalsze słowa dawnego przyjaciela.
- Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, więc będę walił prosto z mostu. Wkurzyłeś mnie wtedy nie na żarty i pewnie o tym wiesz. Nikt nie krzywdzi mojej rodziny, nawet przyjaciele. A najgorsze było to, że musiałem wybierać, a ty dobrze wiedziałeś, że nie na ciebie padnie. Najchętniej to uprzykrzałbym ci życie przez kilka lat, ale pewnie Lui by mnie za to zabił, albo co gorsz ogolił brwi - Tomas uśmiechnął się lekko. Obaj wiedzieli, że Luis był do tego zdolny.
- Zmierzasz do czegoś konkretnego?
- Tak. Wisisz mi sześciopak piwa. Przynieś go na naszą piątkową grę - Ethan poklepał Tomasa po ramieniu i wyszedł, a ten uśmiechnął się z ulgą. Piątkowa gra w kosza była ich tradycją odkąd się przyjaźnili i została przerwana, kiedy skrzywdził Luisa. Ethan zapraszając go na grę, dał mu kolejną szansę,a on nie zamierzał jej zmarnować. W końcu uzyskał akceptację całej rodziny Luisa, no może jeszcze Williama musiał trochę przekonać. Czuł się przyjemnie lekko. Nawet nie wiedział ile kosztowała go nienawiść ze strony Etha, jego najlepszego przyjaciela.
Tomas położył się przy Luisie, w samych bokserkach i uśmiechnął, kiedy białowłosy od razu do niego przylgnął. Zupełnie jak magnes.
- Kocham cię, Śnieżynko - pocałował go w czoło i zamknął oczy.
- Ja ciebię też - usłyszał jeszcze, nim zapadł w spokojny sen.
Nie było innej drogi, musiało się udać.

KONIEC

Co wy na to?? Trochę mi nie pasuje końcówka, ale pisałam ją trzy razy i za Chiny nie chce wyjść lepiej :( "Niechciana Miłość" dobiegła końca ;)
Mam nadzieję, że podobało Wam się to opowiadanie, chociaż było nie do końca w moim stylu.
Mam dla Was jeszcze złą wiadomość, a mianowicie,kontynuację Ognia i Wody zacznę dopiero za dwa tygodnie. Potrzebuję małej przerwy, by trochę nadrobić i powalczyć o lepsze oceny ;)
Pozdrawiam ! :*
I przepraszam, że nie odpisuję na komentarze, ale niestety nie mam ani grama czasu :( Postaram się nadrobić :)